King Crimson – In The Court of The Crimson King
Napisany 16 mar 2008 przez Jakub Szwedo | Napisane w classic rock, rock | Otagowane classic rock, rock | 6 komentarzy »


Sierpniowa noc, 1969 roku. Londyn. Czterech nieznanych jeszcze muzyków trudzi się by stworzyć coś niepowtarzalnego i pięknego, w studiu Wessex Sound Studios. Robert Fripp, Ian McDonald, Greg Lake oraz Michael Giles ciężko pracują, coraz to zmyślniej grając na swych instrumentach, wychodząc poza znane granice. Wtedy jeszcze nie wiedzieli, że tym co stworzą wstrząsną światkiem muzycznym, a ich płyta będzie świetna, nawet prawie 40 lat później.
Szkoda że to jedyna płyta nagrana w takim składzie. Przez większość uznawana za najlepszą płytę w historii grupy. Przeze mnie uznawana za najlepszy debiut muzyczny jaki słyszałem. Najpierw przykuła moje oczy okładka. Twarz przerażonego człowieka, być może cierpiącego, patrzącego ze strachem w jakiejś miejsce, co dodaje jej tajemniczości. Co ciekawe, malarz który stworzył tą okładkę zmarł kilka miesięcy po skończeniu dzieła. A szkoda.
Może teraz przejdę do sfery muzycznej. Płyta ta jest piękna, tajemnicza, niepokojąca, smutna i wciągająca zarazem. Ponadczasowa. Niesamowicie klimatyczna, złożona i przepełniona emocjami. Nie wiem czy jest sens w ogóle o niej pisać, można tutaj wymieniać tylko przymiotnikami w nieskończoność, a i tak nie odda się wielkości tego dzieła. Ale jeżeli choć jedna osoba, która tego albumu nie zna, posłucha jej pod wpływem tego teksu, to już będzie dobrze
Robert Fripp, gitarzysta, serwuje nam dosyć zróżnicowane granie. Od brudnych i hard rockowych wręcz, kompozycji w „21st Century Schizoid Man” po spokojne „plumkanie” w „Epitaph” czy „Moonchild„. Generalnie nie usłyszymy tutaj długaśnych, gitarowych solówek, nie to się liczy na tej płycie. Fripp zgrabnie posługuje się swoim wiosłem, zwłaszcza na wspomnianym już „Człowiekiem 21 wieku”.
Jednym z ważniejszych elementów które stwarzają niewiarygodne odczucia słuchając „In The Court of The Crimson King” jest śpiew Lake’a. Greg idealnie operuje swoim wokalem, w pierwszym utworze słyszymy lekko przesterowany wokal, który sprawia, że zaczynamy się bać przyszłości (lub teraźniejszości, jak kto woli
, w drugim jego delikatny głos zostawia te smutki w tyle, „Epitaph” atakuje nas jednak niezwykle smutnie zaśpiewanymi wersami, zwłaszcza zapadające w pamięć „But I fear tommorow I’ll be crying„. A w tytułowym utworze słyszymy jakby przemawiał do nas sam Karmazynowy Król. Warto wspomnieć że wszystkie teksty utworów pisał poeta Peter Sinfield, który tworzył także dla King Crimson wizualizację na występach, oraz współpracował z innymi muzykami. Wspaniałe wrażenie robią także wielogłosy wszystkich członków zespołu w „The Court of The Crimson King„.
Bardzo ważną rolę odgrywa też flet. Najbardziej słychać go w „I Talk To The Wind„, pojawia się tam w całym utworze. Jest nawet dwuminutowe solo! Świetnie nadaje to klimatu, uspokaja i bardzo relaksuje. Jednak to co robi największe wrażenie to melotron (dziadek syntezatora, jakby kto nie wiedział). Bez niego „Epitaph” i „The Court of The Crimson King” nie byłyby tymi samymi utworami. Nadaje im podniosłego, monumentalnego klimatu. McDonald po mistrzowsku posługuje się tym instrumentem.
Trochę jakby przygłuszona jest perkusja, ale to pewnie wina produkcji. W końcu album ma już ładnych parę lat. Czuć że nie jest świeży, mimo to wciąga jak cholera. Najszybciej perkusista pracuje w pierwszej pozycji, natomiast w „Epitaph” pomaga wraz z melotronem nadać muzyce niesamowitości.
Bas nie wysuwa się zbytnio, raczej mile przygrywa, szczerze mówiąc trudno go znaleźć w tych wszystkich pięknych kompozycjach.
Muzycy King Crimson przy nagrywaniu albumu chcieli wyjść poza wszelkie schematy i udało im się. Kompozycje są naprawdę różnorodne, jak np. w „21st Century Schizod Man” z wplecionymi jazzowymi elementami. Jedną wielką improwizacją jest utwór „Moonchild„. Dosłownie pojedyncze dźwięki poszczególnych instrumentów, zabawa wręcz, klawiszy, perkusji i gitary. Na ostatniej pozycji z płyty, mamy minutowe wyciszenie, by znowu zaatakować nas melotronowym motywem.
Cóż można więcej powiedzieć na koniec? Polecam sprawdzić ten album przede wszystkim fanom wszelkiego progresywnego grania, w końcu wielu się na King Crimson inspirowało. Śmiało mogę rekomendować tą płytę słuchaczom smutnych, starych klasyków (choć pewnie i tak już go znają), choć pojawiają się też weselsze momenty. Każdy kto lubi wgłębić się w klimatyczną muzykę z niebanalnymi tekstami również powinien się nim zadowolić. „In The Court of The Crimson King” wciągnął mnie bez reszty. Myślę że co do oceny, nikt nie będzie miał wątpliwości.
- „21st Century Schizoid Man” – 7:21
- „I Talk to the Wind” – 6:05
- „Epitaph” – 8:47
- „Moonchild” – 12:13
- „The Court of the Crimson King” – 9:25
Całość: 43:45
Premiera: 10 października, 1969
Okiem ReneGada:
Co by nie powiedzieć, album który ukierunkował dalszy rozwój gatunku, najdobitniej pokazuje charakterystyczne cechy rocka progreswynego, od free jazzowych naleciałości („21st Century Schizoid Man„) po wręcz klasyczne brzmienia („Epitaph„). Wiele aktualnych zespołów, świadomie lub nie opiera się na patentach wykorzystanych na tej płycie. Ocena 10/10.





Zgadzam sie ze wszystkim
. Ocena 10/10 jest jak najbardziej odpowiednia. Ci muzycy naprawdę stworzyli coś niesamowitego, godnego uwagi. Tytułowy utwór to… to jest cudo nie piosenka xD <333!
. Pozdrawiam
A co do recki, to jak zawsze idealna
mała uwaga:
„a ich płyta będzie świeża, nawet prawie 40 lat później.”
„W końcu album ma już ładnych parę lat. Czuć że nie jest świeży, mimo to wciąga jak cholera.”
:>
No dobra, mała gafa : D Zaraz poprawię.
Szczerze, wdg mnie to nie jest ich najlepszy album, tak samo nie uważam żeby był smutny, bardziej nostalgiczny aniżeli smutny.
A ja uważam, że może nawet jeżeli nie najlepszy to przynajmniej jeden z najlepszych. Poza nim wysoce cenię płytę Red.
Bardzo udana recenzja
. Album ten jest mi bardzo drogi, gdyż m.in. od niego zacząłem się na poważnie interesować muzyką jakieś 6 lat temu…