Amon Tobin – Out From Out Where
Napisany 29 mar 2008 przez Jakub Szwedo | Napisane w electronic, trip-hop | Otagowane electronic, trip-hop | 11 komentarzy »
Recenzja jest autorstwa Neona.
Nie sposób opisać słowami moich uczuć dotyczących Amona Tobina. Doceniany zarówno przez krytyków, jak i fanów. Wydał 7 albumów, ja zaś zajmę się zrecenzowaniem tego czwartego – Out from Out Where. Ciekawostką jest to, że jego talent zauważył nawet Ubisoft, przez co jego muzykę możemy usłyszeć grając w trzecią część przygód Sama Fishera – Splinter Cell: Chaos Theory.
Muzyka, którą tworzy jest określana nie tyle jako elektronika, lecz „cut’n'paste jazz”, co jest cechą charakterystyczną wytwórni Ninja Tune, do której poza Tobinem zaliczają się także m.in. The Cinematic Orchestra, Coldcut czy Funki Porcini.
Ale do ad remu. Out from Out Where jest określany mianem najbardziej mrocznego albumu, jaki stworzył Amon. Widać to już w pierwszym kawałku – “Back from Space” – gdzie dzwonki i – później- perkusja oraz przeróżne typowe elektroniczne dźwięki tworzą klimat zagrożenia, ale również sterylności. “Verbal“, który Tobin tworzył z Mc Decimal R. wita nas zniekształconymi głosami, charakterystyczny jest dźwięk gitary akustycznej towarzyszący nam przez cały utwór. Wyraźny jest bas, a także miejscami arabski posmak rozmaitych grzechotek lub subtelnego, kobiecego wokalu. Do tegoż utworu stworzony został także teledysk, który serdecznie polecam obejrzeć.
“Chronic Tronic” to utwór, w którym Tobin pokazuje to, co umie robić najlepiej- agresywne, elektroniczne bity. Skrecze i perkusja towarzyszy nam przez cały kaawałek, melodia bardzo dobrze nadałaby się do sceny pościgu w filmie sensacyjnym. “Searchers” ponownie zamyka nas w małym, ciasnym pokoju. Możemy usłyszeć efekt echa, smyczki tworzą niewyobrażalny wręcz klimat, później dołącza grzechotka, a wiolonczela i dzwonki powodują dreszcz przechodzący po plecach. Znowu czujemy się wyobcowani, a utwór kończy się ostrym basem i płynnie przechodzi w “Hey Blondie“.
Słuchając go możemy wyobrazić sobie zakopcony papierosami bar, a gdzieś w pierwszej minucie trwania, do tegoż miejsca wchodzi kobieta-ideał, serce nam przyspiesza, wciąż się przypatrujemy, bojąc zagadać. Za oknem słyszymy coś, co przypomina syrenę policyjnego radiowozu, ale przez alkohol wciąż szumiący nam w głowie nie jesteśmy w stanie być pewnym, zwłaszcza, że naszą uwagę przykuwa apetyczna blondynka przy stoliku. Aby pomóc tworzeniu klimatu, Amon ponownie użył gitary, a także chilloutowych dźwięków- zarówno wysokich, jak i niskich.
“Rosies” to kolejne użycie elektronicznych bitów, jednak znowu pojawia się gitara – tym razem w stylu flamenco- oraz subtelne dzwonki i zniekształcony głos pianina. Mniej więcej w połowie utwór zwalnia, a do nas przemawia kobieta, która zaprasza nas do baru… Rosies. W tle słychać krzyki znajomych, a utwór kończy się razem z wygaśnięciem pianina.
Kolejny kawałek- “Cosmo Retro Intro Outro” – przedstawia zapewne scenę na dyskotece. Słyszalne są niemal dance’owe bity, przeróżne plumkania, ba, sam utwór do pewnego momentu jest na tyle szybki, że niemal widzimy ciała gibające się na parkiecie.
“Triple Sience” to dla mnie kawałek ideał, i zapewne najlepszy na albumie. Klimat zagrożenia jest tu tak gęsty, że można by było go ciąć nożem, bas i pianino w tym utworze powala na ziemię, podobnie zresztą jak smyczki i odgłosy podobne do tych z sekretarek automatycznych Tę piosenkę pamięta się długo, co jest zasługą bardzo charakterystycznej i wpadającej w ucho melodii.
“El Wraith“. Jak wiecie, sam lubuję się w arabskich, orientalnych rytmach, nie dziwota więc, że polubiłem ten kawałek. Przedstawia to, co najważniejsze w tego typu muzyce- gitara (banjo?), smyczek, ponownie nastrój wyobcowania, organy, bębny, głos zjawy- to wszystko tworzy niespotykany misz-masz muzyczny, jednak wcale nie czuć, że jakiś element tu nie pasuje. Cud, miód i orzeszki!
Przedostatni utwór – “Proper Hoodidge” – to powolne rytmy, takież same plumkania i brzmienia, po prostu pełen chillout. Około 45 sekundy powracają arabskie brzmienia, jednak szybko giną w chmurze spokoju i ogólnego smutku tego kawałka.
Wreszcie ostatnie dzieło popełnione przez Tobina- “Mighty Micro People“. Tutaj główną rolę odgrywają dzwonki, spokojne uderzenia perkusji i bas. Pojawia się także pianino i organy. Około 4 minuty ponownie pojawia się bardzo zniekształcony i przesterowany wokal, a utwór kończy się ostatnim grzechotem grzechotki.
Rozpisałem się nieco, ale by opisać prawdziwy fenomen Amona Tobina nie wystarczą słowa, po prostu trzeba to usłyszeć. Z czystym sumieniem wystawiam soczystą dziewiątkę.
1.„Back from Space”- 4:52
2.”Verbal Feat Mc Decimal R.” – 3:55
3.”Chronic Tronic” – 6:07
4.”Searchers” – 5:45
5.”Hey Blondie” – 4:31
6.”Rosies” – 5:22
7.”Cosmo Retro Intro Outro” – 4:07
8.”Triple Science” – 4:48
9.”El Wraith” – 5:59
10.”Proper Hoodidge” – 5:25
11.”Mighty Micro People” – 5:48
Całość: 56:39
Data wydania: 14 października, 2002





Ja po pierwszym utworze wyłączyłem ten album i już nigdy do niego nie wracałem
Tylko pogratulować rezygnowania z artysty po przesłuchaniu jednego kawałka ^^’
to prawie jak Ty
Ale ciągle leży na dysku kto wie może kiedyś ruszę, na razie mam czego słuchać
@ Niszczuk- ja słucham płyt. ;s
nie zawsze całych
świetny album, ostatnio zasłuchuje sie w Amonie, płyte ta stawiam jak narazie na równi z ostatnim wydawnictwem. ( choc moze sie to z czasem rzecz jasna zmienić )
@KoRnflakes- akurat Foley Room to bodaj najgorsza płyta z całej dyskografii(wg. mnie oczywiście, chociaż parę innych osób też wyrażało taki pogląd), a przebłyski geniuszu (At The End Of The Day) jednak nie napędzą krążka…
wiesz tez trochę poczytałem to inni zas uważają ze jest równei dobra jak inne. No ale wiesz jestem na świeżo z tym artystą, więc wyrobienie konkretnego zdania przyjdzie z czasem.
Świetna płyta. Bardzo mi się podoba, ma swój klimat. Ode mnie również 9/10.
Grając w 3 część przygód Samego Fishera – Splinter Cell: Chaos Theory muzyka Amona Tobina towarzyszy graczowi przez niemal cały czas. Muzyka w grze jest świetna. Świetnie oddawała klimat. Gdy dzisiaj zabrałem sie za tą płytę, muszę przyznać, że i ta płyta jest świetna. Wprawdzie na co dzień nie słucham takiej muzyki, ale i tak bardzo mi się spodobała! Krążek godny polecenia!