Opeth – Watershed
Napisany 20 cze 2008 przez MastaBanana | Napisane w death metal, metal, progressive metal | Otagowane death metal, metal, progressive metal | 9 komentarzy »


Opeth. Zespół, którego chyba nikomu nie muszę przedstawiać wydał właśnie kolejną płytę. Krążka wyczekiwałem z niecierpliwością. Spodziewałem się bardzo dobrej pozycji, bo cóż innego mogłem po tej grupie oczekiwać? Czytając zapowiedzi, pierwsze recenzje, słuchając słabej jakości wersji live nowych utworów narobiłem sobie wielkiego apetytu. Jak wielki był mój zawód po pierwszym odsłuchaniu „Watersheda”…
Sam początek płyty nie zwiastował niczego złego. Ba! Album zaczął się wspaniale – akustycznym „Coil”, który ujął mnie świetną melodią i czymś czego w muzyce Opeth jeszcze nie było – kobiecym głosem. I to tyle jeśli chodzi o nowości na „Watershed’zie” Trzyminutowy utwór był jednak tylko rozgrzewką. Zaraz po nim nastąpiła death metalowa jazda w postaci „Heir Apparent”. Utwór ten jest raczej typowy dla szwedzkiego zespołu: w ciężkie fragmenty z potężnym growlem Åkerfeldta wplecione są akustyczne wstawki i niezwykle melodyjne solówki, co buduje niezwykły, charakterystyczny klimat. Zmiana perkusisty, wbrew temu czego się obawiałem – nie wyszła zespołowi na złe. Owszem brakuje mi Lopeza na garach, ale Martin Axenrot godnie go zastępuje.
Kapela po raz kolejny w wyważony sposób miesza death metal z progresywnym rockiem z lat 70-tych i jazzem. Niby nie powinniśmy się nudzić, ale jednak… Jakoś mnie ten album męczy. Po parokrotnym przesłuchaniu niewiele pozostało mi w pamięci. Mało jest zachwycających melodii, przejść czy długich akustycznych części tworzących atmosferę znaną z wcześniejszych dokonań grupy. Zbyt często spotykamy się z przejściami, przełamaniami, przeskokami z bardzo odmiennych od siebie fragmentów. Nie uświadczymy już tej płynności. Owszem, wcześniej również często mieliśmy do czynienia z niezwykłymi przejściami pomiędzy ciężkimi partiami a tymi spokojnymi, jednak nie były to przejścia aż tak gwałtowne.
Piszę o tych minusach i nie są to może jakieś jasne konkrety, bo trudno się do czegoś tutaj jednoznacznie przyczepić. Dalej jest to stary Opeth, który jednak nie zachwyca jak dawniej. Mnie wydaję się, że z jednej strony przezywanie tego albumu „Watershit” jest grubą przesadą, to z drugiej określanie go jako „najlepsza płyta w dokonaniu Åkerfeldta” jest podobną hiperbolizacją. Jakby świadomi takiego podziału zdań na temat krążka byli sami muzycy, którzy dobrali dla niego zastanawiający tytuł („przełom”). Istny przełom jednak to nie jest, bo zamiast rewolucji, mamy ewolucję, ale rozumiejąc ten tytuł w kontekście wspomnianych różnic ocen albumu, nabiera on logiki.
Ocena: 5/10
- „Coil” – 3:10
- „Heir Apparent” – 8:50
- „The Lotus Eater” – 8:50
- „Burden” – 7:41
- „Porcelain Heart” – 8:00
- „Hessian Peel” – 11:26
- „Hex Omega” – 7:00
Całość: 55:00
Data wydania: 30 maj, 2008
Okiem L:
Płyta mnie naprawdę zawiodła. Opeth dotychczas było kapelą bez słabego krążka, teraz to się zmieniło. O ile poprzednie dzieło Szwedów odstawało od reszty dyskografii i nie dorównywało im, mimo wszystko było naprawdę niezłe. A już na pewno w porównaniu z „Watershitem” to arcydzieło. Sytuacje ratują tylko 3 pierwsze kawałki, jednak to nie wystarcza, bo reszta to odgrzewane kotlety bez jakiegokolwiek klimatu czy nowości. Ocena 3/10.





Płyta mnie naprawdę zawiodła. Opeth dotychczas było kapelą bez słabego krążka, teraz to się zmieniło. O ile poprzednie dzieło Szwedów odstawało od reszty dyskografii i nie dorównywało im, mimo wszystko było naprawdę niezłe. A już na pewno w porównaniu z „Watershitem” to arcydzieło. Sytuacje ratują tylko 3 pierwsze kawałki, jednak to nie wystarcza, bo reszta to odgrzewane kotlety bez jakiegokolwiek klimatu czy nowości. Ocena 3/10.
Słaba płyta za jednym wyjątkiem. Pierwszy raz słyszałem prawdziwy backmasking taki, w którym naprawdę słychać słowa i bez żadnych podpisów można zrozumieć co jest grane. Nagrany fragment pochodzi z utworu Hessian Peel i został zgrany przeze mnie. Po odwróceniu jest to 9:17. http://www.sendspace.pl/file/jPBmmmsK/
stary Opeth już nie wróci, niestety to stwierdzenie nie pomaga mi przekonać się do nowego. słaba płyta.
To identyczny backmasking jak w Announcement Service Public. Nagrali słowa od tyłu i w oryginalne tak puścili. Przecież to słychać.
No to ja się wyłamię i powiem, że wg mnie płyta jest świetna. Nie miałem za dużo kontaktu z Opeth wcześniej, bo kończyło się zwykle na stwierdzeniu „no, niezłe” i przejściu dalej. Tym razem jednak przekonał mnie do siebie album jako całość i właśnie zaczynam dokładniej poznawać poprzednie dokonania zespołu. Jak dla mnie 9/10.
Płyta jest genialna i koniec!!!!!!! To od razu słuchać, potem odkrywa sie ją po trochę!
Nie wiem co ludzie widzą w tej płycie, podobno jest ona wszędzie na szczytach list o.0
dlatego że to Opeth
A mi się płytka podoba coraz bardziej… już nie usypiam:) Baardzo przyjemna.
Słucham Opeth od ponad 10 lat, uwielbiam każdą płytę, a ta jest dla mnie to bez wątpienia najlepszym albumem w ich karierze. Coś pięknego, jestem zachwycony, płyta przerosła moje wysokie oczekiwania. Zespół jeszcze bardziej poszedł w kontrasty. Lekkość z jaką przechodzą od sielanki do rąbanki i z powrotem jest zniewalająca. Jak dla mnie album dekady. Żeby w tej dekadzie powstało w muzyce coś lepszego, to chyba musiałby być to kolejny album Opeth, albo Chuck Schuldiner musiałby zmartwychwstać.
Mocne 10/10.