Nile – In Their Darkened Shrines
Napisany 28 cze 2008 przez MastaBanana | Napisane w death metal, metal | Otagowane death metal, metal | 3 komentarzy »
Recenzja napisana przez Sylveck dla Winyl’owego Nabóru.
Rozróżniamy wiele odmian death metalu – melodyjne pitu-pitu z wokalem przypominającym łosia w okresie godowym, brutal kwik (tekst nieważny, bo i tak nikt nie zrozumie), czy dylu-dylu, patrzcie, tylko DiGiorgio gra na basie lepiej ode mnie… no, może jeszcze Choy… i Malone… i Langlois. Jednak Nile nie gra żadnego z nich, bo Karl Sanders wcale nie chce szufladkować swojego zespołu w konkretnej z wymienionych odmian. Tak przynajmniej było do opisywanego przeze mnie „In Their Darkened Shrines”, kolejne albumy moim zdaniem są zdecydowanie mniej organiczne i o wiele bardziej „stereotypowe”. Tak więc, gdyby się uprzeć, okres do 2002 roku można nazwać brutal/technical atmospheric ambient death metalem lub, jak to określają sami członkowie zespołu, „ithyphallic death metalem”.
Moim skromnym zdaniem „In Their Darkened Shrines” to szczytowe osiągnięcie Karla Sandersa w dziedzinie nie tylko klimatycznego grania, ale i death metalu w ogóle. Ze świecą szukać w historii gatunku równie dopracowanego i dopieszczonego albumu. I choć znalazłoby się wiele, które można uznać za również bardzo dobre, ale… no właśnie, tylko bardzo dobre. Bo ITDS jest perfekcyjne. Mógłbym się zmusić do znalezienia jakichś słabszych stron tej płyty, ale po co, skoro jako całość dzieło to miażdży? Możecie mnie nazwać zapatrzonym w Nile fanboy’em (a takowym nie jestem, wierzcie mi), ale zdania nie zmienię.
Słuchając „Ithyphallic” w momencie pisania tej recenzji dochodzę do wniosku, że zespół z krążka na krążek rozwija się coraz bardziej jeśli chodzi o technikę. A co z atmosferą starożytnego Egiptu, tematem przewodnim tekstów Nile? Tu jest zdecydowanie gorzej (acz nie beznadziejnie, na szczęście). Ale i ITDS nie ma się czego wstydzić pod względem techniki. Brzmienie płyty jest niezwykle selektywne, tu nie ma miejsca na przypadek. Wszystko jest bardzo przemyślane, ale nadal nadzwyczaj naturalne. Brak tu jakichś nieprzyjemnych, mechanicznych przejść między odpowiednimi częściami utworu.
Ogólny „wydźwięk” płyty, jak wspomniałem, jest znakomity, nie gorzej jeśli się o „sprawy instrumentalne” rozchodzi. Specyficzne, bardzo charakterystyczne riffy, mimowolnie przywodzące na myśl starożytny Egipt są już same w sobie istnymi majstersztykami. Na uwagę zasługują także genialne solówki, które co i rusz słychać w przerwach pomiędzy recytacjami kolejnych wersów. No właśnie, warto wspomnieć też o wokalach, które wydają się nie pasować do brzmienia albumu, a wręcz niszczyć jego klimat. To prawda – wydają się. Wprawdzie zajęło mi nieco czasu przywyknięcie do tej niecodziennej symbiozy, ale w końcu doceniłem ten niskie, wręcz szepcące growle Karla i Dallasa.
Jednak to nie wokale ani nie gitary przykuły szczególnie moją uwagę, a znakomita robota wykonana przez Tony’ego Laureano. To, co wyczynia on z perkusją, to istny obłęd! W jednej chwili potrafi on dziarsko „uderzyć w puchara”, ale po dwóch minutach możemy usłyszeć epicką solówkę. Jest to jeden z niewielu perkusistów, który sprawnie łączy idealną wręcz technikę grania z podbijaniem atmosfery. Bez niego prawdopodobnie nie moglibyśmy poczuć tego klimatu. Odejście Laureano z zespołu jest niewątpliwie niepowetowaną stratą.
Niezwykle ciekawe są także instrumentalne wstawki. Wspomnę tylko, że jeśli zamkniecie oczy, naprawdę znajdziecie się w dorzeczu Nilu. Podobnie jest z nieco wolniejszymi kawałkami jak np. „Hall of Saurian Entombment” czy genialne, przezajebiste, najperfekcyjniejsze czy jak go tam nie nazwiecie – „Ruins”. Albo bardzo naturalne połączenie dwóch światów, brutalnego i ambientowego w „Unas Slayer of the Gods” oraz kawałek wolny, ale i tak kopiący tyłki – „Sarcophagus”, według mnie numer jeden na tej płycie (no, może poza instrumentalnym outrem, „Ruins”). Ta solówka na talerzach, ten riff… Niezapomniane przeżycie.
Cóż więcej mógłbym rzec o takim wydawnictwie jak „In Their Darkened Shrines”? Wszystko zostało już właściwie w tej recenzji powiedziane – jest to jedno z największych wydarzeń w świecie deathmetalowym XXI wieku, a jednocześnie koronny przykład, że tenże gatunek to też sztuka, czasem o wiele bardziej przepełniona epickością niż kolejne klony Blind Guardian. Nawet nie próbujcie omijać.
Oby Karl zdołał się kiedyś przypomnieć nam z tej strony, z której pokazał swój kunszt po raz ostatni na „In Their Darkened Shrines”.
Ocena: 9+/10
- „The Blessed Dead” – 04:53
- „Execration Text” – 2:47
- „Sarcophagus” – 5:10
- „Kheftiu Asar Butchiu” – 3:52
- „Unas Slayer of the Gods” – 11:43
- „Churning the Maelstrom” – 3:07
- „I Whisper in the Ear of the Dead” – 5:10
- „Wind of Horus” – 3:47
- „In Their Darkened Shrines: Part I. Hall of Saurian Entombment” – 5:09
- „In Their Darkened Shrines: Part II. Invocation to Seditious Heresy” – 3:51
- „In Their Darkened Shrines: Part III. Destruction of the Temple of the Enemies of Ra” – 3:12
- „In Their Darkened Shrines: Part IV: Ruins” – 6:02
Całość: 58:43
Data wydania: 16 września, 2002





Najlepsze Nile nie licząc, dwóch pierwszych EPek. Krążek powala ciężarem, techniką i brutalnością a przy tym jest niesamowicie monumentalny. Ma też to co wyróżnia Nile spośród masy innych kapel dm czyli unikalny klimat. Rzeczywiście na następnym albumie było już pod tym względem gorzej, ale zeszłoroczny krążek ma wszystko co fani kochają w tym zespole (chociaż już nie jest aż rak dobry).
Dżizas…znaczy się Rogaty! To mi się nawet podoba xd, a deathu niemalże nie trawię. Coś w sobie mają xD
Zuezuo (nick adekwatny do kogoś, kto słucha dm
) – ja bym się z kolei nie zgodził co do „Ithyphallic”, wg mnie jest to przeciętny album, nie słaby, ale kompletnie nieporywający. Za to „Anihilation of the Wicked” jest w porządku, choć to już tylko technika w stanie czystym, obdarta z tego niepowtarzalnego klimatu ITDS.