Manu Chao, Me, Myself & I – 15.07.08, Wrocław
Napisany 22 lip 2008 przez Nikołajewicz | Napisane w folk, punk, reggae | Otagowane folk, punk, reggae, relacja | 1 komentarz »


fot. Łukasz Bera - dlastudenta.pl
Jakieś dwa lata temu w domowym zaciszu słuchałem pewnej koncertowej płyty. Nosiła ona tytuł „Radio Bemba Sound System” i była częścią dyskografii niewysokiego bruneta, osoby bardzo interesującej – Manu Chao. Będąc całkowicie oczarowany energią, jaka płynęła z tego wydawnictwa, wyobrażałem sobie, jakby to było gdybym nagle znalazł się wśród tych wszystkich ludzi, którzy sycili się każdym zagranym dźwiękiem. Marzenia szybko prysły, aż tu nagle dotarła do mnie elektryzująca wiadomość – Manu Chao zagra w moim Wrocławiu! Czym prędzej udałem się po bilet. Potem zostało tylko oczekiwanie na piętnasty dzień lipca, kolejną rocznicę bitwy pod Grunwaldem…
Przed gwiazdą wieczoru wystąpił kolektyw o intrygującej nazwie Me, Myself & I. To bardzo tajemnicze wrocławskie trio, w którym wokalistka i wokalista śpiewają pod beatbox. Jednak na ich występ niestety się spóźniłem. Pod wejściem na miejsce koncertu (wyspa Piaskowa – plener w centrum miasta) znalazłem się piętnaście minut przed planowanym rozpoczęciem sztuki. Mnóstwo ludzi z całej Polski, koncert został wyprzedany do ostatniego, dodrukowanego w ostatniej chwili biletu (według organizatorów, sprzedano ich 7 tysięcy). Po około dwudziestominutowym ścisku w kolejce znalazłem się na samej wyspie. Szczęście było po mojej stronie, albowiem koncert rozpoczął się dopiero wtedy, kiedy byłem już na tyle blisko, by móc w zadowalającym mnie położeniu chłonąć każdy dopływający ze sceny dźwięk.
Manu Chao (w towarzystwie swojego koncertowego składu o nazwie takiej samej jak tytuł wspomnianej na początku koncertówki – czyli Radio Bemba Sound System) rozpoczął powoli, bardzo bujająco tylko po to, by po dłuższej chwili odpalić petardę w postaci nieco zmodyfikowanej wersji „Panik Panik” z jego ostatniej płyty pt. „La Radiolina” połączonej z „El Hoyo” – również z najnowszego krążka. Pozmieniane w stosunku do oryginału aranżacje były tutaj na porządku dziennym. Sam Manu ma tendencję do tworzenia z jednej-dwóch melodii kilku różnych piosenek i umieszczania takich eksperymentów na swoich solowych płytach. Nie inaczej było we Wrocławiu – jeden, iście punkowy motyw przewijał się przez setlistę jeszcze kilka razy. To, co z początku mnie raziło, po kilku chwilach mnie urzekło. Swoich czadowych wersji doczekały się m.in. „Me Gustas Tu” czy numery z ostatniej płyty – „Rainin’ in Paradize” i „Tristeza Maleza”. Artysta, o którym teraz piszę, został kiedyś nazwany przez kogoś etno-punkiem… Jeśli punk rock ma tak brzmieć to ja od dzisiaj zaczynam na nowo nosić spodnie w kratę i glany.
Ale prócz „wykopowych” kawałków było też dużo stonowanych, obrzydliwie pięknych dźwięków, dzięki którym polubiłem tą muzykę. A wśród nich hity takie jak „Clandestino” (jak zawsze wspaniale brzmiący), „Mr. Bobby”, „Malegria” czy „La Primavera”. Nie zabrakło też piosenek z repertuaru zespołu, w którym Manu stawiał swoje pierwsze kroki – Mano Negry. Nawiasem mówiąc, dokonania tej nieistniejącej już grupy darzę odrobinę większą atencją niźli solowe dokonania Manu – a więc obecność piosenek „Czarnej Dłoni” tego wieczoru bardzo mnie ucieszyła. Była „Casa Babylon” z ich ostatniej płyty, „Peligro”, „Machine Gun”, sławne, nieoficjalne „main theme” zespołu o nazwie „Mano Negra” (w wersji solowej pod nazwą „Radio Bemba”), fragment „Ronde de Nuit” wpleciony w medley kończący pierwszą część koncertu…
Tak, dobrze przeczytaliście – sztukę można podzielić na trzy części. Dlaczego? Bo po części właściwej koncertu przyszły bisy, które trwały… pół godziny! W czasie nich usłyszeliśmy kolejne piosenki Mano Negry – „Mala Vida” (moje serce się radowało, a po plecach wędrowały ciarki) i „Sidi H’ Bibi”, podczas którego głównym wokalistą został Garbancito – czyli osoba odpowiedzialna za instrumenty perkusyjne w Radio Bemba (a wcześniej w ww. Mano Negrze). Sam Chao natomiast zajął się przeszkadzajkami. Bardzo ciekawa odmiana. Po tych dwóch utworach rozpoczęło się długie przedstawianie siedmioosobowego składu nieustannie przerywane owacjami. To był znak, że powoli zbliżamy się do końca… Ale zanim nadszedł koniec ze sceny popłynęły słowa „mama was queen of the Mambo, papa was king of the Congo” – czyli „Bongo Bong”. Ten utwór znają wszyscy (ostatnio nawet Robbie Williams zrobił covera), a więc i zdecydowana większość publiczności odśpiewała fragment z gwiazdą wieczoru. Tylko fragment, bo po pierwszym refrenie Radio Bemba Sound System zaserwował nam kolejną dawkę energii. I to był koniec, każdy z muzyków schodził po kolei ze sceny, aż został sam gitarzysta…
Chwila ciszy i… wracają! Na sam dobry koniec, co to by się lepiej spało, zagrali kolejną długą wersję piosenki z „La Radioliny”, a mianowicie „La Vida Tombola„. Po raz kolejny usłyszeliśmy to, co najlepsze – nazwijmy to „piękny czad”… Na sam koniec Manu Chao Radio Bemba Sound System rozgrzali już i tak wrzącą publikę do czerwoności.
Przez niewiele ponad dwie godziny muzycy przenieśli mnie w zupełnie inny świat – bez problemów, świat beztroski, pełen pozytywnych i urokliwych dźwięków. Tego wieczoru jeszcze długo nie zapomnę… Mam nadzieję, że sam Manu również, ponieważ raz zdarzyło mu się wypowiedzieć swoim specyficznym angielskim akcentem zdanie „we always come to Poland”… Natomiast już na sam koniec powtarzał często tytuł swojej drugiej płyty – „Proxima Estacion: Esperanza” (hiszp. „następny przystanek: nadzieja”). Jestem pewien, że wielu ludzi, którzy tego dnia byli na wyspie Piaskowej ma nadzieję. Choćby na to, że jeszcze kiedyś na polskiej ziemi pojawi się ten niesamowity człowiek, który mimo swojego wieku (47 lat) wcale nie ma zamiaru się zatrzymać.





No cóż Manu robi niesamowitą muzykę, na żywo to musi być jeszcze lepsze, Sam bym się wybrał gdyby koncert odbył się gdzieś bliżej