The Mars Volta – 25.07.08, Warszawa
Napisany 27 lip 2008 przez renegad | Napisane w alternative, electronic, hardcore, jazz, rock | Otagowane alternative, electronic, hardcore, jazz, relacja, rock | 9 komentarzy »


Muszę zacząć tak. To moja pierwsza relacja z koncertu umieszczana na Winylu oraz drugi koncert tego zespołu w Polsce, a pierwszy na którym miałem okazję być. Ostro jak na początek, musicie przyznać!
Trudnym zadaniem jest pisanie o The Mars Volta bo przecież to nie jest zwykły, pierwszy lepszy zespół nagrywający płyty i grający koncerty. Sam fakt, że ludzie, krytycy, fani, stawiają ich na piedestale najlepiej grających zespołów „na żywca”, oraz uznawanie ich za jedną z najoryginalniejszych kapel 21 wieku stawia mnie w dosyć trudnej sytuacji. Cóż, nie wypada pisać o nich źle! Lecz najwyższy czas skonfrontować opinie innych z moją własną i przedstawić wam jak ten cały „spektakl” wygląda oczami słuchacza, który dużego doświadczenia koncertowego nie ma, aczkolwiek coś tam widział coś tam słyszał.
O ile w recenzji o obiektywizm bardzo trudno to tu mam nadzieję, spokojnie mogę podejść do całego tego zamieszania z chłodnym okiem. Dużo sobie obiecałem, podchodziłem do tego koncertu jak do czegoś co może zmienić moje muzyczne nastawienie, wywrócić je do góry nogami bądź umocnić w tym co już jest. Jak się stało dowiecie się czytając moją relację.
Pisząc o tym koncercie nie mogę nie wspomnieć o tym co działo się przed wejściem do Stodoły, ulewa krótko mówiąc. Ale nieco to rozwinę, stojąc w kolejce do wejścia tak jak kilkaset innych oczekujących przemokłem do suchej nitki, nie było to nic przyjemnego, ale również na minus tego uznać nie mogę bo 10 minutowy bieg pod Stodołę przez centrum miasta z ekipą z która spędzałem ten dzień, no cóż rzecz magiczna i warta odnotowania. W tym miejscu pozdrawiam szalone wrocławianki i Krzyśka który w jakże nietypowych warunkach eskortował nas pod kolorową Stodołę.
Sam koncert odbył się z 20 minutowym poślizgiem, zaczęło się od “A Fistfull of Dolars“, Ennio Morricone, po chwili zespół wszedł na scenę. Pierwszy utwór z repertuaru Volty który rozgrzał publikę to „Goliath” z ostatniej jak na razie płyty „The Bedlam In Goliath”. Początek wyśmienity choć problemy z nagłośnieniem towarzyszyły muzykom od pierwszego do ostatniego utworu zagranego podczas tego koncertu. “Goliath” na albumie to kawałek bardzo energetyczny z świetnym prowadzącym riffem i ciekawymi ostrymi wokalami. Tutaj było podobnie aczkolwiek nie do końca, o ile gitarę było słychać bardzo dobrze to wokal umiejscowiony był gdzieś za ścianą dźwięku płynącą z głośników co raczej za plus uznać nie mogę. Co innego zachowanie samych muzyków na scenie, Cedric biegał, skakał, szalał ze statywem, stroił dziwne miny oraz co najciekawsze przegonił natrętnych fotografów którzy zasłaniali ludziom w pierwszym rzędzie całe sceniczne przedstawienie. “Goliath” został dosyć mocno rozimprowizowany czego akurat się spodziewałem, aczkolwiek nie do tego stopnia. Utwór trwał bodaj 20 minut podczas których zespół dosyć mocno odleciał w rejony bliżej nie określone, żeby na samym końcu ponownie uderzyć z siłą młota pneumatycznego, tak tak hałas był niszczący. Następne w kolejności było „Viscera Eyes” z trzeciego krążka “Amputechture“, jak się później okazało był to jedyny przedstawiciel owej płyty na tym koncercie. Wałek bardzo mocny, typowo koncertowy, dodatkowo rozbudowany solówką pałkera graną na ostatniej trasie, która i tu była obecna. Jeśli już jesteśmy przy bębniarzu to kilka słów o nim. Kurde!!! Ten kolo to ma feeling, czy to łapy, czy stopy, czy mocny szybki prowadzący rytm, czy nagle rwane, szybko przyspieszane twory, w zasadzie to facet się nie mylił, jechał ostro przez cały koncert aż sam Omar który niczym maestro koordynował całą pracę sekcji rytmicznej, w kilku momentach upominał go żeby trochę zwolnił. Świetnie wypadały, jamy basisty z perkusistą do których dosyć często podłączał się Rodriguez i przeszkadzajki jego brata, który nieco z boku, ukryty za saksofonistą wykonywał kupę roboty żeby przebić się przez ten muzyczny rozgardiasz. Jeśli chodzi o Adriana, muzyka odpowiedzialnego za instrumenty dęte min klarnet i dwa saksofony, to kolo robił co mógł żeby było go słychać. Choć na początku mocno zdenerwowany nagłośnieniem (praktycznie w cale nie było słychać saksofonu) nie poddał się, coś tam poprzekręcał, pogadał z dźwiękowcem co zaowocowało wystrzałem dźwięków podczas „Wax Simulacra” którego początek i sama końcówka to moim zdaniem poziom wysoki jaki tokijskie drapacze chmur, większość muzyków jazzowych może tylko zbierać szczękę z podłogi słysząc to co Pridgen z Terrazasem wyprawiają podczas tych partii. Duet „Wax Simulacra” i kolejne w zestawieniu „Ouruboros” to momenty podczas których tłum szalał najmocniej, środek sali pod samą sceną opanowali głównie faceci co było dosyć dobrze widać z miejsca w którym ja stałem(lewa strona sali niedaleko barierek, bardzo blisko głośników). W „Ouroboros” kolejny raz popis umiejętności pokazał Pridgen, który co tu dużo mówić wprowadza cholernie dużo świeżego powiewu w koncertową (i nie tylko) formę The Mars Volty. Trzeba dodać, że ten młodzian podczas koncertu zniszczył jeden bęben oraz kontynuował granie w momencie gdy jedna z jego pałeczek fruwała mu nad głową i tylko jedna z jego rąk mogła kontynuować granie (a partie które wykonuje są mocno skomplikowane), no kurde cudak jak się patrzy.
Moment koncertu który spowodował największe poruszenie, to przetworzone partie wokalu rozpoczynające salsującą „Ilyenę”, słychać było, że tłum wiedział o co chodzi i odśpiewał wspólnie z Cedriciem początkowe partie tego utworu by później swoiście odlecieć (pozdrowienia dla chłopaka w białej koszulce szalejącego jak burza na pięterku Stodoły). Ja podczas „Ilyeny” miałem mały pokaz tańca zaserwowanego przez wrocławski duet Gosia-Natalia, Natalia-Gosia
. Jeśli chodzi o sam utwór to byłem nieco zawiedziony bo z świetnego bujającego wałka który spokojnie mógłby szaleć na listach przebojów, słyszałem głównie hałas który wgryzał się w uszy. Mało wspominam o Omarze, człowieku który jakby nie patrzeć, trzyma to wszystko w ryzach i jest odpowiedzialny za większość improwizacji uskutecznianych podczas koncertu. Jeśli chodzi o typową gitarową onanizację, gdzie po samym Omarze było widać, że go nosi, to takich momentów było nie wiele, ja naliczyłem bodaj dwa (nie licząc odlotów całej paczki), aczkolwiek najlepsze momenty w wykonaniu Omara to te kiedy jechał z riffem jechał, i nagle jak gdyby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki przyspieszał i wkręcał takty tak jak mu w duszy gra, skakał z gitarą, wykonywał jakieś nieskoordynowane ruchy, strzelał miny jakby hmm, przeżywał orgazm, co damskiej publice zgromadzonej w Stodole mocno się podobało. Apogeum eksperymentów zespół osiągnął podczas „Cygnus….Vismund Cygnus” gdzie w zasadzie każdy z muzyków miał okazję się wykazać (jamy itp.), trochę szkoda mi Ikeya którego klawisze imitujące różnego rodzaju dźwięki w mało znaczący sposób urozmaicały koncert (słaba praktycznie niesłyszalna ingerencja), jedyne momenty w których dosyć dobrze słychać było Owensa to partie między utworami gdzie, słychać było Omara i jego efekty, z drone’ami i ambientowymi pokładami dźwięku Ikeya które bardzo zgrabnie wypełniały przestrzeń w Stodole. Cygnus trwał bodajże 30 minut, były momenty które lekko przynudzały, lecz dosyć szybko zespół zmieniał rytm i udziwniał do granic możliwości wspomniany utwór aby zaskoczyć jak tylko się da publikę zgromadzoną tego wieczoru w klubie. Dużym zaskoczeniem dla mnie była obecność singla z drugiej studyjnej płyty zespołu a dokładniej „The Widow”, które było najspokojniejszym utworem zespołu zagranym tej nocy. Fajny luźny moment w którym można było się pobujać i nieco zrelaksować, choć ciężko tu mówić o takim typowym relaksie, w końcu to The Mars Volta, oni nawet najspokojniejsze piosenki potrafią zagrać w taki sposób, że bujanie to najspokojniejsza forma zabawy przy nich.
Kolejnym kawałkiem który przyznam się szczerze, na pierwszy rzut ucha. nie poznałem, była szalona “Aberinkula“. Wszystko przez mocno udziwniony wstęp do tego utworu, piosenka bardzo energiczna, skoczna, pokręcona, z niesamowitą partią free jazzową zamykającą tą kompozycje, była chyba high lightem tego koncertu, i ku zdziwieniu publiczności kompozycją zamykającą koncert. Około 110 minut, tyle trwał romans z koncertową formą kapeli przyznam, że byłem mocno zaskoczony szybkim opuszczeniem sceny przez zespół. Cedric podziękował fanom, Omar pomachał ręką, i zniknęli. Brak bisów, co akurat mnie nie zaskoczyło, pozostał niedosyt, ale taki niedosyt, że teraz słuchając zespołu w domu z komputera, przed oczami widzę szalejącego Cedrica i jego kocie ruchy, i doceniam jeszcze bardziej muzykę która ci panowie tworzą, wszystkie jej zakamarki, możliwe niedociągnięcia, umyślne zawirowania czy udziwnienia które naprawdę mają sens. Co mogę powiedzieć na koniec, ludzie w Stodole bardzo w porządku, towarzystwo – lepszego mieć nie mogłem, koncert świetny, ale chyba to nie wszystko co ci panowie mogli nam pokazać więc czekam na kolejną okazję do odlotu z Cedriciem, Omarem i całą resztą zespołu w rejony muzycznej magii którą ci panowie tworzą. Pozdrawiam, Gadzik.





Warto chyba podpisać zdjęcie, którego się używa do zobrazowania recenzji
No cóż mr. Tomasz Arczyński zamieszcza swoje zdjęcia mocno luzacko, bez żadnych spinek co do autorstwa i problemów z ich zamieszczaniem(przynajmniej ja jakiś odniesień ku temu nie zauważyłem) więc zamieściłem je bez creditsów. Ale skoro chcecie podpis proszę bardzo. Credits for Tomasz Arczyński/Onet.pl. Następnym razem zrobię to od razu.
Hmm, Voltę słucham od czasu i do czasu. Jeśli miałbym iść na taki koncert to tylko z sentymentu do At the Dirve-In ;P
Renegad,
Tu nie chodzi o wyluzowanie, czy też nie, ale o prostą kulturę – wykorzystujesz czyjeś zdjęcie – podpisz, tym bardziej, że prawa do zdjęcia należa do Onet.pl, jak jest w dopisku zarówno na liveshots.pl, jak i na samym Onecie.
Pozdrawiam
No i znowu żałuję, że nie znalazłem finansów na TMV
Następnym razem postaram się przyjechać na ich koncert, bo jak wyobrażam sobie dwudziestominutowego “Goliatha” to wykręca mi trzewia z wrażenia
T@ tak ja napisałem następnym razem podpis będzie od razu.
Mikołaj, Goliath był co tu dużo mówić nieziemski, energia, spontan i…nerwy które widać było na twarzach Omara i Adriana.
Poprawione, jest podpis pod zdjęciem.
Fajna recenzja, szkoda że wcześniej nic nie wiedziałem o zespole, bo bym się wybrał na koncert z tą magiczną trójką (renegad i te ’szalone wrocławianki’). Może kiedyś przyjdzie czas na powtórkę. Ja nie wiedziałem, że Paweł umie pisać
Koncert genialny. Ale jak wiadomo (kartka ze sceny) zespół miał jeszcze grać Meccamputechture i Drunkshipa. Smutna to wiadomość dla mnie była. Wiem, że zespół zobowiązał się zagrać w Polsce podczas następnego tour’u, więc tylko czekać!