One Day As a Lion – One Day As a Lion (EP)
Napisany 31 lip 2008 przez Nikołajewicz | Napisane w electronic, experimental, hip-hop | Otagowane electronic, experimental, hip-hop | 2 komentarzy »

Z okazji wydania EP’ki przez projekt One Day As A Lion, aż trzech naszych redaktorów postanowiło streścić swoje odczucia na jej temat. Oto wspomniane recenzje pióra Nikołajewicza i Masty oraz krótka notka Gada.

Informacja o tej płycie spadła na mnie jak grom z jasnego nieba. Już wcześniej słyszałem o jakichś solowych dokonaniach Zacka de la Rocha z Rage Against the Machine, jednak dopiero teraz odnalazłem jakieś konkrety. I to jakie! Zack połączył siły z Jonem Theodore (eks perkusistą lubianego wśród kilku autorów Winylu The Mars Volta). W myśl zasady, że „lepiej być lwem przez jeden dzień niż owcą przez tysiąc lat” duet nagrał kilka piosenek. Przed Państwem – One Day As a Lion…
Na wstępie warto ustalić dwie sprawy. Po pierwsze… Parafrazując zdanie pojawiające się na każdym krążku RATM: „all sounds made by keyboards, drums and vocals”. Jeśli ktoś spodziewa się ostrych riffów i zabójczych solówek to srogo się rozczaruje. To coś zupełnie innego, tak jak inny był The Nightwatchman. Po drugie… Nie każdy dźwięk jest tu przyjemnie zmiksowany i zmasterowany. Marzenia o przejrzystym brzmieniu też musimy na czas słuchania demka porzucić, ale dla fanów Rejdżów i Mars Volta to chyba nie będzie trudne, prawda?
Na płycie dominują hipnotyzujące linie klawiszy. Są one autorstwa samego Zacka – tak przynajmniej głosi MySpace zespołu. Melodia z otwierającego „Wild International” długo nie pozwala o sobie zapomnieć, „Ocean View” wkręca się w uszy, natomiast „One Day As a Lion” to bardzo bujająca melodia, która imituje i bas, i gitary. To jedyny moment, w którym przypominamy sobie o Tomie Morello i Timie Commerfordzie (tak, tak! Kiedy ja, fanatyk RATM, słucham tego materiału to całkowicie zapominam o macierzystej formacji Zacka).
Do wokalu nie powinniśmy mieć zarzutów, ale mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że jest ponad to, czego się spodziewałem. Emce jest w wyjątkowo dobrej formie, przegaduje samego siebie, a do tego czasem zarzuca rapowanie na rzecz zwykłego wokalu! Do tego się nie przyzwyczailiśmy, bo potrafię wskazać tylko jeden przykład zastosowania takiego rozwiązania w przeszłości („Beautiful World” na „Renegades”). Niestety nad tą formą prezentowania swoich tekstów Zack de la Rocha musi jeszcze popracować, bo wybitnym śpiewakiem to nie jest. Chociaż śpiewany refren do „If You Fear Dying” jest moim zdaniem najciekawszym na całej płycie.
Niewątpliwym plusem jest połączenie klawisza z żywą perkusją – dzięki temu nagrania dostały dodatkowego kopa. Szczególnie, że Jon Theodore to pałker nie byle jaki. To dzięki niemu „Ocean View” jest tak zróżnicowane – od transowych zwrotek po punkową końcówkę. Również gdyby nie taki, a nie inny takt to „Wild International” nie powodowałby samoistnego kiwania głowy, a ręce nie unosiły się do góry – nawet siedząc przed komputerem. Ale dopiero w „Last Letter” bębny grają pierwsze skrzypce – duży wpływ na to ma połamany rytm utrzymujący się przez cały utwór. Najbardziej progresywny fragment epki.
Reasumując, to dość mroczny, undergroundowy materiał. Coś zupełnie odmiennego niż poprzednie dokonania obu panów. Mimo pewnych potencjalnych trudności w odbiorze polecam ten projekt fanom Rage Against the Machine, Mars Volty, ale i miłośnikom hip hopu, którzy nie boją się eksperymentów. Niestety krążek trwa tylko niewiele ponad dwadzieścia minut… I choć trzeba dozować produkt z umiarem, bo ta epka słuchana w nadmiarze może szybko się przejeść to mam nadzieję, że One Day As a Lion jeszcze kiedyś coś nagra.
Ocena: 7+/10

Będzie krótka recka, bo i płyta jest krótka. W końcu to tylko EP’ka. Ale za to jaka! I kogo! Sam wokalista słynnego Rage Against The Machine Zack De La Rocha oraz były perkusista The Mars Volta Jon Theodor połączeni pod szyldem One Day As A Lion nagrali minialbum. Ta próbka możliwości obu muzyków jest świetną osłodą dla wszystkich, którzy wciąż wyczekują choćby jednego nowego utworu RATM.
Bo jest tutaj wiele czynników, dla których ludzie pokochali muzykę Rage’ów. Jest charakterystyczny flow Zacka, łamane perkusyjne beaty przywodzące na myśl grę Brada Wilka, jest ta energia, chociaż nie porywa tak jak we wcześniejszych dokonaniach pana De La Rochy. To co najbardziej odróżnia muzykę ODaaL od tworów spod znaku RATM to brak Toma Morello. Mamy tutaj do czynienia z dźwiękami przywodzącymi na myśl mocno udziwnioną gitarę, przypominającą tworzone w programie FL Studio riffy (vide „Wild International”). O solówkach też można oczywiście zapomnieć. W końcu to projekt stricte hip-hopowy, a nie rapcore’owy. Mocno eksperymentalny należy dodać, a to głównie za sprawą tych pseudo-gitar i innych, tym razem typowo klawiszowych zagrywek, za które był odpowiedzialny Zack. Szczególnie podoba mi się taka zagrywka z końcówki tytułowego utworu, która tworzy specyficzny klimat.
Nad końcową oceną musiałem się chwilę zastanowić. Płyta nie porwała mnie z początku. Dopiero przy czwartym odsłuchaniu zacząłem ją coraz bardziej doceniać. To odróżnia ODaaL od RATM, którego dokonania porywały mnie od razu i nie pozwalały spokojnie usiedzieć do końca trwania płyty. Wiem, że Zacka stać na więcej, a Jon krowie spod ogona też nie wypadł w końcu. Trudno mi nie patrzeć na tą płytę z perspektywy fana Rage Against The Machine. Może z sentymentu do tego zespołu ocena będzie trochę wyższa, ale od jednego z członków mojego ulubionego zespołu wymagam nieco więcej.
Ocena: 6+/10
1. Wild International – 3:47
2. Ocean View – 4:07
3. Last Letter – 3:59
4. If You Fear Dying – 3:57
5. One Day As a Lion – 4:25
Całość: 20:15
Premiera: 22 sierpień, 2008
Okiem ReneGada:
Pytanie: Czego można było się spodziewać po świetnym bębniarzu jakim jest John Theodore i niesamowice charyzmatycznym wokaliście Zacku De La Rocha, którzy mając intersującą przeszłośc muzyczną, na pewien okres chowają się w cień i nagle jak gdyby nigdy nic wydają wspólną muzykę? Odpowiedź: wszystkiego!
I tak własnie jest, epka po części przypomina dokonania macierzystych kapel obu panów, jednocześnie pokazuje czym wspólna kontemplacja w studiu dwóch niepokornych muzyków może zaowocować. Jest mocno, dosadnie, intersująco, aczkolwiek bez tego „czegoś”.
Ale mam nadzieję, że wspolna kolaboracja tych dwóch „muzycznych rebeliantów” nie skończy się na tej epce i pierwiastek geniuszu odkryją podczas dalszej wspólnej pracy. Jak na razie ocena 6+/10.






Tylko Wild International podszedł reszta niestety, nie tragicznie, ale tak se. 3,5/10 ;d
„Zack de la Rocha musi jeszcze popracować, bo wybitnym śpiewakiem to nie jest.”
a co do EPki, to nie wiem co o niej sądzić.
wybitnym nie, ale całkiem niezłym, tylko nie wszystko potrafi zaśpiewać.