At The Drive–In – Relationship Of Command
Napisany 30 sie 2008 przez renegad | Napisane w experimental, hardcore, post-hardcore | Otagowane experimental, hardcore, post-hardcore | 36 komentarzy »


Rok 2000, rok rozkwitu muzyki nu-metalowej. W mediach królował pozer z czerwoną czapką na głowie, ostro jadący po kolorowych gwiazdkach show biznesu. W tym czasie gdzieś w El Paso, grupka hardcore’owców przesiąkniętych wpływami latino i dub wprowadza na rynek muzyczną bombę, swoistego konia trojańskiego który miał za zadanie zrównać z ziemią wszystkich medialnych fircyków i ich „maszynki do zarabiania dolarów”.
Zwali się At The Drive-In i mieli na koncie już kilka tworów, aczkolwiek żaden nie miał takiej siły nośnej jak ich najnowsze dziecko „Relationship Of Command„.
Wkładam płytę do nośnika i na 53 min zamieniam się w koncertową formę Cedrica Bixlera – Zavali (odsyłam do linków w trackliście). Zaczyna się monumentalnym wejściem perkusji („Arcarsenal„) które przywodzi mi na myśl tribalowych wymiataczy z Sepultury, po chwili atak wściekłych niesamowicie szybkich gitarowych riffów, które jak się później okazuje, są cechą charakterystyczną tej produkcji. Po tym openerze jestem naładowany takimi emocjami, że mógłbym szyby gołymi rękoma wybijać, a to dopiero początek!
Kolejne 3 utwory to pigułki po których łyknięciu człowiek załapuje momentalne ADHD.
Masa chwytliwych zagrywek gitarowych, riffy aż wgryzają się w czachę wszystko to niesamowicie doprawione zwolnieniami, nagłymi perkusyjnymi zrywami, różnego rodzaju ambientowymi przestrzeniami i co najważniejsze wokalem który powoduje u słuchacza gęsią skórkę, haa to są prawdziwe emocje! W momencie kiedy słyszę pierwsze takty „Invalid Litter Dept.” wiem, że mam do czynienia z czymś epokowym, jest to utwór najdłuższy i bodaj najdojrzalszy na płycie, przesycony takimi emocjami, że aż ciary po człowieku przechodzą.
Do tego tematyka utworu która dotyczy głośnej sprawy, niewyjaśnionych do dziś brutalnych morderstw dokonanych na młodych kobietach w meksykańskim mieście Juarez. Wszystkie te czynniki, oraz krzyk wieńczący ten utwór to moment który na dobre wpisał się do kanonu muzyki hardcore’owej, a te ostatnie kilka sekund pokazuje z jakim zapałem i serduchem (z płucem również) podchodził do swoich partii wokalnych Cedric. Po tej mocno lirycznej i zapadającej głęboko w pamięci części albumu, ponownie zostajemy atakowani ultraszybkimi momentami w postaci „Mannequin Republic„, w którym Ward z Rodriguezem osiągają apogeum gitarowego łomotu, aczkolwiek cały ten zgiełk zgrabnie przy temperowany został świetną linią basu Paula Hinojosa. Kolejny w zestawieniu „Enfilade” to moim zdaniem killer ostateczny, ilość pomysłów zawartych w tym kawałku poraża, począwszy od niesamowitej sekcji rytmicznej gdzie perkusista jakże prostym aczkolwiek zgrabnym i niesamowicie oryginalnym motywem prowadzi owy utwór, skończywszy na eksperymentach z brzmieniem latino i elektroniką. Warto wspomnieć, że w oryginalnym intro swojego głosu użyczył nie kto inny niż legenda punk rocka Iggy Pop.
Brnąc dalej jest nie inaczej sporo eksperymentów, melodii i świetnych chwytliwych momentów. Powolne lecz mocno monumentalne „Quarantined” z interesującą linią basu, czy „Cosmonaut” z kolejną eksplozją gitar i riffem który po prostu pozamiatał.
W tym momencie ledwo trzymam się na nogach a to jeszcze nie koniec. Na szczęście „Non-zero Possibility” to najspokojniejszy utwór na tym krążku, patrząc przekrojowo przez album to jest to swoista przerwa na kilka oddechów, w dziele zniszczenia które serwuje na RoC grupka muzyków. Później jeszcze tylko albo aż, dwa siejące zniszczenie utwory i koniec.
Spoglądam na ściany swojego pokoju które wyglądają jak po przejściu huraganu i zastanawiam się czy kuracja emocjonalna zwiąca się „Relationship Of Command” była dobrym pomysłem. Możliwe, że dobrym bo podobno w każdym z nas drzemie dzika bestia, a panom z At The Drive-In za pomocą ich ostatniego tworu udało się ją obudzić…przynajmniej we mnie.
RoC to dzieło skończone w zasadzie można się pokusić o stawianie przed słowem dzieło magiczne literki „arcy”, z drugiej strony nie można nie wspomnieć, że At The Drive-In to etap w życiu tych muzyków już zamknięty. Możliwe, że dobrze, że akurat tak potoczyły się ich losy. Przynajmniej nie mieli okazji skomponowania kolejnego albumu który nagrywany był by pod presją muzycznej mona lisy jaką jest moim zdaniem Relationship Of Command. Jak to często się zdarza takie zabiegi kończą się jak się kończą, czyli marnie.
Dla fanów hardcore’u pozycja obowiązkowa, lecz dla słuchaczy lubiących lżejsze formy rocka propozycja Teksańczyków może okazać się ciężka do ogarnięcia, ale mimo wszystko gorąco polecam. Ahh i zapomniał bym o najważniejszym, mam nadzieję, że docenicie moje starania i trud włożony w napisanie tej recenzji (zniszczony pokój wymagający gruntownego remontu, o szkodach cielesnych nie wspominając) i klikniecie chociaż w linki z tracklisty. Pozdrawiam Gad
PS Wydaje mi się, że zakazów na blogu nie mamy?! Pff to walnę sobie dedykację a jakże by inaczej ^^ Pozdro dla fircyka, który po ogarnięciu tego albumu zrezygnował z okien w swoim pokoju na rzecz tekturowych płyt
Nie będę w tym miejscu wpisywał nicka itp. on wie, że to o nim mowa
Ocena: 10/10
- „Arcarsenal” – 2:55
- „Pattern Against User” – 3:17
- „One Armed Scissors” – 4:19
- „Sleepwalk Capsules” – 3:27
- „Invalid Litter Dept.” – 6:05
- „Mannequin Republic” – 3:02
- „Enfilade” – 5:01
- „Rolodex Propaganda” – 2:55
- „Quarantined” – 5:24
- „Cosmonaut” – 3:23
- „Non-Zero Possibility” – 5:36
- „Extracurricular” – 3:59
- „Catacombs” – 4:14
Całość: 53:41
Premiera: 12 września, 2000





Pewnie wszyscy wiedzą co tu napiszę, ale co mi tam. Jedyny plus tej kapeli to taki, że byli lepsi od The Mars Volta. Reszta porównywalnie beznadziejna z piszczeniem pana Cedrica na czele. Tak czytając tą reckę, nastawiałem sie na kawałki, po których bede miał ochotę dawać wpitol przypadkowym przechodniom (tak działa na mnie np. „Fucking Hostile” Pantery ;P), a dostałem anemiczną padakę (energetyczna wartość tych 4 kawałków = ZERO). I oglądając koncertowe klipy zachodziłem w głowę do czego ten zespół się rusza (a właściwie miota się, jakby mieli dostać masowej padaczki) i niestety na żaden pomysł nie wpadłem ;P Nie dla mnie ta kapela.
Co do Mars Volty to mam zdanie podobne jak Nook. Jednak co do At The Drive-In to się z nim nie zgodzę. Płytę z każdym odsłuchaniem lubię coraz bardziej. Szalejąca perkusja, świetne melodie i nawet kiedyś Cedric nie piszczał tak jak dzisiaj ;p Ode mnie 8/10
u mnie jak u Masty, tzn. jeśli chodzi o tę płytę – bardzo przyjemna, wokale, perkusja, melodie i ogólnie całokształt. dobrze się przy niej jeździ w NFSach
Ale u was to jest tak, że skreślacie Volte z powodu wokalu, spoko tak też można, sam tak często mam, ale np. na swoim przykładzie zarzucę : takiego Mastodon nie mogłem znieść z powodu wokalu a tu nagle po kilku (dałem szansę) odsłuchaniach (Blood Mountain) wokal zaczął mi się podobać przez co muzyka wykonywana przez zespół zyskał, no i słucham ich i czerpie z tego przyjemność, a nie tak jak wcześniej katjusze. Z Nookiem się zupełnie nie zgadzam -> anemiczna padaka 0_o weź mi to wytłumacz bo cię nie rozumiem, już kiedyś tak wypowiadałaś się o TMV (anemiczni – to słowo zupełnie nie kojarzy mi się z muzyką, a już na pewno nie z Cedriciem i Omarem), może w inny sposób rozumujemy pojęcie „utworu do lania ludzi”?! Choć to zapewne kwestia czysto subiektywna (na mnie np. Pantera tak nie działa), takie Arcarsenal i Cosmonaut to, że się brzydko wyrażę „rozkurwy emocjonalne”, ale jak wspomniałem zależy od gustu, ja podchodzę do hardcore’u w sposób czysto emocjonalny, ma wyzwalać emocje i tyle, technika itp. ma mniejsze znaczenie.
No to ja powiem od siebie,że z początku słuchałem Cosmonaut na żywo, stwierdziłem,że ta muzyka kompletnie nie dla mnie. Dałem im jeszcze jedną szansę,ale teraz odsłuchałem album, inna bajka, więcej emocji, Cedric nie fałszuje itp. Moim zdaniem,Nook,powinieneś jednak dać im szansę. pozdro.
to po prostu kwestia gustu, mnie też nie „nosiło” przy słuchaniu tej kapeli, bo po prostu nie mam duszy hardcore’owca ;p Nook, jak widać, tak samo.
Już nie chodzi o duszę „owca” nie „owca”, chodzi mi o anemiczność, bo tego niestety czy się jest fanem „oru” czy „alu” nie da się zrozumieć, do mnie argument „anemiczności” zupełnie nie przemawia i tyle. Gwoli wyjaśnienia, Fircyk to nie jaki „Lord Vader” z forum Ratm
Jeśli chodzi o wokal, to już kilkukrotnie skreślałem przez to różne zespoły, nie tylko TMV (choć muza tez do bani była, ale to sie wytnie). Przykładem takiej kapeli może być uwielbiane przez wszystkich Sigur Rós (nie umiem zdzierżyć głosu pana wokalisty, mimo fajnej muzyki).
Ale wracając do At The Drive-In. Ameniczna padaka to… anemiczna padaka, po prostu. Twór bez jaj, bez mocy, bez energii. Podczas słuchania utworów ATD-I nie miałem nawet ochoty wstać z krzesła, a co dopiero rzucać meblami o ściany czy walić pięściami po oknach. Rozkurw? Sorry, ale gdzie? W którym miejscu? Utwory z kategorii „Rozkurw”, jak dla mnie przynajmniej, muszą walić po ryju od razu i musi być to słyszalne od pierwszych sekund. A dodawanie do tego przymiotnika „emocjonalny” tym bardziej wydaje mi się nietrafione. A to z tego powodu, że KAŻDA muzyka to sfera jakichś uczuć czy emocji – negatywnych czy pozytywnych, ale ciągle emocji. I dlatego w mom odczuciu do kategorii „rozkurw emocjonalny” zaliczę zarówno wspomniany wcześniej, wściekłe-jak-ja-pitole „Fucking Hostile” Pantery czy np. balladowe „Movie” zespołu The Birthday Massacre (pierwszy lepszy balladowy song wzięty z mojej podręcznej plejlisty). Moim zdaniem to szersze pojęcie i bynajmniej nie odnoszące się do jednego typu muzyki. Tyle.
EDIT:
hardcore kojarzy mi się z kapelami typu Agnostic Front, Sick Of It All, Biohazard itp., a co ATD-I ma z tym wspólnego, to już kompletnie nie wiem.
„Gwoli wyjaśnienia, Fircyk to nie jaki “Lord Vader” z forum Ratm
”
Coś nie pisze za dużo ;p
Nie mam ochoty się sprzeczać, czy ciągnąć dyskusje bo ona nie ma żadnego sensu (poza tym nie jesteś Alkorem), ale śmieszy mnie stwierdzenie „Twór bez jaj, bez mocy, bez energii” albo „Rozkurw? Sorry, ale gdzie? W którym miejscu?”, opamiętam się i nie będę dalej ciągnął konwersacji na temat braku „jaj” w muzyce ATD-I bo to po prostu… ahh zresztą koniec na ten temat. Rzucanie meblami i dewastacja pokoju to była taka swoista hiperbola żeby pokazać jak ta muza może działać na ludzika i tyle. Proste że mam szyby w okiennicach i farbę na ścianach myślałem, że nie trudno będzie to wykminić, no chyba, że źle się zrozumieliśmy Nook?!
Wszystko to sprowadza się do kwestii gustu.
O emocjach nie ma sensu chyba rozmawiać bo to element już czysto mentalny każdego człowieka z osobna (podobnie jak wyżej). Ciebie rusza ten kawałek Pantery a mnie perka z Arcarsenal czy riff z Cosmonaut, a co nam każe „bić ludzi” czy „wybijać szyby” nie wiem?! Nie wnikam w to
Sprawdzę ich na pewno kiedyś, na razie się nie wypowiadam. A co do „zespołów po których bede miał ochotę dawać wpitol przypadkowym przechodniom” to najpierw przychodzi mi tutaj Slayer ; )
Gad nie wiem czy zauważyłeś, ale to Ty wszcząłeś tą dyskusję poczynając od nierozumienia „anemiczności”, a później sam stwierdzasz że to się sprowadza do kwestii gustu, więc co jest dla Ciebie jeszcze niejasne?
Doskonale zrozumiałem to o rozwalaniu okien w pokoju, no worries
Na mnie to działa to tak, że usiąde, wysłucham, potem wyłącze by nie sięgnąć już po to nigdy więcej. Nie bronie nikomu się jarać się twórczością Cedrica, Omara i s-ki, ale mnie osobiście się to nie podoba. Energia to dla mnie coś zgoła innego niż to co zaprezentowali panowie z ATD-I, a emocje jakie niesie ze sobą ta muza nie docierają do mnie zupełnie. Tak więc muszę rozczarować wszystkich tych, którzy oczekują jeszcze jednej szansy ode mnie dla ATD-I. Nie lubię się zmuszać do muzyki, w której nie widziałem choćby cienia czegoś interesującego.
Ja się zgadzam dokładnie z oceną i prawie każdym słowem recki. Jak dla mnie za mało o „Quarantined” IMO razem z „Catacombs” królują na płycie. Oczywiście reszta nie jest zaraz za nimi, ale te dwa utwory potrafię słuchać na okrągło.
No i druga kwestia z którą nie do końca się zgodzę – In Casino Out w NICZYM nie odstaje od RoC. To, że jakość nagrań z ICO nie jest tak świetna jak na RoC, nie znaczy, że jest gorsza. „Napoleon Solo” – IMO best of AtD-I.
Ocena of kors 10
Pozdro
I może jeszcze dodam linki do innych koncertów innych utworów
One Armed Scissor – popiętrolone wykonanie
http://pl.youtube.com/watch?v=T1j18PwyAKQ
Gad ps: ja pie…le 0_o
Quarantined:
http://pl.youtube.com/watch?v=SqsNR5pI6bw
Gad ps2: leże na ziemi ^^
No i Catacombs
http://pl.youtube.com/watch?v=XTQf56Dtg98&feature=related
PS. „Rozkurw emocjonajlny” tak dokładnie myślę gdy słyszę At the Drive-In
No tak Niszczuk tylko, że Nook ciśnie się na album używając określeń które ciężko zaliczyć do krytyki. Zwykłe czepialstwo (żeby już nie używać gorszych zwrotów). Hehee mój pierwszy post w tym temacie już zawierał stwierdzenie „kwestia gustu” to po co Nook silił się na dalsze dywagacje?! Rozumiem, że chciał odpowiedzieć mi na pytanie czym jest „anemiczność”, ale napisał jeszcze coś takiego „dodawanie do tego przymiotnika “emocjonalny” tym bardziej wydaje mi się nietrafione”, ehh jeśli wiedział by cokolwiek o muzyce post hardcoreowej to nie napisał by tak, a poza tym jego „edit” który zobaczyłem przed chwilą, wszystko wyjaśnia, nie muszę chyba dalej silić się na jakieś „ale” do Nooka, skoro dla niego hardcore to min. Biohazard i Sick Of It All a At The Drive-In już nie?!
A i czy ja napisałem, że jest coś jeszcze dla mnie nie jasne Niszczuk?
„W mediach królował pozer z czerwoną czapką na głowie”
+5 do lansu ;x
Mówię to co myślę i co wydaje mi się słuszne. Czepialstwem jest bezcelowe pieprzenie trzy-po-trzy nie podając żadnych argumentów w obronie swoich poglądów. Spójrz wyżej i napisz jeszcze raz, że się czepiam.
Na „dalsze dywagacje siliłem się”, bo zostałem wywołany przez Ciebie do tablicy. Zdecyduj się na coś, bo jak do tej pory ciężko mi pojać o Ci tak naprawde chodzi.
Na muzyce hardcore’owej się nie znam, ale nie trzeba być jakoś zajebiście obytym w muzyce gitarowej, by skojarzyć sobie nurt hc z prostotą, brutalnością, itp. W muzyce At The Drive-In tego nie znalazłem.
A mi to sie malo podoba, wole [This Station Is Non-Operational].
Chcesz się cisnąć możemy się cisnąć, ja wilka z lasu nie wywołałem. Dziwne Nook było by gdybym nie odpowiedział na twojego pierwszego posta dot. tego albumu, jeśli nie widzisz owych poglądów i argumentacji to sorry, ty czytałeś w ogóle moją recke?
A więc jedziemy, postaram się obronić swoje „pieprzenie trzy-po-trzy”. Twoja definicja „rozkurwu” -> „Utwory z kategorii “Rozkurw”, jak dla mnie przynajmniej, muszą walić po ryju od razu i musi być to słyszalne od pierwszych sekund”, ok a więc ja daję pierwszy z brzegu Arcarsenal, posłuchaj pierwszych 15 sekund utworu studyjnego (już nie każę ci słuchać całego) 1. Perkusja 2. wejście gitar 3. cd. Haa i co może nie pasuje do twojej definicji, a może zrobimy sondę kogo te 15 sek. rozkurwiło a kogo nie?!
Jedziemy dalej, definicja „anemicznej padaki” wdg. Nooka -> „anemiczna padaka, po prostu. Twór bez jaj, bez mocy, bez energii”. Ok o ile jaj się nie czepiam bo jaj w muzyce to hmm… sam nie wiem czym się one przejawiają?! Moc, energia to chyba każdy wie o co kaman, daję jako przykład One Armed Scissors -> 1. Wejście gitarowe 2. Wokale (akurat ten utwór pasował by nawet do kategorii „rozkurw”). Kolejny przykład który idealnie wpasuje się w definicję Nooka to Invalid Litter Dept. (którego daleko szukać nie trzeba, jest w trackliście). Tutaj niestety musisz posilić się na cały utwór, bo największa energia i moc są praktycznie na samym końcu (oczywiście napisałem o tym w recenzji ale Nook czepia się że nie uargumentowałem).
Na sam koniec dodam. Żeby to wszystko miało sens kilka osób znających ten album albo chociaż wiedząca o jakich kawałkach mowa powinna się wypowiedzieć, bo co z tego, że udowodniłem Nookowi to i tamto jak dla niego teraz już wbrew swoim definicjom i tak zapewne będzie sądził, że te utwory nie będą miały tych cech o których wspominał no chyba, że przyzna mi racje
Ależ nic mu nie udowodniłeś, ponieważ dla Ciebie dany kawałek może być energiczny a dla niego nie, dla Ciebie moze być emocjonalny, a dla niego nie. I nie widzę sensu dalszej dyskusji bo i tak do niczego ona nie prowadzi.
Jak chcesz, jedziemy.
Arcarsenal:
- gitary: jak dla mnie ledwo słyszalne i przez to pobzawione mocy,
- perkusja: może i wejscie jest majestatyczne i w ogóle, ale nie przekonuje mnie wcale, a pozniej brzmi to coraz gorzej, począwszy od wejścia basu, cała sekcja rytmiczna brzmi bezpłciowo (i to głównie przez to brzmienie rodem z garażu, wole czyściej i precyzyjniej brzmiące rzeczy)
- wokal: emocji nie mozna mu odmówić, ale Cedric brzmi jak kastrat.
One Armed Scissors:
)
- sam wokal „rozkurwu” nie czyni, a miejscami brzmi to jak jakieś reggae z owcą na wokalu, a gitary miejscami to jakieś popłuczyny po QOTSA (których też nie lubie, swoją drogą
Invalid Litter Dept.
- początek jak teenie rock, który mógłby z powodzeniem zawojować bale gimnazjalne w USA kilkanaście lat temu; końcówka brzmi względnie cięzko, ale wszystko psuje Cedric swoim wyciem.
I wszystkie 3 kawałki nie mają NIC wspólnego z hc w klasycznym tego słowa rozumieniu. Chyba, że w pierwszofalowym emo / post-hc / what have u wyznacznikiem jakości jest owcza barwa głosu wokalisty i garażowa produkcja, wtedy zwracam honor.
Udowodniłem mu tylko i wyłącznie to, że utwory z tej płyty idealnie pasują do jego pojęć.
A sam wpis jest argumentacją której nie widział od początku dyskusji, a była w recenzji.
edit : Kurde nie wytrzymam, rozumiem, że w pyte ludzi jest anty Cedric & Omar. Spoko Cedric w Volcie śpiewa tak nie inaczej, Omar się masturbuje, ale kurde kastrackie wokale w ATD-I !!! Nie chce być nie miły ale ja tam słyszę krzyki i specyficzną barwę śpiewu która ni ch… nie przypomina mi beczenia owcy. Może któryś z nas jest głuchy?! Co do gitar które wdg ciebie przypominają popłuczyny po Qotsa, hmm Omar z Wardem wypracowali swój własny w miarę oryginalny styl gry, bardzo często oparty na nietypowym kostkowaniu , specyficznej produkcji i częstym wykorzystaniu grubszych strun basowych co może ci przypominać trochę nieco stonerowe riffy, choć tu są podane w znacznie szybszej formie. Klasyczny hc to to nie jest i nie upierałem się nigdzie, że jest inaczej, ale jednak hałas, surowość i krzyk to cechy kojarzące się z hardcorem (emo również), ty wspomniałeś, że nie znalazłeś tego w ich muzyce. Cóż trudno, szukaj gdzie indziej.
Nie pasują, patrz wyżej. I tak możesz do usranej śmierci.
ReneGad, ale kto tu jest anty Cedric & Omar? Nookowi się to po prostu nie podoba ;P Omg, kłócicie się jak za czasów fanboy’stwa Linkin Park.
Szwedo ty nie słuchasz Linkin Parka? =O
Gad:
Niehardcore? To czemu piszesz o Invalid Litter Dept jako kanonie muzyki hardcore’owej, hm? Ta „specyficzna barwa śpiewu”, brzmi w moich uszach jak zarzynana owca, i tyle. To ze w ATD-I krzyczał więcej niż w Volcie, to i ja zauwazylem, ale nie przemawia to do mnie wcale. I nie unoś się tak, człowiecze, bo na zawał jeszcze padniesz i nie bede miał się z kim kłocić ;PPP
L:
Ja tam fanbojstwa LP się nie wyzbyłem i generalnie jest mi z tym dobrze ;D
Serce mam zdrowe to jeszcze kiedyś tam możemy się powpieniać
a, że mnie łatwo wkręcić w takowe sprzeczki (czego za zaletę uznać nie mogę -> np. zion) to pamiętaj, że Gad tylko czeka na sygnał ^^
Kuba a ja myślałem że takim anty C&O jest właśnie Nook?! Myliłem się? Za anty możesz również uznać takie bijaczowanie jakie uskutecznił kolega Nook, bo to moim zdaniem nie była normalna krytyka.
Za kanon muzyki hardcoreowej akurat w tym przypadku, uważam najlepsze twory wszystkich odmian hardcore’u.
Sry że się wtrącam, ale odnośnie wokalu – też jestem głuchy chyba. Najpierw słuchałem jakiś czas TMV. Później włączyłem Atdi i za cholerę nie mogłem uwierzyć, że to śpiewa Cedric. Ok, w TMV ma wysoki głos, spoko, ale tego NIE można powiedzieć o wokalu w Atdi.
Zresztą, Chester na koncertach brzmi gorzej od Cedrica, nawet teraz w Mars Volcie, jeśli porównać do LP.
Ja jako, że słucham bardzo często i bardzo dużo Atdi w pełni popieram ReneGada.
Gad:
Zionowa Szkołę dyskutowania też przeszłem swego czasu i nic mnie nie zaskoczy ;P Zresztą nazwij to jak chcesz, ale to moje zdanie. Uargumentowałem je dostatecznie dobrze imho, nie zgadzasz się, jak dla mnie okej. Do porozumienia i tak nie dojdziemy. A czy jestem Anty-C&O? Nie wydaje mi się. Nie wysyłam Ci mailbomberów, nie jestem specjalnie złośliwy, ani nie robię jakichś przytyków w stronę ludzi, którzy słuchają TMV / ATD-I. Po prostu w muzie gitarowej lubię rzeczy proste, raczej konwencjonalne i nieskomplikowane (ale nie prymitywne!). Zaawansowanie techniczne / warsztatowe i wszechobecny „artyzm” w muzyce, do której przylepia się łatę progresywnego rocka (tu do Volty bardziej piję) działa na mnie jak płachta na byka. Nie lubię jak robi się z tego wartość samą w sobie, bo tak naprawde, gdyby obedrzeć 5/6 progowych kapel z warsztatowych koziołków, to nie zostaje kompletnie nic. Sztuki dla sztuki nie znoszę. I wiem, że dla niektórych stoje z góry na pozycji straconej, bo techniczne granie to „wyższy stopień wtajemniczenia”, ale dla mnie w większości przypadków to bezwartościowa muzyka. Nie ciągne więcej tego, jak ktoś ma ochotę mi nawrzucać, to mój last stoi otworem, chetnie powymieniam sie poglądami.
Nie no spoko, ja nie jestem jakimś fanboyem TMV (choć kto wie?!) a poza tym nie jestem już dzieciakiem słuchającym only LP, więc nie będę bronił ich za wszelką cenę. Prog to kontrowersyjna łatka, a i wciskanie Volty w nią na dzień dzisiejszy (po wydaniu 4 albumów) chyba nie ma większego sensu. No i nie chce mi się teraz dywagować na ich temat bo to nie odpowiednie miejsce.
Kiedys spytalem renegada co by mi polecił do słuchania on mi zapodał ta płyte i sie w niej zakochałem. Uwielbiam ją a z TMV nie zabardzo przepadam
at the drive-in to po prostu post-hardcore.
Woow odkryłeś Amerykę meyde
no tak, bo tu się gada, że at the drive-in to hardcore. Jest chyba ‘lekka’ różnica.
Cóż dyskusja w komentach była ogólnikowa min. na temat muzyki hardcoreowej a z tą At The Drive-In ma bądź co bądź bardzo dużo wspólnego. A poza tym dałem w tagach „post-hardcore” i nigdzie nie pisałem, że jest inaczej.