Head – Save Me from Myself
Napisany 27 wrz 2008 przez Nikołajewicz | Napisane w metal, rock | Otagowane metal, rock | 12 komentarzy »


Dzień 22 lutego roku pańskiego pięć i dwa tysiące zapisał się czarnymi zgłoskami w historii fanów zespołu Korn. Oto główny gitarzysta grupy, Brian „Head” Welch opuszcza swoją formację, aby poświęcić się swojej córce i oczyścić się z całego zła, w które wplątał się w ciągu ostatnich jedenastu lat kariery. Obie strony obrzuciły się wówczas dziesiątkami oskarżeń, a Head mimo to pisał pierwszą autobiografię, a w międzyczasie powoli pisał materiał na płytę, na której chciał podzielić się refleksjami na temat jego życiowych zmian.
Dziś zarówno Welch, jak i pozostały trzon Korna (Jonathan Davis, Munky i Fieldy) żyją ze sobą w zgodzie, mało kto wierzy w reunion, a ja, dawny fanatyk Kukurydzy dostaję do odsłuchania płytę o nazwie „Save Me from Myself”. Head zaprosił do współpracy bardzo dobrą sekcję rytmiczną: na perkusji Josh Freese (m.in. A Perfect Circle, Nine Inch Nails, The Offspring), na basie Tony Levin (King Crimson, Liquid Tension Experiment) i Trevor Dunn (Mr. Bungle, The Melvins)… Mieszanka tak zwana wybuchowa.
Powiem szczerze, że po tym, czego słuchałem już dawno temu bałem się tego albumu. Pierwsze solowe kawałki Heada były niepełne, mocno elektroniczne (podobno tworzył je w programie GarageBand na Macintoshu)… Ale efekt końcowy jest zupełnie inny. „Save Me from Myself” cechują ciężkie riffy, bogactwo aranżacji, zmiany kolorystyki, dość duża doza elektroniki i głęboki, niski głos Briana. To wszystko składa się na dość mroczny klimat krążka. W swojej macierzystej formacji Welch miał wielki wpływ na kompozycje (wystarczy porównać numery nagrane z nim i utwory napisane po jego odejściu), jednak wokalizy były zawsze domeną Jonathana Davisa. Mimo nudnego mruczenia, jakie słyszałem w wyżej opisanych pierwszych solowych numerach, tutaj jest naprawdę nieźle. Head sprawnie przechodzi z mruczenia w gardłowy wokal, a ze śpiewu w krzyk. Wyczuwam w tym wszystkim delikatne inspirowanie się wokalistą Korna. Zdzieranie gardła połączone z melodyjnymi refrenami najlepiej słyszalne jest w „Re-Bel” (tutaj jeszcze chór dziecięcy w połączeniu z klawiszem i miażdżącym riffem daje mocno obłędny klimat) i „Save Me from Myself”.
Jednak równie ważne (jeśli nie ważniejsze) są tu słowa. To w nich jest zawarte całe meritum odmiany eksgitarzysty Korna. Tak jak Davis na pierwszych płytach kwintetu z Bakersfield przywoływał demony swojej przeszłości, tak teraz Head opowiada słuchaczowi o swoim wyjściu z uzależnienia od twardych narkotyków i środków nasennych, zagubienia i myśli samobójczych („Save Me from Myself”). Mówi też o ostatecznym oczyszczeniu i zaczynaniu od nowa („Flush”). Pada dużo słów o religii, sporo nawiązań do Boga, nawet w tytułach („Adonai”)… Warto jednak zaznaczyć, że nie jest to nawracanie na siłę, a plotki o fanatyzmie muzyka należy włożyć między bajki. W końcu który ślepo wierzący fanatyk nazwałby swoją piosenkę „Die Religion Die”? Ta płyta na pewno pomoże wielu ludziom, którzy mają swoje problemy, przez które mają czarne myśli.
Czas na podsumowanie. Polecam tą płytę wszystkim fanom Korna oraz dobrego, ciężkiego i melodyjnego grania. Jeśli nie pasuje Wam przekaz, potraktujcie wokal jak kolejny instrument muzyczny. Po pierwszym przesłuchaniu miałem wrażenie, że dwie pierwsze piosenki na „Save Me from Myself” skasowały dwie całe płyty nagrane przez Korna od odejścia Briana Welcha. Z tego powodu z czystym, subiektywnym jak zwykle sumieniem wystawiam dziewiątkę. Gratulacje, Head.
Ocena: 9/10
- „L.O.V.E.” – 6:31
- „Flush” – 4:26
- „Loyalty” – 5:07
- „Re-Bel” – 5:40
- „Home” – 6:52
- „Save Me from Myself” – 5:44
- „Die Religion Die” – 5:34
- „Adonai” – 5:19
- „Money” – 4:43
- „Shake” – 4:48
- „Washed by Blood” – 9:34
Całość: 64:17
Premiera: 9 wrzesień, 2008
Okiem Niszczuka:
Ocena wyżej trochę mnie zdziwiła… Płyta nie jest bardzo zła… Inaczej: jest lepsza, niż się spodziewałem. A spodziewałem się więcej nu metalu (co nie znaczy że tu go nie ma), więcej naleciałości KoRna – a tak mamy nieco schematyczny, dość melancholijny rock z dobrym wokalem. Niektóre kawałki są trochę za długie („L.O.V.E.”, „Washed by Blood”), innym brakuje pomysłu. Ogółem – mogło być lepiej, ale mogło być też o wiele gorzej. Ocena 5/10.






Jeśli piateczka to ocena dla przecietnej płytki, to na tyle toto zasuguje =|. 9?! =O
Wedle rubryki „jak oceniamy?” liczba dziewięć symbolizuje miano „bliska ideału”. Porównując „Save Me from Myself” z dwoma ostatnimi płytami Korna (którego i tak cholernie lubię) chyba widać, dlaczego taka, a nie inna ocena. Ocenianie sztuki nigdy nie było, nie jest i nie będzie obiektywne.
A czy moja ocena jest przestrzelona to dopiero historia pokaże.
Witam!
Ja sie zakochalem po pierwszym przesluchaniu.
Plyta mnie zmiazdzyla – na cos takiego czekalem cale zycie.
9/10 – nigdy nie spodziewalbym sie ze bedzie taka masakra w wykonaniu Head’a.
W porownaniu do gitarzysty i perkusisty SOAD’a ktorzy tez popelnili solowy projekt jest to absolutny ideal!!!
Polecam wszystkim fanom Korna a w szczegolnosci albumu Take A Look In The Mirror.pozdro
„Polecam wszystkim fanom Korna a w szczegolnosci albumu Take A Look In The Mirror.pozdro
”
Hehe problem w tym ze materiał solowy heada jest lepszy od tego męczyciela. Podobnie jak niszczuk jestem pozytywnie zaskoczony, spodziewałem sie czegoś gorszego. Dostałem album ciekawszy od talitm i untch ( choc do dwóch ostatnich wydawnictw kr0na startu niema ) 6/10
Lepsze od Talim i Untouchables:))))))))) jasne:P nie zgadzam sie w 200%. Płyta heada muzycznie brzmi cudwnie, ale nie podoba mi sie wokal zupelnie. Wszystkie partie wokalne na jedno kopyto jakbym siedzial w kosciele i sluchal przyspiewek księdza.
Jakby do tej muzy zaspiewal hiv o niebo lepiej by to brzmialo. Juz na ostatniej plycie byly motywy z naprawde wyjebanym w komsos wokalem vide Killing:)))
Co do klimatu to daje 10+ bo jest miazga. Juz wiadomo dlaczego Korn teraz brzmi tak ciotowato:P brak czołowego klimaciarza. Odkąd odszedł brian riffy stały się biedne. Munky potrafi tworzyć ciężkie partie ale z tymi klimatycznymi nie radzi sobie niestety:(((((
Cóż marzy mi sie powrót do starego składu z davidem i headem aby nagrali cos bezpardonowego z klimatem i ciezarem marzy mi sie issues w wersji bardziej ciezkiej i zeschizowanej:)))))))))
marzenia sie ponoc spelniaja:)
pozdrawiam
Oj, ja również bym sobie życzył powtórki z „Issues”
„Lepsze od Talim i Untouchables:))))))))) jasne:P nie zgadzam sie w 200%. Płyta heada muzycznie brzmi cudwnie, ale nie podoba mi sie wokal zupelnie.”
to że wokal Ci sie nie podoba to nie znaczy ze płyta jest gorsza od kornowych płycizn.Sam zresztą napisałeś ze muzycznie to cacko ( choc aż tak bym nie przesadzał, bo nier jest to dzięło wybitne, ba ma bardzo dlaeko do chocby zblizenia sie do tego okreśelnia )
„Juz wiadomo dlaczego Korn teraz brzmi tak ciotowato:P”
Ciotowato? zdecydowanie lepsze to niz taki wymuszony mocarz jak talitm kóry mięśnie ma, ale w głowie pusto
Hmm jesli dla ciebie Untitled i SYOTOS to dziela lepsze od TALIM no to nie juz twoj problem:P Dla mnie nowy Korn jest ciotowaty i tyle riffy brzmia jak stara kosiarka. Porownaj sobie riffy z obojetnie jakiej plyty przy tworzeniu ktorej bral udzial head do tych co tworzy munky dla mnie niebo a ziemia.
Odnosnie TALIM jesli nie podobaj ci sie Break some off, counting on me, did my time, yall want a single, alive (moze i stary kazwalek z okresu pierwszej plyty ale znajduje sie na tym:P), Every thing Ive known no to ja nie mam pytan.
Co do untouchbles to kazdy moze ja nienawidzic i chociazby kazdemu sie plyta nie podobala to zawsze jest na niej Here To Stay:)))))))))) a tu juz nikt nie powie ze slaby kawalek. mozna powiedziec ok here to stay a co z reszta, coz kwestia gustu:)))))))) dla mnie jest to najbardziej wartosciowa plyta korna jest tam wszystko co najlepsze w kornie: klimat, agresja, apatia, ciezar i swietna produkcja. Tak postrzegam to brzydkie kaczatko:)
„Hmm jesli dla ciebie Untitled i SYOTOS to dziela lepsze od TALIM no to nie juz twoj problem:P Dla mnie nowy Korn jest ciotowaty i tyle riffy brzmia jak stara kosiarka. Porownaj sobie riffy z obojetnie jakiej plyty przy tworzeniu ktorej bral udzial head do tych co tworzy munky dla mnie niebo a ziemia.”
Takie pytanie, czy oceniasz jakosc muzyki po jakości riffów? Jeśli tak to współczuje podejścia. Zauważ ze nowy kr0n opiera sie na innych środkach przekazu niz ten stary. Więcej subtelności i klimatu ( rzecz jasna jak na warunki kr0nowe ) Talitm poraża prostactwem i kompletnym brakiem inwencji kompozycyjno technicznej. Untch poraża swa niezwykłą nijakością i fatalnym wokalem JD ( wybaczam, chłopak był po lekcjach śpiewu i nie bardzo wiedział co zrobic z głosem )
„Dla mnie nowy Korn jest ciotowaty”
Co w nim ciotowatego? W gruncie rzeczy taki np L&L ma więcej jaj niz sporo część poprzedniej twórczosci
Nie ma sensu sie spierac bo moge w nieskonczonosc. Ty wiesz swoje i ja wiem. powiem ci tylko tyle wole ostry klimatyczny rock od wymeczonych ballad:)
Płytka niezła, właśnie klimat broni wszelkie niedociągnięcia.
„W końcu który ślepo wierzący fanatyk nazwałby swoją piosenkę „Die Religion Die”?”
To zależy jak zdefiniujemy fanatyka i fanatyzm. Musimy rozumieć pewne niuanse. Brian należy do odłamy chrześcijaństwa który w swych praktykach odnosi się do duchowości pierwszych chrześcijan (nie mylić z dzisiejszym chrześcijaństwem, zwłaszcza katolickim!) w tym zrozumieniu „religia” ma znaczenie pejoratywne i stanowi przeciwieństwo indywidualnej, osobistej, żywej relacji z Bogiem. Możesz mieć religię (system) lub relację (życie, spontan).
Swoją drogą, to na rynku polskim ma ponoć się ukazać autobiografia Łba, o tym samym tytule co płyta.
Ta autobiografia jakoś trzy lata temu wychodziła w Stanach, bo chyba nawet załapała się na komentarz kolegów z ekszespołu („Ever Be” i „Love and Luxury” na „Untitled”). Ale jeśli w końcu ma dotrzeć do Polski to całkiem nieźle.