Grüvis Malt – Maximum Unicorn
Napisany 2 paź 2008 przez renegad | Napisane w avant-garde, experimental, jazz, rock | Otagowane avant-garde, experimental, jazz, rock | 2 komentarzy »


Tęsknisz za starym Incubusem? Po kryjomu słuchasz płyt Crimsonów z dyskografii swojego ojca? W samochodzie lubisz posłuchać Coltrane’a, a na imprezach bawisz się przy Beastie Boysach? Jeśli na większość tych pytań odpowiedziałeś/aś na tak, to możesz czytać dalej.
Sprawa ma się tak, wpadłem na nich niedawno, nawet już nie pamiętam dokładnie jak , ale jedno jest pewne – nie szukałem ich, oni znaleźli mnie. Grüvis Malt bo tak się nazywają, to kapelka która od zawsze tłukła w „litosferze”, nie mają wielkich pieniędzy na to żeby nagrywać wymiatające albumy, a je nagrywają. Fakt ciężko je znaleźć (albumy), ale jak już je się dorwie to „satysfakcja gwarantowana”. Niestety na początku było ciężko, na youtube są tylko ich amatorskie nagrania z koncertów, na myspace można odsłuchać pojedyncze kawałki (w przypadku tego albumu nie ma to większego sensu), a i w sferze żurnalistycznej nie wiele w internecie znajdziecie na ich temat (jakieś mniej znane serwisy muzyczne coś tam o nich wspominają). Jednak zwrócili moją uwagę na tyle żeby poświęcić trochę czasu na szukanie ich płyt w internecie. Cały myk związany z moim zainteresowaniem tym bandem obraca się wokół klimatów w których siedzą ci panowie, a które znane kapele raczej omijają.
Wyobraźcie sobie świetną sekcje wystukującą niebanalne rytmy, obok niej podążający swoją własną drogą saksofon, gdzieś z boku klawisze często imitujące ambientowe kolaże i wokal, kurde taki wokal, że szok. W zasadzie co chcesz to masz. Teraz zadaj sobie pytanie chcesz w to wejść, czy nie?! Ostrzegam! Wciąga jak ruchome piaski.
W tym momencie nawet nie wiem czy ta kapela nadal istnieje (muzycy zajęci są swoimi projektami solowymi), więc skupmy się na tym co ci panowie już nagrali a dokładniej na ich ostatnim jak dotąd albumie Maximum Unicorn. Krążek jest utrzymany w konwencji konceptu – pokręconej historii, a więc w warstwie lirycznej jest bardzo ciekawie, każdy utwór to krótka historyjka niosąca ze sobą treści zbiegające się wokół tytułu albumu (oprócz Amerykańskiej Trylogii która jest krótką tematyczną suitą). Album podzielony jest na, dwie strony (jak kaseta magnetofonowa), aczkolwiek o tym podziale dowiadujemy się dopiero słuchając szóstej albumowej pozycji, w jaki sposób? Tego nie zdradzę, sprawdźcie sami. Sama muzyka przedstawiona na tym krążku to coś z czym jeszcze nie miałem okazji się spotkać, ciężko mi do czegoś to porównać bo nie przychodzi mi na myśl żaden zespół grający coś podobnego. Chociaż we wstępie jest nieco racji, mamy tu trochę funku (na poprzednich albumach było go dużo więcej), masa różnego rodzaju kombinacji z brzmieniem, interesujący wokal (szeptany, śpiewany, skandowany), saksofon poruszający się raz szybciej raz wolniej, raz w tle, raz gdzieś na wierzchu towarzyszący gitarom. Wielkim „halo” jest dla mnie sam pomysł na kompozycje, nie ma tu jakieś ułożonego rytmu, perka w jednym utworze może zagrać masę różnych motywów, do tego gitary które przypominają mi bardziej matematyczne wariacje aniżeli jakieś ułożone riffy. A wiecie co jest najlepsze? Nie ma chaosu, patosu, wirtuozerki, czy jakiegokolwiek zbędnego dźwięku który mógłby zniszczyć całe piękno tej muzyki. Pewnym wydaje się być to, że ci panowie słuchali Zappy bądź Mr. Bungle. Pewnym również to, że bywali na koncertach Zorna czy chociażby Crimsonów, i podpatrywali jak ci tworzą swoją własną ścieżkę muzyki. Ale co cieszy, inspiracje w ich muzyce to nie ewidentna zrzynka a sposób na ich (inspiracji) własne przedstawienie. Wszystko stworzone po swojemu bez spinki, że się nie przyjmie i nie spodoba, w końcu to nie rock stadionowy tylko muzyka do klubu na 100 osób. Choć pomysły mają niebanalne, album ma szansę spodobać się każdemu, muzyka nie kuje i nie męczy jak to często bywa w awangardowych tworach. Słuchając Maximum Unicorn jest się pozbawionym chęci wciśnięcia „stop” i puszczenia czegoś innego. No dobra, a teraz koniec i zjeżdżajcie szukać „Jednorożca” w sieci . Pozdrawiam Gadzik.
Ocena: 10/10
- „Prelude” – 1:32
- „Thomas Jackson” – 3:39
- „Monster Hands” – 2:43
- „Since 1968″ – 4:02
- „Mr. Smith Goes to Heaven” – 3:23
- „The First Train” – 2:50
- „Marco Polo” – 2:20
- „The American Trilogy (prologue: Method Actors/Domestic Violence)” – 1:33
- „The American Trilogy (scene 2: Deadman’s Drop)” – 1:07
- „The American Trilogy (scene 3: Joe Returns from the Front)” – 2:10
- „No Rest for the Wicked Awesome” – 4:23
- „Percy” – 47:21
Całość: 76:03
Data wydania: maj, 2005





Nie jestem fanem żadnej z kapel czy wykonawców, których wymieniłeś na wstępie, ale Grüvis Malt (a przynajmniej te pare kawałków, które usłyszałem) mi się spodobało. A jeśli dysponujesz, KHEM… jakimiś „materiałami promocyjnymi”, daj znać
Mi również.