Podsumowanie roku 2009: Masta
Napisany 3 sty 2010 przez MastaBanana | Napisane w inne | Otagowane inne, podsumowanie | 14 komentarzy »

Rok 2009 pod względem muzycznym był rokiem średnim. Lepiej wspominam rocznik 2008, a do wspaniałego 2007 w ogóle nie ma startu. Niemniej problemów ze skomponowaniem tej listy miałem więcej niż w roku ubiegłym, z tej prostej przyczyny, że kilka albumów prezentowało zbliżony poziom. Tak więc poniższy ranking nie jest chłodną kalkulacją plusów i minusów poszczególnych płyt, lecz bardziej chwilowym kaprysem. Za pięć minut pewnie będę miał ochotę coś w nim zmienić. Tak więc lecimy.
10 najlepszych płyt roku
10. Om – God is Good

Dla pana Cisnerosa (basisty Om) był to pracowity rok. Oprócz God is Good razem z m.in. Scottem Kellym z Neurosis wydał album pod szyldem Shrinebuilder, o którym może kiedy indziej, bo to temat na dłuższe dywagacje. Najnowszy album duetu nieco różni się od wcześniejszych. Mniej tu stonerowych zagrywek i ścian basu, a więcej orientalnych dźwięków. Zmiana perkusisty wyszła moim zdaniem na dobre razem z panem Amosem były basista legendarnego Sleep stworzył jedną z najlepszych swoich płyt, która ocieka klimatem bliskiego wschodu, roznegliżowanych tancerek, dziwnymi ziółkami i mglistą psychodelią.
9. Echoes of Yul – Echoes of Yul

Najlepszy polski debiut tego roku. Duet z Opola wywarł na mnie ogromne wrażenie i narobił smaku na więcej. Ponoć pracują już nad następnym albumem i bardzo dobrze, bo mają potencjał. Gęste pejzaże malowane przesterami i zgrabnie dobraną elektroniką sprawiają, że ciężko się oderwać od tego albumu. Plusy również za świetną okładkę i ciekawy teledysk do utworu „Midget„.
8. Cobalt – Gin

Niezwykle udany mariaż post-metalu z blackiem, tym amerykańskim. Wyróżnia się przede wszystkim grą perkusji. Ciekawie wypadają również wplecione w np. „Pregnant Insect” wokalizy przypominające indiańskie zaśpiewy czy folkowy motyw zamykający album. Szkoda tylko, że jest tego tak mało, bo wokal sam w sobie nie jest zbyt ciekawy, ot blackowy skrzek w większości. Nie ujmuje to na szczęście nic z przytłaczającej, dusznej atmosfery, pozostaje jedynie rysą na niemal idealnej karoserii tego tworu.
7. Buried Inside – Spoils of Failure

Po poznaniu ich poprzedniego albumu pt. Chronoclast miałem ogromny apetyt na nowe wydawnictwo. Najnowszy album panów z Ottawy jednak znacząco różni się od poprzednika. Nie ma już takiej nawałnicy dźwięków, tempo jest wręcz ślimacze, jednak wynagradzane jest nam to jak zwykle świetnymi melodiami i grą perkusji z łamańcami nadgarstków niczym Brann Dailor na Remission. Są oczywiście momenty nawiązujące do poprzedniego albumu grupy (vide „VII„), poza tym ciągle do czynienia mamy z nieco patetycznymi klimatami, które apogeum osiągają w końcówce „V„. Niektórych ten patos i skrajnie emocjonalne granie może odrzucić, ale mnie, wprost przeciwnie, przyciąga. Mimo że już mniej wyróżniający się, to nadal post-hardcore/sludge na wysokim poziomie.
6. Kylesa – Static Tensions

Jedno z milszych zaskoczeń ubiegłego roku. Mimo iż znałem wcześniej To Walk a Middle Course, który oceniam na minimalnie niższym poziomie, nie spodziewałem się tak dobrego albumu. Dwie perkusje sieją niezły zamęt, podobnie jak obie gitary – gra tych dwóch duetów – pałkerów i wioślarzy – stanowi o sile tego albumu. Dorzućmy do tego bardzo ciekawe brzmienie gitar i power porównywalny z tym zawartym na Death Is This Communion High on Fire, a mamy twór kompletny, niemal bez słabych punktów. Kapela pokazała ciągle siedzący w niej potencjał i moc, którą są w stanie z siebie wydobywać. Z pewnością będę często wracał do tego płyciwa..
5. A Storm of Light – Forgive Us Our Trespasses

A to jeszcze większe zaskoczenie. Poprzedni album nie wyróżniał się właściwie niczym na tle kapel neurosiso-podobnych. Najnowszy pokazał potencjał drzemiący w zespole. Ciekawe są bardzo melodyjne partie wokalne. Poza tym wyróżnia się też nieco niezwykle umiejętnie zastosowaną elektroniką, która nie wychyla się na pierwszy plan, lecz chowa się nieco z boku świetnie dopełniając resztę instrumentarium. Reszta składowych jest już raczej typowa dla sludge’u jednak zagrana na najwyższym poziomie: zręcznie budowane napięcie, stosowanie wyciszeń, by po chwili uderzyć ze zdwojoną siłą, powolne wwiercanie się w umysł słuchacza. Ogromny skok wykonali przez ten rok, a Josh Graham zamknął usta tym, którzy mówili by dał sobie spokój z graniem i pozostał przy robieniu wizualizacji m.in. dla Neurosis.
4. Dub FX – Everythinks a Ripple

Czwarte miejsce głównie za technikę tworzenia: poprzez nagrywanie pojedynczych beatboxowych beatów, przepuszczanie przez masę efektów i nakładanie na siebie, aż do wykrystalizowania się całego podkładu i to wszystko na żywo. Ciepłe, pozytywne emocje przelane na słuchaczy za pomocą dubowo-reggaowych melodii podlanych nutką hip-hopowych rytmik i rapem. Przez długi czas nie mogłem uwierzyć, że aż tak mi się spodobało.
3. Greymachine – Disconnected

Nowa nazwa na poletku sludge/industrial. O tworzących go muzykach ciężko jednak mówić w kontekście debiutów. Bo jak tu nazwać żółtodziobem Aarona Turnera czy Justina K. Broadricka. Ten drugi po latach pipczenia z Jesu (tak, nie przepadam za tym zespołem) postanowił (w końcu) nawiązać do jednego ze swoich pierwszych projektów – Godflesh. Tak więc, podobnie jak w przypadku tego protoplasty sludge metalu, na Disconnected mamy do czynienia z chmurą przesterów, zgrzytów, pogłosów, szumów, charczącym basem, walcowatymi tempami. Ogólnie klimat zardzewiałej fabryki ewentualnie laboratoria nazistów pracujących nad nową bronią mającą rozetrzeć w pył wojska aliantów. Dehumanizacja i pranie mózgu, czyli coś z czego JK jest szczególnie znany.
2. L.U.C – Zrozumieć Polskę 39/89

Ostatnio pojawia się u mnie znacznie rzadziej, po kilkunastu odsłuchaniach zaraz po premierze, jednak nadal to czołówka poprzedniego roku. Do tego jedna z ciekawszych, a obok Everythinks a Ripple Dub FX najciekawsza w ubiegłym roku, metoda produkcyjna poprzez wplecenie sampli z przemówieniami najważniejszych polskich osobistości zawartego w tytule pięćdziesięciolecia. Szkoda, że ciągle musimy czekać na zapowiedziane „kinowy film muzyczny oraz wizualizowane widowisko z muzyką na żywo„.
1. Converge – Axe To Fall

I tak dochodzimy do samego topu 2009 roku. Najlepsza w ubiegłym roku? Na pewno najczęściej przeze mnie słuchana i chyba najwięcej przyjemności mi dostarczająca. Bardziej przystępny i przebojowy Converge – ta zmiana nie wyszła im w cale na złe. Mniej tutaj emocji i rozpaczy znanej choćby z ich opus magnum – Jane Doe, więcej za to chwytliwych momentów jak np. riff z „Dark Horse” czy solówka z „Reap What You Saw„. Szaleństwo za to pozostało i ciągle nie jestem w stanie usiedzieć na dupie słuchając Bannona i spółki. Właściwie nie dostrzegam mankamentów tej płyty. Jedynym sensownym, który usłyszałem i z którym jestem w stanie się w pewnym stopniu zgodzić, jest obecność dwóch ostatnich utworów. Nie to, że są złe, bo wprost przeciwnie (wejście ostrzejszych gitar pod koniec „Cruel Bloom” chyba już zawsze będzie powodować u mnie ciary na plecach, do tego Von Till na featuringu) – są świetne, ale może lepiej by się stało gdyby jeden z nich został jakimś bonusem, a zamiast niego w normalnym wydaniu albumu znalazłby się jakiś szybszy numer. Ale to tylko czepianie się na siłę. Siekiera opadała dosyć powoli, ale w końcu opadła na dobre i najnowsze wydawnictwo Converge „weszło” w końcu idealnie.
Utwór roku:
Converge – Cruel Bloom
Długo myślałem nad utworem roku, bo było kilka(naście) naprawdę wartych tego miana utworów w tym roku. Pisząc jednak to podsumowanie i przesłuchując po raz kolejny topowe płyty roku 2009 doszedłem do wniosku, że dziwnym byłoby wstawić tu inny kawałek. Przy okazji omawiania Axe To Fall już napisałem zdanko o „Cruel Bloom„, więc nie będę się powtarzał. Słuchajcie:
Teledysk roku
Cult of Luna – Fire Was Born
I nie znalazłem w końcu teledysku godnego miana najlepszego w ubiegłym roku. Było parę dobrych czy nawet bardzo dobrych, jednak myślę, że gdyby któryś utwór z tego DVD Szwedów miałby promować album w stacjach muzycznych, robiłby to równie dobrze a nawet lepiej niż najlepsze video ad 2009. Z powodów dla których wymienię przede wszystkim bezbłędne wykonanie utworów, niemal studyjne brzmienie i niezłą pracę świateł. Kto nie ma eargasmu słuchając choćby końcówki „Ghost Trail” ten ciapa!
Wydarzenie roku
Śmierć Michaela Jacksona
Smutne to wydarzenie, ale cóż poradzić, skoro żadne inne czy to koncert, czy jakiś reunion, albo płyta, nie przybrało takich rozmiarów. Zapewne to zasługa mediów, ale o ich zachowaniu szkoda gadać (nienawiść na godzinę przed, uwielbienie na godzinę po newsie o śmierci Jacko), jednak taką popularnością MJ cieszył się tylko w latach największej świetności. Z drugiej strony można powiedzieć, że taki skok sprzedaży płyt i ilości zadeklarowanych fanów, po śmierci takiej gwiazdy to norma. Sam jego twórczość znam tylko w małym procencie, ale rozumiem smutek wielbicieli. Szkoda tylko, że pewnie nieprędko dadzą mu przysłowiowy święty spokój.
Zawód roku
Mastodon – Crack The Skye

Aż się posłużę rozmową z kumplem (pozdro!) na gg, tak mi się nie chce pisać o tej płycie…
Adi 21:30:29
a o co Ci chodzi z „Crack the skye„?
Ja 21:30:54
w sensie dlaczego nie lubię?
Adi 21:31:06
no tak
Ja 21:32:43
głównie pewnie dlatego, że zwykle po przesłuchaniu poprzednich albumów Mastodona szukałem swojego mózgu w piętach, taki był rozkurw, moc, niesamowita siła, a przed premierą CTS się trochę tych albumów nasłuchałem. i był niedosyt, że odeszli od takiej stylistyki
Ja 21:33:51
poza tym dla mnie Mastodon to była taka wyższa szkoła jazdy, kolesie, którzy nie szukali łatwych rozwiązań kompozycyjnych czy przy tworzeniu melodii
Ja 21:34:22
a tu wyskoczyli z takim „Quintessence” albo „The Czarem”
Ja 21:35:00
jest parę pozytywów
Ja 21:35:16
w postaci kawałków „Crack The Skye” czy „Oblivion”
Adi 21:35:29
ja mimo wszystko dostrzegam wiele podobieństw i jednak mi sie podoba
Ja 21:35:37
ale nie zdołały mi one przesłonić nietrafionych, moim zdaniem, pomysłów
Ja 21:36:44
podobieństwa oczywiście są, bo styl charakterystyczny styl raczej zachowali, ale brakuje mi tego ciężaru z „Remission” chociażby czy mnogości eksperymentów z „Blood Mountain„







…a ja nadal żałuje, że Crack The Skye dałem 8 -_-
Zgadzam się z niemal każdym słowem tego podsumowania. Płytki nawet jeśli nie kapitalne (tak szczerze mówiąc – nie słyszałem w tym roku zasługującej na najniższe pokłony), to jak najbardziej warte odsłuchu. Tak więc do zasysania, rodacy, he he.
O boże. Co za badziewy. W każdym gatunku wyszła conajmniej jedna solidna płyta, a Ty takie gnioty dałeś. Jeszcze te jazgoty z Kąwerdż na pierwszym miejscu. Nie postarałes się. ŻENADA.
—
Dobra, podśmiechujek koniec. Solidne zestawienie. Jedna pozycja z tego top 10 jest u mnie na wysokim miejscu, a i jedna rzutem na taśmie została kopnięta poza dziesiątke. Kilka innych płyt też znam, ale mego serca nie zdobyły. A nice job.
dobre te wideło cult of luny i w życiu bym nie pomyślał, że oni tak wyglądają.
„w życiu bym nie pomyślał, że oni tak wyglądają.” hehe, pisałem to samo po ich koncercie w relacji, gdzieś na Winylu jest ;d
Co do Twojego podsumowania Masta, całkiem niezłe i sam mam 8 płyt z Twojego rankingu, które jednak nie weszły do top10 ;p Niedługo dodam „odblaski”.
A Storm Of Light, owszem, nagrał zdecydowanie lepszą płytę niż dotychczasowe wydawnictwa, ale czy aż tak dobra, jak mówisz? Poprawny, najwyżej solidny post-metal, bardzo hipnotyzujący, ale też niezwykle monotematyczny. Za to Mastodon, choć nagrał chyba najsłabszą płytę w swoim dorobku, jak zwykle pokazał, że należy do ekstraklasy.
Btw, ten cały Adi z rozmowy to aby nie Marcińczyk?
„Btw, ten cały Adi z rozmowy to aby nie Marcińczyk?
”
Tak jest. ;]
„wizualizowane widowisko z muzyką na żywo” o ile się nie mylę to leciało na TVP2 ?
przesluchalem jedna plyte z Twojego top10, za jedna jeszcze musze sie zabrac, a Twoj zawod roku to moja plyta nr 1
Niszczuk – no kurwa
mnie tam też nie zawiódł Mastodon, płyta inna od dotychczasowych, ale nadal zabijają
No i Scott Kelly <3
Słabe – Rush w tego typu klimatach wypadał lepiej, dużo lepiej, ale kawałek z Kellym naprawdę kozak.
a dla mnie ostatnie 2 numery na Axe to Fall to najmocniejszy punkt albumu. szczególnie „Wretched World” który jest totalnie obłędny i słuchałem go chyba z milion razy.
„“wizualizowane widowisko z muzyką na żywo” o ile się nie mylę to leciało na TVP2 ?”
To chyba był zwykły koncert z tego co słyszałem, ale pewien nie jestem. Niko oglądał, więc jego trzeba zapytać.
Crack the Skye >>> Axe to Fall. Converge nie zawiodło – nagrało album na swoim poziomie, w charakterystycznej dla siebie stylistyce, ale to Mastodon przeniósł swoją muzykę w przestrzeń kosmiczną (dosłownie), wręcz w nowy wymiar sięgając do klasyki sprzed kilku dekad.