Podsumowanie roku 2009: Nook
Napisany 5 sty 2010 przez Nook | Napisane w inne | Otagowane inne, podsumowanie | 24 komentarzy »
Na początku wielkie przepraszam za zeszły rok w którym nie bardzo udało mi się wyrobić z podsumowaniem za rok 2008. Teraz się udało, wszystko napisane, dopięte itp. O liście mogę powiedzieć, że jest dość eklektyczna. Nie szukałem nowych brzmień czy kapel, a wręcz odwrotnie. To one mnie poznajdywały. Takie pójście z prądem. Ale dosyć gadania (w tym miejscu powinien pojawić się jakiś zajebisty dżingiel z chórem pań śpiewających „Liiiiiiiiista przebojóóóóóów!!!”, ale budżet poszedł na coś innego.). Lecim, chłopczyku i dziewczynko. Przed przeczytaniem koniecznie skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.
10 najlepszych płyt roku
10. Amorphis – Skyforger
Finowie swoimi dwiema ostatnimi płytami położyli mnie na łopatki. Klimat dziewiczej przyrody z Krainy Tysiąca Jezior i te nawiązania do Kalevali (fińska epopeja narodowa) na każdym kroku. Podobnie jest z ww. krążkiem. Nie ma tutaj rewolucyjnych rozwiązań muzycznych, całą atmosferę tworzy tu tradycyjne rockowe/metalowe instrumentarium. Jeśli ktoś lubi skandynawskie klimaty, polubi i tę płytę. Nie wspomnę o Finlandiofilach (nie mylić z alkoholikami), w kolekcjach których ta płyta już zajęła zaszczytne miejsce (podobnie jak i reszta dyskografii Amorphis).
9. Rabia Sorda – Noise Diary
Erk Aicrag z Hocico atakuje po raz kolejny. I to szybciej niż ktokolwiek by się spodziewał. Następca Methodós del Caos to płyta, w przeciwieństwie do poprzedniczki, nie chwyta od razu. Jest tu kilka parkietowych elektro-bangerów jak chociażby singlowy „Radio Paranoia” czy „Out of Control”. Mnie osobiście bardziej ujęły bardziej refleksyjne, wolniejsze (co nie znaczy, ze jakoś utemperowane) numery takie jak „Heart Eating Crows”, „NME” czy „This is The End”. Muzyczne rozwiązania nie zaskakują, Erk podąża dokładnie tą samą ścieżką co na debiutanckiej solówce. Mamy tu żywą perkusję; punkujący, schowany za przesterem (ale ciągle czytelny) mordozdzier. Dokładając do tego electroclashowe patenty mamy kompletny obraz „Hałaśliwego Pamiętniczka”. Plus za świetna okładkę.
8. La Coka Nostra – A Brand You Can Trust
“Back from the dead, back at it again” jak nawijał Everlast w otwierającym album Bloody Sunday. LCN to de facto ekipa kultowego House of Pain wzbogacona o Ill Billa i Slaine’a. Nie owijając w bawełnę, płyta powinna zadowolić wszystkich miłośników syfiastych brzmień i hardkorowych rapsów. Płyta mimo, że teoretycznie jest hip-hopowa to muzycznie bardzo mocno podszyta gitarami (blues-rockowe wręcz „The Stain” czy „Cousin of Death” ze śpiewanymi refrenami Everlasta). Lirycznie to gorzka płyta i mamy tu całkiem niezły przekrój tematów począwszy od spojrzenia na patriotyzm („I’m An American” z gościnnym udziałem B-Reala z Cypress Hill) a na wychowaniu dzieci kończąc („The Stain”). Bardzo świeży album godny polecenia. Jeśli ktoś nie wierzy, po raz kolejny odsyłam do “Bloody Sunday”, a konkretnie wersów Ill Billa: „They say hip-hop’s hanging from a noose like Saddam Hussein, then LCN make you jump around like House of Pain” – I niech to wystarczy za rekomendację.
7. Warszafski Deszcz – Powrócifszy…
Pozostajemy w hip-hopowych klimatach, ale przenosimy się na nasze rodzime podwórko. A tutaj powrót po 10 latach. Tede i Numer Raz (już bez Mariana) to gracze, którzy ciągle aktywnie działają na naszej rap-scenie, ale jako Warszafski Deszcz nie wydali nic od 1999 roku, kiedy to wyszła przełomowa „Nastukafszy…” Może to nie jest rewolucyjna płyta, ale przyznaję, że brakowało mi takiego powiewu old-schoolu na polskiej scenie. Stara szkoła rapu, w której nawijka o nawijce bawiła jak nic innego w tej muzyce. Bity to esencja starej szkoły, podobnież rymy TDFa i Numera, które pękają w szwach od follow-upów do „Nastukafszy…”. Nostalgiczna rzecz, ale jednak godna polecenia.
6. Rammstein – Liebe Ist Für Alle Da
Rammstein to zespół, którego nigdy nie darzyłem jakimś gigantycznym uwielbieniem. Przewijali się tu i ówdzie, kilka kawałków bardzo lubię, ale nic poza tym. Na nową płytę też szczególnie nie czekałem. Sprawdziłem w zasadzie z ciekawości i… wsiąkłem. Kolejna płyta Niemców (i któraś z kolei płyta w moim zestawieniu), która nie odkrywa nowych lądów, ale której słucha się wyjątkowo przyjemnie. Panowie jak zwykle musieli zrobić trochę szumu wokół siebie przy okazji premiery (czy tylko mnie kawałek „Pussy” kojarzy się z jakąś elektro-gotycką potupajką?), ale album moim skromnym zdaniem broni się sam. Mistrzowskie „Ich Tu Dir Weh”, otwierający płytę, pełen patosu „Rammlied” czy też utwór tytułowy to kawałki, do których na pewno będę wracał. Ein wunderbares Album, meine Damen und Herren.
5. Scar Symmetry – Dark Matter Dimensions
Pierwsza płyta Szwedów z nowymi wokalistami, którzy zastąpili niezmordowanego Christiana Älvestama, który zdecydował się odejść z zespołu z powodu różnic artystycznych. Dark Matter Dimensions to album, który powinien zadowolić większość fanów melodyjnej odmiany śmiercionośnego łojenia. Poza czystymi wokalizami nie zmieniło się nic. Lars Palmqvist to koleś o bardziej „metalowej” (jeśli w ogóle można to tak określić) barwie głosu, ale i do tej idzie się przyzwyczaić, natomiast odpowiedzialny za growle Roberth Karlsson dysponuje potężnym rykiem i w zasadzie ciężko wskazać różnice między nim a tym co wyczyniał Älvestam. Muzyka nadal ma bardzo kosmiczny charakter, jest bardzo „groovy” i jest okraszona dużą ilością pokręconych solówek czyli w zasadzie wszystko to co w metalu lubię najbardziej. Jest moc, czyste brzmienie, chwytliwe melodie, czego chcieć więcej?
![]()
4. Delain – April Rain
Przyznaje się, że miałem już absolutnie dosyć klonów Nightwish. Symfoniczny metal w pewnym momencie zaczął zjadać swój ogon, a tych wszystkich pompatycznie brzmiących kapel z (w większości przypadków) urodziwymi wokalistkami o pseudo-operowych manierach głosowych nie szło odróżnić od siebie. Kapela dorwała mnie (nie inaczej, Kochani) w serwisie Twitter, więc stwierdziłem, że sprawdzę sobie co to za cudo. Sięgnąłem po tegoroczny album „April Rain” i… bardzo miło się zaskoczyłem. Co prawda, nie mogłem się pozbyć uczucia, że gdzieś już to wszystko słyszałem, ale… Delain trafili swoją muzyką w odpowiedni czas. Nook niestety (a może stety, buk jeden wie) się zakochał, a taka muzyka stymuluje ten stan w całkiem ciekawy sposób
Muzycznie ta holenderska grupa czerpie z najlepszych wzorców, słychać tu oczywiście echa Nightwish, zwłaszcza z czasów Century Child, (który jest w moim osobistym top albumów wszech czasów) oraz Once, z tą różnicą, że brzmienie jest mocniejsze. Wokal może ucieszyć anty-fanów operowego wycia, gdyż Charlotte Wessels nie sili się na bycie drugą Tarją Turunen (całe szczęście). Głos mimo, że „zwyczajny”, to niewątpliwie bardzo mocny. W kilku utworach wspomagany gościnnie przez Marco Hietalę ze wspomnianego Nightwish, co moim zdaniem dodało albumowi kolorytu.
3. Superbus – Lova Lova
Kurde mol. Nie mam bladego pojęcia co lub kto sprawiło, że pewnego przedświątecznego wieczora oderwałem się na chwile od komputera i włączyłem telewizor. Na którymś z zagranicznych kanałów muzycznych leciał klip do „Apprends-moi”. Jakieś takie znajome gitary, pulsujący basik i elektronika w stylu retro. Na dodatek damskie wokalizy po francusku na który mam alergię. Ale że piosenka była niemożebnie wręcz chwytliwa, to zrobiłem małe śledztwo i dowiedziałem się tego i owego o tej nieznanej mi wcześniej kapeli. I tak na Lova Lova znajdziemy skrzyżowanie plastikowej elektroniki i chwytliwego pop-rocka. Całość bardzo w stylu retro, odnajdą się tu wielbiciele muzyki popularnej z lat 70′ych (bondowsko brzmiące „Lova Lova”), 80′ych (początek „Just Like The Old Days” niczym Eurythmics) czy też brzmień współczesnych („Rise”, które swobodnie mogłoby się znaleźć albumie dowolnej pop-punkowej kapeli), mrocznych (absolutnie przeboskie „Keyhole”) czy też zupełnie dziwacznych („Call Girl” brzmi jak jakiś j-pop). Całość ma bardzo przyjemną, seksowną otoczkę. Głównie przez uwodzicielski głos Jennifer Ayache, która może nie uprawia wokalnej ekwilibrystyki, ale w jej barwie głosu można się zakochać. Reasumując – sex, drugs and lollipops.
2. Closterkeller – Aurum
Dowodzonej przez Anji Orthodox ekipy nie trzeba nikomu przedstawiać. Ekipa zasłużona dla rozwoju polskiego rocka, a zwłaszcza rodzimej sceny „klimatycznej”. Nowy album, choć niewątpliwie cięższy w odbiorze niż „Nero” (jego poprzednik sprzed 6 lat), to jednak pokazuje, że w swojej kategorii wagowej Closterkeller nie ma sobie równych. „Aurum” to album, który traktuję bardzo osobiście. Nie chcę się zbytnio rozpisywać, ponieważ przyczyny tego stanu rzeczy dowiecie się (lub dowiedzieliście się, nie wiem – w chwili gdy piszę to podsumowanie recka leży jeszcze w brudnopisie) z recenzji płyty, która już wkrótce na Winylu.
1. Echoes of Yul – Echoes of Yul
Nie pamiętam kiedy ostatni raz się bałem. Poważnie. I dzięki temu albumowi na powrót poczułem co to znaczy, tak naprawdę. Nie jestem koneserem tego typu muzyki (ot, lubię kilka kapel, nic więcej), ale album tego opolskiego duetu zrobił na mnie niesamowite wrażenie. Ten natłok syfiastych dźwięków, które potrafią wyobraźni podpowiedzieć różne dziwaczne obrazy. I w zasadzie nie musiałbym pisać niczego więcej, bo mógłbym się podpisać wszystkimi kończynami pod recenzją Masty. Od siebie tylko powiem, że na płycie jest genialny dobór sampli, potężne, ale jednocześnie minimalistyczne brzmienie. I ta wszechobecna paranoiczna atmosfera. Ktoś czai się tuż za rogiem ulicy. Jest ciemno, nie widzisz nikogo, ale czujesz, że ktoś tam jest. I nie ma dobrych zamiarów. Od tych dźwięków nie ma ucieczki. Nie…. NIE! NIEEEEE!!! Zabierz te ręce!!! RATUNKU!!!!!1 Eeee… Misiu, to naprawdę ty…?
Utwór roku:
Closterkeller – Królewna z czekolady
Nie będę się zbytnio rozwodził na ten temat. Utwór strasznie osobisty. I niech to wystarczy.
Teledysk roku
Warszafski Deszcz – Juz od ‘99 płynę.
Co tu dużo gadać. Teledysk zrealizowany w stylu staroszkolnych ameryckich klipów rapowych. Małpie bujanie, łańcuchy, kraciaste koszule, ghettoblastery, obskurna miejscówka gdzieś pod mostem. Zresztą zobaczcie sami.
Wydarzenie roku
Beef Peja vs Tede:
O wydarzeniach w Zielonej Górze tyle się pisało, że głowa mała, więc nie będę tego streszczał. O tym co działo się potem też pisało się… dużo. I na chwilę obecną beef (chyba) jeszcze nie jest zakończony. Obie strony bardzo zasłużone dla polskiej sceny, obie strony dostarczyły solidną porcję rapu, choć mam wrażenie ten beef idzie na ilość, a nie na jakość. I myślę też, że mimo, że deklaracji Tedego na mixtapie A/H24N2, że to już koniec, beef dopiero się rozkręca i jeszcze trochę potrwa. Bonusowo zwrócę też uwagę czysto językowy aspekt tej potyczki. Zwroty takie jak “wszystko na mój koszt“, “wiecie co z nim zrobić, nie?!” i “tak kończą frajerzy!” (wszystkie by Peja) ewentualnie “to nie jest fajne, ziom“, “wszyscy Jana palą” (te dwa by Tede) weszły już na stałe do języka polskiego, a już na pewno na jakiś czas zawładnęły polskim internetem.
Zawód roku
Sonata Arctica – The Days of Grays

W kategorii „zawód roku” miałbym oddzielne top 10, ale skoro muszę wybrać jeden album, to będzie wątpliwej jakości album fińskiego Sonata Arctica. Już na poprzednika zatytułowanego Unia psioczyłem jak diabli. „The Days of Grays” jest niestety równie beznadziejny. Tony’emu Kakko zachciało się bycia maksymalnie progresywnym, koncepcyjnym, symfonicznym i buk wie jakim jeszcze. Tony! Nie idźcie tą drogą! Spłodziliście beznadziejny album z pretensjonalną, nadęta muzyką. Rozumiem rozwój, poszukiwania, ale ten album i poprzedni to (tu wpisz dowolny synonim słowa „gniot”). Gdzie się podział ten zespół grający energiczny, melodyjny metal? Pierwsze 4 albumy były naprawdę świetne, ale jeśli tą drogą (niedo) rozwoju Finowie będą szli dalej, to ja dziękuje.


















Matko, nie wiedziałem o nowej SA, na dodatek najgorszej ze wszystkich. To musi być epic mindfuck!
“epic mindfuck” to dobre określenie zawartości tej płyty
pierwsze hip hopowe akcenty w podsumowaniach.
a, no i chyba przesłucham delian, totalnie:
raz]
dwa
trzy
Nic z tego co tu jest nie słyszałem -_- poza Pussy oczywiście
Gad:
byłbym naprawde zdziwiony/zaskoczony/niepotrzebne wymazać jakbyś słyszał ;P
kurwa, wez tu zrob wlasne podsumowanie, jak widze dwie plyty, z ktorymi musze sie zapoznac, bo mi jakis Nuk narobil smaka. co tu zrobic? La Coka Nostra zapowiada sie smakowicie, WFD w zasadzie tez, chociaz za Tede srednio przepadam.
LCN pojawi się w jeszcze jednym podsumowaniu, więc coś w tym jest
Na “Powrócifszy…” (podobnież na “Note2″, też z tego roku) Tede jedzie bardziej refleksyjnie, nostalgicznie, optymistycznie. zero hajsów, imprezek i innych takich
Powrócifszy – spodoba się fanom WFD, ja Tedego co najwyżej lubię, a Numera kompletnie nie trawię, płytka podoba mi się… średnio. Stary styl, ale jakoś nigdy ten, który ruszał mnie najbardziej. O La Coka Nostra czytałem dużo, ale jakoś nie sięgnąłem do tej pory, być może nadrobię, bo niedługo całkiem już englisza zapomnę. Z reszty płytek znam jeszcze EOY, miło, że polski debiut i od razu 1 miejsce w Twoim podsumowaniu. U mnie też zajmie jedno z czołowych miejsc, bo była to płytka, która chyba najbardziej sponiewierała mnie przy pierwszym odsłuchu.
Zero hajsów i imprezek u Tede? A “Cipy cipy łaaał” i “Pali się dach”? Fakt, wśród 26 kawałków są niezauważalne, ale jednak nie można pisać, że nie ma.
A LCN to jeden z lepszych projektów minionego roku.
No tak, to czyste przeoczenie z mojej strony gdyż od klimatów czysto imprezowych, raczej stronię
masz tez rację z tym, ze ww. kawałki raczej nie były z tych, które zwracałyny na siebie uwage na “Note2sie” w pierwszej kolejności. Ten drugi wymieniony zreszta zwrócił na siebie uwagę dopiero gdy do niego powstał klip. A w kwestii hajsu to w paru wywiadach (m.in. ten dla CGM) TDF powiedział, że ani razu na nie uzył na N2 słowa “hajs” i był to celowe “zagranie na nosie” paru osobom.
Z tym wywiadem to mu nie wyszło, bo słowo “hajs” zostało użyte w numerze “Suchy konar” (przecież on ledwo jedzie swoją s-class / czy tej kobiecie nie chodzi o hajs?). Oczywiście nie mam zamiaru tutaj wypominać Tedzikowi, a reaguję od razu, bo jestem jego psychofanem.
Ogólnie rzecz ujmując – Tede w polskim hh w 2009 roku był postacią numer 1 i nawet to, że użył tego słowa “hajs” i nagrał dwa imprezowe numery – nic tego nie zmieni. Pozdrawiam wszystkich redaktorów winyl.info i osoby odwiedzające.
‘Jestem psychofanem’ i ‘był postacią numer 1′ – ciekawe zestawienie, mnie nie przekonuje
To, że było o nim głośno nie znaczy, że ilość poszła w jakość
Kurde, Rabia Sorda to jedna z nielicznych płyt z 2009, których nie słuchałem a chciałem i zrobię to niedługo. Mam nadzieję, że nie zburzy mojego top10
A jakże, najbardziej przehajpowanego polskiego albumu roku nie mogło zabraknąć. I to jeszcze na pierwszej pozycji, ja pierdolę. Panowie i panie z Superbus, grający ckliwą muzyczkę, smyrający palcami struny gitary rzeczywiście zasłużyli na obecność w Top10. Pogratulować. W 2009r. wyszło tyle solidnych albumów, że mogłeś się dużo bardziej przyłożyć do ułożenia tego rankingu.
Sorki że tak mało ambientu wrzuciłem w mój top10, też ubolewam nad tym, że wszyscy ludzie na ziemi nie są fanami ambientu :<
Pisząc ile wyszło solidnych albumów nie miałem na myśli tylko ambientu i Ty dobrze o tym wiesz, więc nie pierdol.
Jakbyś nie zauważył nasze gusta się trochę różnią i to, co uznajesz za solidną płytę dla mnie może być ścierwem (tak jak dla Ciebie Echoes of Yul czy “ckliwe” Superbus) – tegoś się nie nauczył przez tyle lat obcowania z muzyką? Poza tym już ci kilkukrotnie pisałem, że nie mam coraz mniej ochoty na ambient, czyli okręg w którym Ty się najbardziej poruszasz. Więc nie pierdol sam i nie wpierdalaj mi się na moje subiektywne podsumowanie płyt, bo to nie jest blog pt “Ulubiona muzyka Jakuba” tylko blog o różnorodnej muzyce, o ludziach z różnym gustem muzycznym.
To nie ja uważam się za skarbnicę wiedzy, jeśli chodzi o każdy gatunek i pokazuję to na każdym kroku.
Bo mam gówniane pojęcie i się żadną Wyrocznią w przeciwieństwie do Kubusia nie ogłaszam. Po to są chyba komentarze, żeby się wypowiedzieć co się sądzi o Twojej liście. Jeśli chciałbyś, żeby nikt nie krytykował ani jednej pozycji to mogłeś je zablokować i pozwolić wszystkim tylko podziwiać Twój ranking.
ha ha ha.
Szwedo jak cytujesz to weź to jakoś zaznacz, bo jak widać wyżej…
już myślałem, że kolejny flejmłor się szykuje, ale w porę załapałem. ;p
haha, o chuj xD +666
o awruk xD