Podsumowanie roku 2009: Nikołajewicz
Napisany 7 sty 2010 przez Nikołajewicz | Napisane w inne | Otagowane inne, podsumowanie | 6 komentarzy »

Na początek kilka uwag porządkowych. Po pierwsze, wzorem lat ubiegłych bardziej zasłuchiwałem się w muzyce powstałej przed rokiem, o którym mam właśnie pisać. Po drugie, podsumowanie jest w pełni subiektywne i oparte na tym, co interesuje mnie. Jako że nie jestem żadnym profesjonalnym krytykiem („krytyk muzyczny to bardzo brzydki zawód, takie ocenianie i za to płacą”) to nie mam obowiązku pisania o całej muzyce, która wyszła na przełomie minionych dwunastu miesięcy spiętych w klamrę „2009”. Z tym wiąże się odpowiedź na potencjalne zarzuty, jakoby redaktor Nikołajewicz „przesłuchał pięć płyt na krzyż i się mądrzył”. Mniej więcej taki jest stan faktyczny, chociaż skoro jestem skłonny napisać o dziesięciu albumach (i jeszcze robiłem lekką selekcję) to się rozumie, że tych płyt było nieco więcej. Po wytłumaczeniu kilku kwestii jestem na tyle spokojny, że z czystym sumieniem mogę napisać o tym, co w minionym roku zajarało mnie najbardziej.
10 najlepszych płyt roku
10. Depeche Mode – Sounds of the Universe
Bo długo na nowy krążek angielskiego tria czekałem, bo pierwszy singiel („Wrong”) wkręcił mi się w głowę straszliwie, bo Playing The Angel nie podeszło… Płyta wyszła, ale w stadium obwarzanka – na kresach urodzajnie, wewnątrz pusto. Dlatego dopiero miejsce dziesiąte.
9. Eminem – Relapse
Każda dziewczynka w wieku wczesnej podstawówki była fanką Spice Girls. Tak samo każdy mój rówieśnik w czasach późnej podstawówki choć trochę był fanem Eminema. Mało kto poza jobami i fakami widział w tym coś więcej. W międzyczasie Eminem utył, spuchł, a jakby tego było mało wpadł w nałóg łykania różnych tabletek. Koniec końców pan Mathers się ogarnął i na bitach doktora Dre nagrał nowy album. Ładny powrót do formy.
8. Muse – The Resistance
Ostatnio mój dobry kolega powiedział mi: ‘nie mógłbym słuchać swojego ulubionego zespołu mając świadomość, że jego piosenka jest na soundtracku do >>Zmierzchu<<’. Tak bywa, ale jestem za stary żeby się takimi rzeczami przejmować. Kolejne trio w zestawieniu, kolejne z rodowodem anglosaskim. Muse ciągle podąża w swoją bliżej nieokreśloną stronę, nagrywając albumy przepełnione coraz większą ilością bajerów. Kosmiczne klawisze i bizantyjski audioprzepych w niektórych starszych utworach nie wystarczyły, więc dorzucili cytaty z Chopina i Camille Saint-Saënsa, całą płytę kończąc małą symfonią. „Exogenesis: Symphony” bardzo ładna, choć chciałoby się więcej. A dopiero ósme miejsce dlatego, że nie wiem, czy kierunek, w którym idzie formacja Matta Bellamy’ego jest tym, którego pożądam. No i okładka The Resistance brzydka.
7. La Coka Nostra – A Brand You Can Trust
Nie jestem jedynym Winylowym redaktorem, który o tej płycie wspomniał – u Nukiego też się pojawiła… Tylko ten drugi umieścił tę pozycję oczko niżej niż ja. LCN zainteresowałem się na fali ponownej gorącej miłości do Limp Bizkit (wiadomo, reunion, koncert w Polsce, nowa płyta w drodze)… O ile w hip-hopie ostatnio siedziałem naprawdę niewiele (choć od zawsze mój stosunek do tej muzyki jest przerywany i wybredny), tak kolektyw muzyków House of Pain i paru innych osobistości przekonał mnie do sprawy. W końcu tam, gdzie jest DJ Lethal nie może być szmelcu.
6. Reni Jusis – Iluzjon cz. I
Z klimatów anglojęzycznych przenosimy się nad Wisłę. Zaraz podniesie się raban: „Reni Jusis?! WTF?!”, pomyślą że to jakiś żart a’la akcja „wybij Stachurskiego na wyżyny RYMa”, ale ja wiem swoje. Ten album uświadomił mnie, że Renata Jusis-Makowiecka (a jak, hajtnęła się z tym od „Idola”) ma jakieś wykształcenie muzyczne i potrafi nawet z niego zrobić pożytek. I tak oto w minionym roku Reni, kojarzona z tępymi, quasiklubowymi numerami, usiadła za fortepianem i przy pomocy żywych muzyków zrobiła akustyczny album. Trudno nie oprzeć się skojarzeniom z chociażby Anią Dąbrowską, ale propsy dla Jusis należą się za odwagę i chęć artystycznego rozwoju. I dobrze się tego słucha.
5. The Mars Volta – Octahedron
Będąc przygniecionym wirtualnymi opiniami w stylu ‘Octahedron sucks’ czy ‘what a crap’ trzeba mieć sporo chęci, żeby wsłuchać się w najnowsze dokonanie afrogłowych. Odgrażali się, że zrobią album popowy… i słowa dotrzymali. Takim oto sposobem nagrali kolejny (po Amputechture) dość trudny w odbiorze krążek… Śmiem sobie zażartować, że branie się za bary z konwencją stricte popową to kolejny element ich eksperymentalnego grania. Mnie się podoba. Dodatkowe punkty za czosnek na okładce.
4. Armia – Der Prozess
Pierwszy (i ostatni) przedstawiciel metalu w moim zestawieniu. Nie wiedzieć czemu podoba mi się instytucja concept albumów, a właśnie takim mianem można określić sześć numerów, które wyrosły z fascynacji Budzego (wokalisty Armii) „Procesem” Franza Kafki. Książka wyborna, polecam – tak jak i polecam Der Prozess, pozycję cztery na mojej liście przebojów 2009. Strach pomyśleć co by było, gdyby przyjaciel Kafki spełnił jego ostatnią prośbę i spalił rękopis „Procesu”.
3. Kult – Hurra!
Kolejne dinozaury gitarowego hałasowania made in Wolska. Była niezła afera z przeciekiem, ale i tak w dniu premiery zgarnęli złotą płytę. Panowie pozbyli się z zespołu waltornisty Banana (którego notabene można posłuchać na wyżej wspomnianym albumie Armii), wzięli w zamian drugie wiosło i puzon. Świeża krew i przejęcie muzycznej dyrekcji przez Kazika – te dwie sprawy zrobiły Kultowi dobrze. Takim oto sposobem nie dopełniła się trylogia albumów o posmaku iberyjskim w tytule, przerwany został ciąg wydawania płyt pozbawionych kohones – i tak oto powstało Hurra!. Brązowy medal i najniższe miejsce na podium zasłużone – mimo że tytuł i okładkę przemilczę i mimo że album znowu jest nieco nierówny (to już nie te czasy, kiedy na takim „Spokojnie” jest tylko dziewięć utworów i przy każdym obcuje się z absolutem).
2. Ocean – Cztery
Znacie? Pewnie nie… Ocean to taki zespół, którego słucham od dawien dawna, a dopiero niedawno zaczął częściej pojawiać się w mediach. Eska Rock hajpuje go na potęgę, ale niech im będzie – wszak świadomość, że wrocławska scena jest doceniana, niesamowicie mnie łechce. Po dłuższej nieobecności wydali krótki, konkretny album, który osadzony jest w klimatach radio-friendly. Ale to nie jest zarzut, że po takim cacku jak ich drugi longplay (Depresyjne piosenki o niczym) zachciało im się zdobywać listy przebojów. Tak wysoka pozycja za fakt, że byli jednym z nielicznych zespołów, na których płyty czekałem i nie poczułem choćby promila rozczarowania.
1. L.U.C – 39/89 – Zrozumieć Polskę
Zakładam, że wielu spodziewało się takiego pierwszego miejsca. Chociaż ja nie spodziewałem się, że L.U.C się za takie coś weźmie… Nie muszę chyba więcej mówić, bo ten projekt też był hajpowany – całkiem słusznie. Gruba inicjatywa. I znowu wrocławski wykonawca (urodzony co prawda w Zielonej Górze, ale związany z Wrocławiem na wieki wieków), damn!
Utwór roku
Depeche Mode – Wrong
Teledysk roku
Będę szczery. W tym roku w teledyskach nie siedziałem, więc wyróżnienia w tej kategorii nie przyznaję. Wybaczcie, Koleżanki i Koledzy.
Wydarzenie/Zawód roku
Zejście Michaela Jacksona z tego łez padołu. Postanowiłem to wydarzenie zaliczyć zarówno do wydarzenia, jak i zawodu roku. Michael Jackson wielkim artystą był – bo tak i już. Czekamy na ulice, pomniki, mosty i dzieci nazwane jego imieniem (Michael Jackson Kowalska, czy to nie jest wspaniałe?). Nie zapominajmy o kremówkach, ale zapomnijmy o przestarzałym podziale na „przed naszą erą” i „naszej ery”. Idą zmiany.
W 2010 roku życzyłbym sobie, by moi faworyci z lat minionych (tj. Limp Bizkit i Korn) zmiażdżyli mnie swoimi nowymi krążkami. Do tego niech wyjdzie kilka miłych płyt i niech mi się na niwie muzycznej powodzi. Pozdrawiam.





Bo długo na nowy krążek angielskiego tria czekałem, bo pierwszy singiel („Wrong”) wkręcił mi się w głowę straszliwie, bo Playing The Angel nie podeszło… Płyta wyszła, ale w stadium obwarzanka – na kresach urodzajnie, wewnątrz pusto. Dlatego dopiero miejsce dziesiąte.
Każda dziewczynka w wieku wczesnej podstawówki była fanką Spice Girls. Tak samo każdy mój rówieśnik w czasach późnej podstawówki choć trochę był fanem Eminema. Mało kto poza jobami i fakami widział w tym coś więcej. W międzyczasie Eminem utył, spuchł, a jakby tego było mało wpadł w nałóg łykania różnych tabletek. Koniec końców pan Mathers się ogarnął i na bitach doktora Dre nagrał nowy album. Ładny powrót do formy.
Ostatnio mój dobry kolega powiedział mi: ‘nie mógłbym słuchać swojego ulubionego zespołu mając świadomość, że jego piosenka jest na soundtracku do >>Zmierzchu<<’. Tak bywa, ale jestem za stary żeby się takimi rzeczami przejmować. Kolejne trio w zestawieniu, kolejne z rodowodem anglosaskim. Muse ciągle podąża w swoją bliżej nieokreśloną stronę, nagrywając albumy przepełnione coraz większą ilością bajerów. Kosmiczne klawisze i bizantyjski audioprzepych w niektórych starszych utworach nie wystarczyły, więc dorzucili cytaty z Chopina i Camille Saint-Saënsa, całą płytę kończąc małą symfonią. „Exogenesis: Symphony” bardzo ładna, choć chciałoby się więcej. A dopiero ósme miejsce dlatego, że nie wiem, czy kierunek, w którym idzie formacja Matta Bellamy’ego jest tym, którego pożądam. No i okładka The Resistance brzydka.
Nie jestem jedynym Winylowym redaktorem, który o tej płycie wspomniał – u Nukiego też się pojawiła… Tylko ten drugi umieścił tę pozycję oczko niżej niż ja. LCN zainteresowałem się na fali ponownej gorącej miłości do Limp Bizkit (wiadomo, reunion, koncert w Polsce, nowa płyta w drodze)… O ile w hip-hopie ostatnio siedziałem naprawdę niewiele (choć od zawsze mój stosunek do tej muzyki jest przerywany i wybredny), tak kolektyw muzyków House of Pain i paru innych osobistości przekonał mnie do sprawy. W końcu tam, gdzie jest DJ Lethal nie może być szmelcu.
Z klimatów anglojęzycznych przenosimy się nad Wisłę. Zaraz podniesie się raban: „Reni Jusis?! WTF?!”, pomyślą że to jakiś żart a’la akcja „wybij Stachurskiego na wyżyny RYMa”, ale ja wiem swoje. Ten album uświadomił mnie, że Renata Jusis-Makowiecka (a jak, hajtnęła się z tym od „Idola”) ma jakieś wykształcenie muzyczne i potrafi nawet z niego zrobić pożytek. I tak oto w minionym roku Reni, kojarzona z tępymi, quasiklubowymi numerami, usiadła za fortepianem i przy pomocy żywych muzyków zrobiła akustyczny album. Trudno nie oprzeć się skojarzeniom z chociażby Anią Dąbrowską, ale propsy dla Jusis należą się za odwagę i chęć artystycznego rozwoju. I dobrze się tego słucha.
Będąc przygniecionym wirtualnymi opiniami w stylu ‘Octahedron sucks’ czy ‘what a crap’ trzeba mieć sporo chęci, żeby wsłuchać się w najnowsze dokonanie afrogłowych. Odgrażali się, że zrobią album popowy… i słowa dotrzymali. Takim oto sposobem nagrali kolejny (po Amputechture) dość trudny w odbiorze krążek… Śmiem sobie zażartować, że branie się za bary z konwencją stricte popową to kolejny element ich eksperymentalnego grania. Mnie się podoba. Dodatkowe punkty za czosnek na okładce.
Pierwszy (i ostatni) przedstawiciel metalu w moim zestawieniu. Nie wiedzieć czemu podoba mi się instytucja concept albumów, a właśnie takim mianem można określić sześć numerów, które wyrosły z fascynacji Budzego (wokalisty Armii) „Procesem” Franza Kafki. Książka wyborna, polecam – tak jak i polecam Der Prozess, pozycję cztery na mojej liście przebojów 2009. Strach pomyśleć co by było, gdyby przyjaciel Kafki spełnił jego ostatnią prośbę i spalił rękopis „Procesu”.
Kolejne dinozaury gitarowego hałasowania made in Wolska. Była niezła afera z przeciekiem, ale i tak w dniu premiery zgarnęli złotą płytę. Panowie pozbyli się z zespołu waltornisty Banana (którego notabene można posłuchać na wyżej wspomnianym albumie Armii), wzięli w zamian drugie wiosło i puzon. Świeża krew i przejęcie muzycznej dyrekcji przez Kazika – te dwie sprawy zrobiły Kultowi dobrze. Takim oto sposobem nie dopełniła się trylogia albumów o posmaku iberyjskim w tytule, przerwany został ciąg wydawania płyt pozbawionych kohones – i tak oto powstało Hurra!. Brązowy medal i najniższe miejsce na podium zasłużone – mimo że tytuł i okładkę przemilczę i mimo że album znowu jest nieco nierówny (to już nie te czasy, kiedy na takim „Spokojnie” jest tylko dziewięć utworów i przy każdym obcuje się z absolutem).
Znacie? Pewnie nie… Ocean to taki zespół, którego słucham od dawien dawna, a dopiero niedawno zaczął częściej pojawiać się w mediach. Eska Rock hajpuje go na potęgę, ale niech im będzie – wszak świadomość, że wrocławska scena jest doceniana, niesamowicie mnie łechce. Po dłuższej nieobecności wydali krótki, konkretny album, który osadzony jest w klimatach radio-friendly. Ale to nie jest zarzut, że po takim cacku jak ich drugi longplay (Depresyjne piosenki o niczym) zachciało im się zdobywać listy przebojów. Tak wysoka pozycja za fakt, że byli jednym z nielicznych zespołów, na których płyty czekałem i nie poczułem choćby promila rozczarowania.
Zakładam, że wielu spodziewało się takiego pierwszego miejsca. Chociaż ja nie spodziewałem się, że L.U.C się za takie coś weźmie… Nie muszę chyba więcej mówić, bo ten projekt też był hajpowany – całkiem słusznie. Gruba inicjatywa. I znowu wrocławski wykonawca (urodzony co prawda w Zielonej Górze, ale związany z Wrocławiem na wieki wieków), damn!
‘Cztery’ nieziemsko mi się podoba. Ogólnie Twoje podsumowanie jest mi najbardziej do tej pory chyba ‘przyjazne’.
Musy to przehajp straszny, ale Kazik to już kupa. Tez mi kult…
Muse to kapela którą tylko i wyłącznie strawię na koncercie, bo po to oni chyba powstali. Ten album to już naprawdę za dużo, za dużo tego megalomaństwa Bellamyego, a wokalu wręcz nie cierpię, z tego krążka słuchalne są tylko… single. A TMV hmm odważni zawsze byli, ale odwaga to nie wszystko, w popowej estetyce ich niestety nie trawię, w straszne przeciętniactwo się pakują.
No IMO muse cienki jak sik pająka. Po pierwszym przesłuchaniu nawet się podobało, a po drugim już klapa totalna. Ale za to dobre pierwsze miejsce
der prozess zacny, a co do muse, to słuchałem resistance i niezbyt podeszło.
Der Prozess dla mnie jakiś taki zbyt toporny, natomiast liryki smaczliwe są. L.U.C – wiadomo klasa, a tegorocznego TMV nie łykałem. W ogóle dziwni mnie trochę postawa „Dlatego DOPIERO miejsce dziesiąte.” Przecież 10 miejsce to bardzo wysokie miejsce, bo to 10 NAJLEPSZYCH płyt roku.