Podsumowanie roku 2009: Niszczuk
Napisany 11 sty 2010 przez Niszczuk | Napisane w inne | Otagowane inne, podsumowanie | 3 komentarzy »

No cóż, pod względem płytowym ten rok nie należał z mojego punktu widzenia do nazbyt udanych. W zasadzie nie wyszło nic, czym bym się na dłużej zachwycił, co mógłbym katować przez czas dłuższy. Poprzednie dwa lata na pewno były bardziej udane i następny rok też zapowiada się o wiele lepiej. Wbrew pozorom jednak, sporządzenie podsumowania po tak “suchym” roku nie należy do rzeczy łatwych i zaznaczyć muszę, że tylko dwóch pierwszych pozycji w rankingu jestem w stu procentach pewny. Jakby nie było, redaktorski obowiązek spełnić wypada i podsumowanie roku minionego sporządzić należy. Zaczynajmy więc.
10 najlepszych płyt roku
10. Alastor – Spaaazm
Po 12 latach ciszę przełamał zespół Alastor. Rok miniony był na pewno rokiem wielkich powrotów, i choć powrotu thrashowej załogi z Kutna wielkim nazwać raczej się nie da, to w przeciwieństwie do wielu długo milczących gwiazd, Alastor nagrał krążek bardzo dobry. W zasadzie brak tu świeżości, nowych, zniewalających patentów, ale nie na tym polega siła tej płyty. Album Spaaazm jest dosyć surowy, z jednej strony techniczny, z drugiej chwytliwy i łatwy do przyswojenia. Nie wymaga od słuchacza zbyt wiele, ale sprawia dużo przyjemności.
9. Municipal Waste – Massive Aggressive
Panowie z Municipal Waste znowu ciała nie dali, czego w sumie można było się spodziewać. Znowu bardzo solidny krążek, który stawia na nogi i rzuca słuchaczem po pokoju.
8. Lost Soul – Immerse in Infinity
Muzycy Lost Soul przeszli samych siebie. Co prawda na następcę znakomitego Chaostream trzeba było czekać ponad cztery i pół roku, ale zdecydowanie warto było i myślę, że Immerse in Infinity raczej nie zawiodła. Ja, mimo że na tę płytę nie czekałem i była mi niemal obojętna, sięgnąłem po nią, zachęcony mnóstwem pozytywnych opinii i oczarowany konceptem, o którym co i rusz ktoś wspominał przy okazji recenzji. No i załapało. Album jest naprawdę znakomity pod każdym względem, instrumentalnie mamy tu symfonię zniszczenia, a dzieła dopełniają znakomite wokale Jacka Greckiego. Wszystko to jednak jest niepozbawione unikalnego, kosmicznego klimatu, no cudo.
7. Heaven & Hell – The Devil You Know
Tu już mamy płytę, której byłem ciekaw. Co prawda moim ulubionym okresem twórczości Black Sabbath jest okres z Ozzym, ale uwielbiam też klasyczne Heaven and Hell, gdzie fantastyczna gitara Iommiego współgra z genialnym wokalem Dio, dlatego spróbowałem, co też panowie wymodzili po tylu latach wspólnego niegrania. No i nie zawiodłem się. Płyta do genialnych nie należy, wiadomo, ale wystarczyło mi usłyszeć znowu wspomniany wcześniej duet w wersji odświeżonej, żeby spędzić z tym albumem kilka długich, jesiennych wieczorów.
6. Lynyrd Skynyrd – God & Guns
Legenda southern rocka powraca po sześciu latach, w niemal niezmienionym składzie i znowu nagrywa solidny, przebojowy i luzacki album. Dla miłośników klimatu (i zespołu oczywiście) pozycja bezsprzecznie obowiązkowa, poza tym naprawdę warto obadać – płyta znakomicie uspokaja i poprawia nastrój.
5. Slayer – World Painted Blood
Slayera oczywiście nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu. Dość długo zastanawiałem się, gdzie umieścić najnowszą ich płytę, czy w ogóle jak do niej podejść, co myśleć. W końcu jednak oświeciło mnie i uznałem, że jest dobrze. Nie ma rewelacji – i nie miało być. Jest jazda na starych, sprawdzonych patentach, ale jest też nikły powiew świeżości, mały krok w przód, ostrożny, acz zdecydowany. Mi, jako zatwardziałemu fanowi Reign in Blood, zdecydowanie takie coś się podoba.
4. The Prodigy – Invaders Must Die
Tak, zgadza się – to jedyna nie-gitarowa płyta w moim rankingu i to w dodatku na tak wysokiej pozycji. Cóż poradzić, łeb zamknięty się ma, spoza kręgu zainteresowań słucha się tylko tego, co głośne. No a Prodiże, jak zwykle, nie zawiedli, znowu pokazali, na co ich stać. Imprezować się przy tym da, głową porzucać również – dla mnie bomba.
3. Black River – Black’n'Roll
Bardzo przyjemne zaskoczenie przeżyłem, słuchając nowej płyty polskiej “supergrupy” Black River. Czasami bywa tak, że słuchamy płyty jakiegoś wykonawcy, uważamy ją za świetną, ale gdy pojawia się nowa, wszystkie wady tej poprzedniej uwydatniają się, a ta nowa promienieje i wskakuje na podium. Tak było w tym przypadku. Black’n'Roll obnażyło słabe punkty swojej poprzedniczki w sposób bezczelny – tutaj po prostu mamy wszystko to, czego wcześniej brakowało. Mnóstwo rock’n'rollowego luzu, brudu, solidny wykop, lepsze wokalizy, bujający bas – czego tylko dusza zapragnie. Oby tak dalej.
2. Clutch – Strange Cousins from the West
Powiedzieć “zaskakująco dobre wydawnictwo” w przypadku Clutch byłoby nieporozumieniem, lecz o tym przekonałem się dopiero jakiś czas po zapoznaniu się z ostatnim wydawnictwem. A trafiłem na owo wydawnictwo zupełnie przypadkiem… i ścięło mnie z nóg. Płyta nie umywa się do genialnego Blast Tyrant, ale o głowę wyprzedza swoją poprzedniczkę z 2007 roku. Może to sprawa przystępności, może to przez fakt, że wokalista, Neil Fallon, momentami stylizuje się na Hendriksa, a może to po prostu znakomity klimat?
1. Mastodon – Crack the Skye
Kolejna ekipa, która nie zawodzi. Od wydania pierwszego długograja, panowie z Mastodona nie nagrali płyty słabej albo przeciętnej, popełnili za to dwie genialne i jedną bardzo dobrą. Jednak po opublikowaniu pierwszych utworów z Crack the Skye i po wywiadach m.in. z Brannem Dailorem, który mówił o złagodzeniu brzmienia, pojawiły się wątpliwości, głosy szepczące “komercjalizacja!”. Nawet moja wiara została zachwiana, jak się okazało, niesłusznie. Choć nie ma tu już tego, za co pokochałem dwie poprzednie płyty, album i tak jest kompletny. Nie ma szaleństwa – jest spokój, nie ma metalowej kanonady perkusyjnej – jest wyważony, oldschoolowy feeling. Generalnie słychać, że panowie nagrywając opisywane przez mnie dzieło, mocno siedzieli w latach 70 – przykłady są zbędne, to wychodzi na każdym kroku. Nie mam na myśli tylko gry instrumentów, przede wszystkim chodzi o mistrzowski, kosmiczno-psychodeliczny klimat. Co tu dużo gadać – oni naprawdę są Wielcy.
Utwór roku:
Mastodon – The Last Baron
Po prostu cudo. Pokuszę się o stwierdzenie, że to Crack the Skye w pigułce, ale to byłaby przesada. Acz niewielka.
Teledysk roku:
Mastodon – Oblivion
Klip pomaga w jakimś nikłym procencie pokazać obraz tego, co tworzy się w głowie słuchacza podczas podróży z Crack the Skye.
Wydarzenie roku:
Dwa koncerty Volbeat w Polsce, plus występ Soulfly (tak, też w Polsce)
Czy może być coś lepszego niż wiadomość, że zespół, który właśnie odkryłeś i w którym zakochałeś się od pierwszego wejrzenia, zagra za dwa miesiące w sąsiednim mieście? Owszem – może być to wiadomość, że będzie sposobność zobaczyć ten zespół na żywo w kraju raz jeszcze! Volbeat, bo to o tym zespole mowa, daje naprawdę znakomite koncerty, myślę że moje zdanie podzieli spora część Woodstockowiczów, która oglądała ich występ w sierpniu w Kostrzynie (nie wspominam oczywiście o widowni na lutowym, warszawskim koncercie
). Bardziej prywatnie dodam, że tegoroczny Woodstock był dla mnie nie tylko muzycznym, ale też towarzyskim wydarzeniem roku.
Zawód roku:
Them Crooked Vultures – Them Crooked Vultures

Kategoria “zawód roku” – brzmi dosadnie, a fakty są takie, że supergrupie w składzie Jones, Homme, Grohl wyszła płytka całkiem niezła. No właśnie… całkiem niezła to trochę za mało, jak na taki skład.





Po 12 latach ciszę przełamał zespół Alastor. Rok miniony był na pewno rokiem wielkich powrotów, i choć powrotu thrashowej załogi z Kutna wielkim nazwać raczej się nie da, to w przeciwieństwie do wielu długo milczących gwiazd, Alastor nagrał krążek bardzo dobry. W zasadzie brak tu świeżości, nowych, zniewalających patentów, ale nie na tym polega siła tej płyty. Album Spaaazm jest dosyć surowy, z jednej strony techniczny, z drugiej chwytliwy i łatwy do przyswojenia. Nie wymaga od słuchacza zbyt wiele, ale sprawia dużo przyjemności.
Panowie z Municipal Waste znowu ciała nie dali, czego w sumie można było się spodziewać. Znowu bardzo solidny krążek, który stawia na nogi i rzuca słuchaczem po pokoju.
Tu już mamy płytę, której byłem ciekaw. Co prawda moim ulubionym okresem twórczości Black Sabbath jest okres z Ozzym, ale uwielbiam też klasyczne Heaven and Hell, gdzie fantastyczna gitara Iommiego współgra z genialnym wokalem Dio, dlatego spróbowałem, co też panowie wymodzili po tylu latach wspólnego niegrania. No i nie zawiodłem się. Płyta do genialnych nie należy, wiadomo, ale wystarczyło mi usłyszeć znowu wspomniany wcześniej duet w wersji odświeżonej, żeby spędzić z tym albumem kilka długich, jesiennych wieczorów.
Legenda southern rocka powraca po sześciu latach, w niemal niezmienionym składzie i znowu nagrywa solidny, przebojowy i luzacki album. Dla miłośników klimatu (i zespołu oczywiście) pozycja bezsprzecznie obowiązkowa, poza tym naprawdę warto obadać – płyta znakomicie uspokaja i poprawia nastrój.
Slayera oczywiście nie mogło zabraknąć w moim zestawieniu. Dość długo zastanawiałem się, gdzie umieścić najnowszą ich płytę, czy w ogóle jak do niej podejść, co myśleć. W końcu jednak oświeciło mnie i uznałem, że jest dobrze. Nie ma rewelacji – i nie miało być. Jest jazda na starych, sprawdzonych patentach, ale jest też nikły powiew świeżości, mały krok w przód, ostrożny, acz zdecydowany. Mi, jako zatwardziałemu fanowi Reign in Blood, zdecydowanie takie coś się podoba.
Tak, zgadza się – to jedyna nie-gitarowa płyta w moim rankingu i to w dodatku na tak wysokiej pozycji. Cóż poradzić, łeb zamknięty się ma, spoza kręgu zainteresowań słucha się tylko tego, co głośne. No a Prodiże, jak zwykle, nie zawiedli, znowu pokazali, na co ich stać. Imprezować się przy tym da, głową porzucać również – dla mnie bomba.
Bardzo przyjemne zaskoczenie przeżyłem, słuchając nowej płyty polskiej “supergrupy” Black River. Czasami bywa tak, że słuchamy płyty jakiegoś wykonawcy, uważamy ją za świetną, ale gdy pojawia się nowa, wszystkie wady tej poprzedniej uwydatniają się, a ta nowa promienieje i wskakuje na podium. Tak było w tym przypadku. Black’n'Roll obnażyło słabe punkty swojej poprzedniczki w sposób bezczelny – tutaj po prostu mamy wszystko to, czego wcześniej brakowało. Mnóstwo rock’n'rollowego luzu, brudu, solidny wykop, lepsze wokalizy, bujający bas – czego tylko dusza zapragnie. Oby tak dalej.
Powiedzieć “zaskakująco dobre wydawnictwo” w przypadku Clutch byłoby nieporozumieniem, lecz o tym przekonałem się dopiero jakiś czas po zapoznaniu się z ostatnim wydawnictwem. A trafiłem na owo wydawnictwo zupełnie przypadkiem… i ścięło mnie z nóg. Płyta nie umywa się do genialnego Blast Tyrant, ale o głowę wyprzedza swoją poprzedniczkę z 2007 roku. Może to sprawa przystępności, może to przez fakt, że wokalista, Neil Fallon, momentami stylizuje się na Hendriksa, a może to po prostu znakomity klimat?
Kolejna ekipa, która nie zawodzi. Od wydania pierwszego długograja, panowie z Mastodona nie nagrali płyty słabej albo przeciętnej, popełnili za to dwie genialne i jedną bardzo dobrą. Jednak po opublikowaniu pierwszych utworów z Crack the Skye i po wywiadach m.in. z Brannem Dailorem, który mówił o złagodzeniu brzmienia, pojawiły się wątpliwości, głosy szepczące “komercjalizacja!”. Nawet moja wiara została zachwiana, jak się okazało, niesłusznie. Choć nie ma tu już tego, za co pokochałem dwie poprzednie płyty, album i tak jest kompletny. Nie ma szaleństwa – jest spokój, nie ma metalowej kanonady perkusyjnej – jest wyważony, oldschoolowy feeling. Generalnie słychać, że panowie nagrywając opisywane przez mnie dzieło, mocno siedzieli w latach 70 – przykłady są zbędne, to wychodzi na każdym kroku. Nie mam na myśli tylko gry instrumentów, przede wszystkim chodzi o mistrzowski, kosmiczno-psychodeliczny klimat. Co tu dużo gadać – oni naprawdę są Wielcy.

Dobry zawód xd (jak to brzmi…), a z listy nie pasi mi marny Black River, zaś Mastodona dałbym niżej sporo. A poza tym – to co z tej listy znam było symatyczne, resztę obadam.
Mastodą zgarnął wszystko u Niszcza. ;] Poza tym Slayera i Prodiżów dałbym niżej, od Clutch z chęcią bym coś poznał, a Black River zaorał. Reszty płyt z zestawienia nie znam.
nie spodziewałem się mastodą na 1 miejscu, niemniej przybij piątkę.