Podsumowanie roku 2009: ReneGad
Napisany 14 sty 2010 przez renegad | Napisane w inne | Otagowane inne, podsumowanie | 1 komentarz »

Hey wszystkim w nowym 2010 roku!
Jednak na chwilę wrócimy jeszcze do ubiegłego luknąć co tam leciało u mnie na głośnikach. Wspomnę jeszcze, że pisząc to podsumowanie nie wiem jak wyglądają „topki” reszty redakcji, jednak strzelam w ciemno, iż w większości wypadków rocznik 09 rozczarował. Muzyczny rok 2009 jawi mi się jako rok w którym na moich playlistach panowało istne „stormy weather” z przebłyskami na upały. Powiem tak, trochę szkoda mi czasu na grzebanie w gitarowym graniu, tyle dobrego może mnie ominąć, a co roku to jakoś szybciej to wszystko leci. Widzicie, eksploracja gatunków na naszym blogu z racji iż jest nas wielu jest iście eklektyczna, vide każdy znajdzie coś dla siebie w tych podsumowaniach. Moje podobnie jak Nooka i nie tylko jego, ułożone jest z dużym kontrastem stylistycznym. Choć końcówkę roku królowała u mnie elektronika, to jednak gitary jakby nie patrzeć zdominowały podsumowanie. Paradoks? Być może, jednak w nowym roku spodziewajcie się Gada nieco odmienionego – myślę, że końcówka 2009 odciśnie piętno na 2010.
10 najlepszych płyt roku
10. Placebo – Battle For the Sun
Dwa koncerty w przeciągu pół roku zaważyły na tym iż Molko i spółka znaleźli się w topce.
Sam album mnie nie zawiódł, gdzieś tam podobał się na tyle by stać się nieodłączną częścią melanży, muzycznych kontemplacji przy specyfikach takich i owakich, podróżach polską koleją itd. Płyta mimo wszystko chwytliwa, bez zamulaczy, z nową siłą za garami, świetny singiel „Ashtray Heart„, jeszcze lepszy kawałek tytułowy i zamykający krążek „Kings of Medicine„, to utwory warte odnotowania, choć reszta nie wiele im ustępuje.
9. Manic Street Preachers – Journal For Plague Lovers
Głośny album dosłownie i w przenośni. Wykorzystanie tekstów zaginionego członka zespołu, z którym chyba już nigdy nie dowiemy się co dokładnie się stało, było tematem wielu dyskusji w brytyjskiej (i nie tylko) prasie. Poza tym ten album to powrót Manicsów do klimatów rodem z absolutu The Holy Bible, czyli rzężących gitar, agresywnych tekstów skandowanych przez kapitalnego wokalistę jakim jest Bradfield. Oraz oczywiście urzekające melodie, tego akurat w muzyce MSP nigdy nie brakowało – powrót godzien mistrzów jak najbardziej.
8. Converge – Axe To Fall
Jak mogliście niedawno przeczytać w mojej recenzji, nie za bardzo za nimi przepadałem, jednak wszystko zmieniło się z tym rokiem. Na Axe To Fall mam to, czego brakowało mi na Jane Doe, czyli cholernie przejrzystą, niezwalniajacą perkę, nieco wygładzony wokal (choć ciężko to nazwać gładkim wokalem), riffy na poziomie takim, że wyżej się chyba nie da („Dark Horse„, „Effigy„) i zdecydowaną nutkę eksperymentów w których znalazło się miejsce na melodie („Cruel Boom„, „Wretched World„). Zespół z miejsca zyskał moją sympatię, a to już wyczyn mając na uwadze moje wcześniejsze zdanie na temat tych szaleńców.
7. Shackleton – Three EPs
Z tego typu muzyką nigdy wcześniej nie miałem do czynienia. Hajp na dubstep omijałem jak tylko się da, ale w końcu moja barykada padła. Wszystko za sprawą tego iż ten ultra-uber-mega niemelodyjny gatunek zmierza w jak najbardziej odpowiednią stronę, romansując z breakbeatem, minimalem czy drum’n’bassem. Shackleton to, śmiem twierdzić, najbardziej zjawiskowy twórca dubstepowy, z tych z którymi miałem do czynienia ostatnimi czasy, a musicie wiedzieć, że nieźle z dubstepem popłynąłem. Czynnik X w przypadku Shacka to mętny klimat, rytualne loopy i minimalizm wyrażający więcej niż niejeden wypakowany po brzegi aranżacyjny kolos. Jakby nie patrzeć dzięki niemu zacząłem pływać w odmętach, nie koniecznie miejskich.
6. DrumAttic Twins – Hammer & Tongs
Kolejny przedstawiciel gatunku który w ’09 królował na moim sprzęcie grającym, a wcześniej raczej niedostrzeżony (vide z łamańców znałem tylko Evil Nine) przeze mnie. Beaty – o to tu się rozchodzi w głównej mierze, basowe pochody, kreatywna zabawa samplami – to cała reszta. Hipnotyzowanie tymi strukturami dźwiękowymi jest na tyle dotkliwe, iż nie idzie usiedzieć podczas odsłuchu tej płyty. Hasło „Don’t be so fucking drumattic” towarzyszyło mi niemalże okrągły rok, a klawisze w „Back To The Old School” to jakiś „nowy” standard zajebistości.
5. The Prodigy – Invaders Must die
Zdecydowanie ten rok minął mi pod znakiem mrówki. Na Openera jechałem znając tylko „Smack My Bitch Up„, wyjechałem będąc wielkim fanem ich muzyki. Jeżeli wydarzenie koncertowe może zmienić coś w kwestii postrzegania zespołu to uwierzcie, że The Prodigy na koncertach zyskuje co najmniej o połowę więcej w stosunku do płyt. W przypadku ich show pojęcie „wiksa” nabiera nowego znaczenia. Walka o życie w takty rave’owego revivalu w wykonaniu Howletta – polecam każdemu coś takiego przeżyć, a samo IMD to udane wskrzeszenie legendy i powrót do dźwięków dzięki którym Liam i spółka zasłynęli w latach ’90.
4. Kasabian – West Ryder Pauper Lunatic Asylum
Na Kasabian wieszano już psy, że niby nie nagrają dobrego albumu, że niby dobre single to jedyne na co ich stać, a tu mamy największa brytyjską rockową niespodziankę. Buńczuczni muzycy którzy od zawsze marzyli by stać się zespołem wielkim, zrobili krok ku spełnieniu swych marzeń – wykroili cholernie klimatyczny twór z singlami i nie tylko. Świetne hooki, odważne eksperymenty, niesamowity wokal, to wszystko spowodowało, że nie tylko słuchacze w Europie ich pokochali – znaleźli fanów wśród takich nazwisk jak Tarantino czy Guy Richie, którzy chętnie usłyszeli by ich w swoich filmach.
3. C-Mon & Kypski – We Are Square
Uwielbiam takich muzyków – cholernie utalentowanych, otwartych, pomysłowych i inteligentnych – fakt, wielu takich nie ma, jednak w niewielkiej Holandii co drugi taki jest. Gdybym mógł napuścił bym jakiś międzynarodowy hajp na nich, ale takiej mocy nie mam, jednak przynajmniej Wam mogę ich wcisnąć. Ten krążek to dosyć duża zmiana w stosunku do ich wcześniejszych wydawnictw – więcej żywego grania, więcej wokali. Jedno nie uległo zmianie, to nadal zdrowa zabawa stylistykami, muzyka na tym krążku to coś, czemu nie sposób przylepić łatkę. Choć na upartego, czemu nie – modern world music okraszone przepalonym poczuciem humoru ^^.
2. Moderat – Moderat
Kiedy w wakacje usłyszałem „A New Error” na trójce, zmęczony, w drodze z roboty o godzinie bodajże 3 w nocy, poczułem się jak w niebie. Ja i mój kumpel zamilknęliśmy na kilka minut podczas odsłuchu owego kawałka i nie ogarnialiśmy zupełnie. Pierwszy raz słyszałem tego typu muzykę (który to raz w tym roku?) i z miejsca ją pokochałem. Później wszystko potoczyło się szybko, poszukiwania niejakiego Moderatu w necie i odsłuch płyty która okazała się na tyle dobra aby znaleźć się w czubie mojego podsumowania. Plastik z duszą.
1. Karnivool – Sound Awake
Cztery lata. Tyle trzeba było czekać na następce Thematy, jeśli w takim tempie będą nagrywać kolejne albumy to szybko się zestarzeją, dyskografię będą mieli ubogą acz wypełnioną samymi cudami, no i nikt spoza Australii o nich nie będzie wiedział. Kolesie nagrywający na drugim końcu świata dobrze wiedzą co jest teraz modne, kumają muzykę jak nikt inny. Wiedzą gdzie przywalić, kiedy zwolnić i robią to z takim smakiem iż zaczynam myśleć, że Comatorium Volty to nie jedyny błysk w oku staruszka co się zowie „progressive rock”. Jeśli moje pierwsze zdanie zakrawa pod śmieszność, to ja zwracam honor chłopakom z Karnivool i życzę im, aby mój scenariusz dla nich nie spełnił się w 100%.
Utwór roku
Chyba wiecie co tu będzie. A New Error to magia w stylistyce która wcześniej mnie nie czarowała.
Teledysk roku
Duet singli Karnivool okraszony kontrastującymi klipami. Tak naprawdę ta płyta to jeden wielki kontrast.
Wydarzenie roku
Proste. Koncerty – Opener i Woodstock to zdecydowanie dwie największe muzyczne imprezy w Polsce, a ja na nich byłem z zajebistymi ludźmi. Czego chcieć więcej?
Zawód roku
Tu będzie ciężko. Z mojej strony w kierunku kilku kapel chyba coś przestało pykać, tu mam na myśli Mastodon i The Mars Volta. Aczkolwiek bardzo możliwe, że kolejne ich dzieła coś zmienią – nie wiele trzeba by tak było – powrót szaleństwa, to tyczy się obu kapel.
Teraz jeszcze zapodam sprostowanie/legende, hmm sam nie wiem jak to nazwać – otóż jak to jest, że w topce znalazło się „to” a nie „tamto”. Aby skroić podsumowanie, zestawiłem sobie około 30 krążków z tego roku, 30 lpeków w których były rzeczy bardzo dobre i dobre, a kwestia tego co się tu znalazło rozchodzi się głównie o czas obcowania z danym albumem, bądź jak w przypadku Placebo i The Prodigy – obecność na koncertach. Więc alternatywnych topek mógłbym wam bazgrnąć jeszcze co najmniej dwie, a albumy w nich zawarte nie ustępowały by w moim mniemaniu opublikowanemu podsumowaniu – no może z wyjątkiem podium. Aczkolwiek to czas był wrogiem więc macie Gadzie Top 10 takie a nie inne.


















czyli kąwerż jest niekwestionowanym liderem rankingów winyla, pojawił się w trzech i o jeden wyprzedza te, które pojawiły się w dwóch. ;p
chyba, że prodigy też 3 razy się pojawiło, bo często mi migali. w każdym razie, obcykam z tego podsumowania to i owo.