Druga strona barykady: Nagrywanie
Napisany 4 lut 2010 przez Nikołajewicz | Napisane w inne | Otagowane felieton, inne | 6 komentarzy »

Garść przemyśleń na temat czegoś, czym żyje wielu młodych ludzi nad Wisłą i nie tylko. W grupie fanów muzyki zawsze znajdzie się kilku hardkorowców, nieświadomych dalszych konsekwencji desperatów, którzy nie mają co robić z pieniędzmi rodziców, ale mają za to marzenia ukierunkowane na konkretny target. Akurat tak się trafiło, że jednym z tych pomyleńców jestem ja. Felieton o graniu tak zwanym amatorskim…
Przyjrzyjmy się procesowi nagrywania. Odrzućmy wynajmowanie dziecięcych chórów, orkiestr symfonicznych, nagrywanie z najlepszymi producentami – skupmy się na studyjnej defloracji, pierwszym razie z aparaturą nagrywającą. Wszak gra nie idzie o pietruszkę, bo chodzi tu o nagranie płyty demo, mającej zapewnić zespołowi rzeszę fanów i wytwórnię, która wyda debiutancką płytę, która to z kolei rzuci na kolana cały kraj, i tak dalej…

Skoro już padła idea “nagrywamy!” to warto wybrać piosenki, które trafią na nasze demo. Jesteśmy na tyle pewni siebie, że nagramy cały swój repertuar (pięć utworów, to już piętnaście minut muzyki!), a jak humory dopiszą to nawet kawera jakiegoś machniemy – „Pasażera” z polskim tekstem, bo to proste jest czy tam „Maturę” Farben Lehre, bo przy tym na pewno będą chcieli się bawić na koncertach. Kolejnym pytanie brzmi “jak to zrobić?”. Och, jesteśmy tacy indie, zrobimy to sami, w domu! Tak więc pierwsze demówki swojego pierwszego poważnego zespołu (a imię jego TMK, teoretycznie grał ska rocka, w praktyce bywało różnie) nagrywałem w różnych dziwnych miejscach – na przykład w pokoju gitarzysty, ścieżki bębnów tworząc w FL Studio (bo sąsiedzi są tolerancyjni, ale do czasu wstawienia perkusji do pokoju). DIY na sto procent – filtrem łapiącym głoski wybuchowe (takie jak ‘b’ lub ‘p’) były rajstopy siostry ówczesnego gitarzysty (a za obręcz na nie robiło jakieś kółeczko, bodajże do haftowania). Do tamtych nieco partyzanckich czasów mam sentyment, ale oczywistym jest, że człowiek nie ma ochoty do usranej śmierci dogrywać się do perkusyjnego trupa i wyć do mikrofonu, kiedy za ścianą rodzice oglądają dajmy na to “Top Gear”. Albo Kubicę. Albo szczypiornistów.
W nowym zespole odstawiliśmy piwo na czas nagrywek i przenieśliśmy się… do mojej piwnicy. Tam już nie mieliśmy żadnych ograniczeń – sąsiadka mogła próbować szczęścia ze swoimi petycjami o
interwencję policji, mogliśmy być słyszalni ulicę dalej – nam to nic nie szkodziło (i moim rodzicom też nie, za co należy im się mnóstwo szacunku). Parę słów o samej piwnicy: było to pomieszczenie o wymiarach piętnaście metrów kwadratowych na metr pięćdziesiąt wysokości. Było tam dość chłodno, co w środku lata 2007 było dość zbawienne. Sesja w Koc Plazy (bo taki przydomek otrzymało nasze małe miejsce) pretenduje do miana jednego z najbardziej mistycznych przeżyć na naszej drodze. Atmosfera beztroskiej, tygodniowej sesji w podziemiach na obrzeżach miasta w połączeniu z badziewnymi mikrofonami na nietuzinkowych statywach (‘mamo, Twoja miotła jest wspaniała!’) dała naszym nagraniom niepowtarzalne, prawdziwie undergroundowe brzmienie lo-fi. Jednakże to był ostatni odcinek moich przygód z takim dziwnym nagrywaniem, bo w czasach Koc Plazy pojawiło się więcej koncertów, parę osób nas poznało, i jakoś to wszystko zaczęło się wokół Chris June kręcić.
Teraz zapomnijmy o niewygodach, niskich sufitach, nagrywaniu na lekkim rauszu i zadajmy sobie pytanie nieco egzystencjalne: więc jak to jest w końcu z tym nagrywaniem? Przyznaję, że tak naprawdę do tematu sesji z moim udziałem mam bardzo ambiwalentne podejście. Ciężko jest, cholernie ciężko, ale porzućmy trudy fizyczne na rzecz opowieści o tym, co łechce muzyków: wrażenia estetyczno-duchowe. Ważne jest podniecenie samym procesem rejestracji własnych myśli. Tu i teraz tworzy się coś, co uczyni nas względnie nieśmiertelnymi – skoro mam się kiedyś w proch obrócić to chociaż empetrójka po mnie zostanie i kto wie, może za pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt lat ktoś ją usłyszy. Wracam zmęczony po kilku godzinach słuchania tych samych fragmentów perkusji czy gitar, a i tak w domu biorę do ręki własne wiosło czy włączam klawisze i gram. Zawsze przyjdzie coś do głowy. Ale samo wbijanie ścieżek… W mgnieniu oka serce moje, perkusisty czy gitarzysty staje się jedynie paskiem fali większych lub mniejszych. Paski układają się jeden pod drugim, z dokładnością co do milisekundy. Chirurgiczna precyzja, trochę jak domino – bo jak choćby na sekundę coś się sypnie to już cała reszta zaczyna się rozjeżdżać. Sekcja rytmiczna – nazwa zobowiązuje i mimo dziesiątek żartów o tejże muszę mieć w sobie choć odrobinę dumy. Bo bez basu to wiecie jak jest – a jak nie wiecie to wyobraźcie sobie jedzenie bez jakiegokolwiek smaku. Pompatycznie? Może trochę, ale ja i moi koledzy często traktujemy własne piosenki jakby były naszymi dziećmi – nawet jeśli w fazie “płodzenia” wyglądają tak…

…i po sześciu czy siedmiu godzinach wpatrywania się w takie paseczki momentalnie odechciewa się wszystkiego.
Po tak romantycznym opisie warto trochę zejść na Ziemię i wspomnieć o drugiej stronie medalu. Taki amatorski zespół w studio nerwowo spogląda na zegarek (bo przecież nie mamy tauzenów na koncie, co to by polskie Chinese Democracy wysmażyć), stres, zmęczenie, podejścia powtarzane aż do znudzenia. Pływamy tempem, jeszcze raz. Za mocno uderzyłeś w strunę i zrobiło się brzydkie kliknięcie, jeszcze raz (czasem nawet kompresor nie pomoże). Dokładne strojenie – zło, bo na koncercie mogę przymknąć oko na to milimetrowe odstępstwo od normy wskazywanej przez tuner – a na sterylnych nagraniach od razu to wyjdzie na jaw… Terminy gonią, cierpliwość czasem się wyczerpuje, a jak na złość im bardziej się człowiek spina tym gorzej mu idzie. I jeszcze te wszystkie sprawy finansowe – chociaż na etapie grania za piwo albo wpływy “z bramki” wypadałoby porzucić rozmyślania nad tym, czy pieniądze wydane na nagranie epki (bo termin ‘EP’ jest ładniejszy niż ‘płyta demo’, prawda?) kiedykolwiek się zwrócą. Wydajmy ponad trzysta złotych, bo to i tak mało – niektórzy za takie demówki płacą dużo więcej, poświęcając na jeden utwór całą dobę i inwestując sumy trzycyfrowe.
Mniej więcej tak to widzę z perspektywy tych kilku lat, które miałem przyjemność spędzić jako element amatorskiej sceny w moim mieście. Mam nadzieję, że felietonem zbytnio nie znudziłem i choć trochę oddałem klimat tej odrobinę absurdalnej walki o swoją szansę. Historyjek związanych z raczkowaniem w okręgowej lidze muzycznego biznesu znajdzie się jeszcze kilka, więc może kiedyś…





Boziu, wreszcie coś fajnego, a nie jakaś przealternatywna recenzja przealternatywnej płyty
.
MOAR!
Niko zawsze spoko
Świetny artykuł. Sporo się można dowiedzieć. Żałuję tylko, że z racji tego że pracuję w pojedynkę i ograniczam się do pracy “studyjnej” nie mam aż tak bogatych przeżyć związanych z kreaturowaniem muzyki. Ale generalnie super, czekam na więcej
Hę, skądś znam te historyjki, tylko w moim przypadku może były skromniejsze, za to większa była suma, jaką trzeba było wydać, na wysmażenie 4 kawałków demo z dupnym masteringiem, który de facto później musieliśmy dokończyć sami – i nie zrobiliśmy tego xD Ino ceny za studio wyższe, ale to, znam z doświadczenia, powód taki, że to Wrocław przyjacielem muzyka jest (ah, jakie tam tanie i zajebiście wyposażone salki są!). Nie to co u nas, Panie.
Oj nie wiem, nie wiem. We Wrocławiu coraz drożej, chociaż ostatnio nagrywaliśmy w Młodzieżowym Domu Kultury za 35zł/h. Taniej nie znaleźliśmy
Klucze/Olkusz – godzina studia ~250/300zł.
Macie tanio jak barszcz.
fajowo macie i tyle. gdy porzuciłem swoje marzenie o zostaniu w przyszłości paleontologiem, to stwierdziłem, że muszę grać w zespole. no i chuj niestety.