W tym tygodniu poleca… Eskopado #3
Napisany 14 lut 2010 przez eskopado | Napisane w inne | Otagowane inne | 5 komentarzy »
To już dzisiaj. Walka dobra ze złem, czyli dyskusje przeciwników ze zwolennikami, lub na odwrót – zwolenników z przeciwnikami. Nie oszukujmy się, takich emocji nie wywołują nawet święta Bożego Narodzenia i, jak co roku, ‘ich sztuczny klimat, sztuczne uśmiechy, durne tradycje, niepotrzebne wydatki’. Ale barszcz z uszkami by się zjadło, nie? Dajmy walentynkom żyć, a to, że mamy je w czterech literach i generalnie obsysają… Doceńmy przynajmniej ich moc oddziaływania – samoistnie przeniosły poniedziałek na niedzielę, przez co już dzisiaj możecie przeczytać co tygodniową rekomendację. Oczywiście będzie słodko, ckliwie i full of love mimo, że piosenki o miłości mogą ci nie wyjść na zdrowie.
Dla ucha
The New Pornographers – Mass Romantic
Panowie i panie z New Pornographers, to zadziwiająco płodne i kreatywne istoty, które mają już na koncie pokaźną liczbę albumów solowych, projektów pobocznych, występów gościnnych i są już całkiem blisko odkrycia tajemnicy nieskończoności, ale Mass Romantic wciąż uchodzi za ich szczytowe osiągnięcie, będące aktualnie nawet poza ich zasięgiem. Rudowłosa Neko swoimi partiami śpiewanymi zamienia wodę w wino, Newman (też rudy) trzyma rękę na pulsie i komponuje indie-ideały, Bejar mimo, że nie rudy, to ochoczo mu w tym pomaga, a reszta wesołej gromadki spaja całość w radosny monolit. Przy tym nie da się nie uśmiechnąć. Wzorowy przykład na idealne refreny, bujające zwrotki i melodie-ze-łba-nie-wypadające; daj Bóg im zmysł i siłę, aby tegoroczne Together chociaż w połowie było tak dobre jak Mass Romantic fool, separated by sheets when the curtain calls you, speaking on the themes of stolen virtue. Zgadza się, ich teksty, chociaż świetnie brzmią, w większości przypadków nie mają większego sensu, co z resztą potęguje tylko wrażenie ‘trzech dni z życia nastolatka’, które bije z ich muzyki na kilometry.

My Bloody Valentine – Loveless
Otwarcie i rozpoczęcie rozmowy jest jak nasionko, które zasadzasz. Jeśli dobrze je posiejesz i będzie ono zdrowe, to o wiele, wiele łatwiej będzie Ci wyhodować duże i zdrowe drzewo. Cytat ten pochodzi z tej oto strony, poświęconej złotym ‘poradom’ dla osób nie dość, że samotnych, to jeszcze na tyle zdesperowanych, iż szukają rozwiązania na ten problem w internecie. In-ter-ne-cie! Dlatego ja, idąc tym tokiem rozumowania, polecam metodę podrywu ‘na Loveless‘, prawdopodobnie równie skuteczna, co te opisane w linku powyżej, ale wyobrażenie sobie tego – bezcenne. Młody człowiek zaprasza swoją koleżankę do siebie pod pretekstem zaległości w fizyce i ‘fajnie by było, jakbyś mi dzisiaj to wytłumaczyła’. Niczego się nie spodziewająca dziewczyna przychodzi o umówionej godzinie do mieszkania kolegi, który to już przy wejściu macha jej przed oczyma okładką Loveless, a następnie naciska play i już pierwsze dźwięki “Only Shallow” rozpalają w niewieście namiętności do tego stopnia, że zrywa sama z siebie odzienie i krzyczy ‘róbmy miłość!‘. Nie trzeba się polubić z tym ‘nudnym jazgotem w ramach egzotycznie nazywającego się gatunku ’shoegaze”, ale poznać wypada i chociaż bardzo chciałbym napisać coś więcej o tej wspaniałej, intymnej płycie, to na tym poprzestanę. Tutaj został temat wyczerpany.

The American Analog Set – Know By Heart
Explosions in the Sky, czyli idealny przykład zespołu ‘środka’ w swoim gatunku. Wszystko, począwszy od nazwy, poprzez tytuły płyt i utworów, a na muzyce kończąc, brzmi jak stworzone w Post-rock Music Generator v1.09, ale trzeba im przy tym oddać to, że mają niezłe okładki, a i potrafią nas uraczyć od czasu do czasu ładnymi motywami. Przykład? “First Breath After Coma” na wysokości około 2 minuty i 30 sekundy, albo… W sumie nie ważne. Ważne, że gitarzystą w EitS jest Mark Smith, który to w nieco innej roli udziela się również w polecanym dzisiaj przeze mnie zespole. O ile ci pierwsi mogą być traktowani jako lek na bezsenność, tak Know By Heart American Analog Set nie chce nas uśpić, a jedynie wyciszyć i stworzyć odległe tło do ‘kontemplacji konstelacji gwiazd’ wraz z drugą połówką (nie wiem jak to zrobicie, ale co mnie to). Kwiatuszki kwitną, gitarka gra, pianinko plumka, wokalista śpiewa jakby przez sen, a całość unosi się 30 centymetrów ponad chodnikami, takie ciepłe i łagodne, że w materialnej formie rozpadłoby się przy najmniejszym szturchnięciu. Nie wiem przy jakiej muzyce teraz świeżo zakochani ‘odpływają’ myślami, ani gdzie odpływają (pewnie na Pandorę), ale w razie czego, to Know By Heart chętnie im potowarzyszy.

The Magnetic Fields – 69 Love Songs
Na początku trzeba postawić sprawę jasno, żeby potem nie było niespodzianki. Tytuł (swoją drogą przezabawny i w ogóle) nie kłamie. Tak, na 69 Love Songs znajduje się 69 miłosnych piosenek o łącznej długości oscylującej w okolicach 3 godzin. W zasadzie te wydawnictwo rozwiązuje kwestię ’szukam jakichś fajnych kawałków o miłości’, bo trzeba wam wiedzieć, że oprócz zapełnienia 3 płyt ckliwymi utworami, Stephin Merritt i jego kompania na prawdę się do tego przyłożyli i jest ‘fajnie’. Przyzwoite lub dobre piosenki następują po sobie jak pojebane, te słabsze są trudne do zauważenia, a znakomite… Znakomitych nie ma, bo i po co, skoro jest kilkadziesiąt dobrych. Wypada też wspomnieć, że Merritt jest daleki od poważnego podejścia do sprawy (patrz tytuł) i raczy nas miłosną tematyką z dystansem, przymrużeniem oka, wyśmiewając to i owo, a przy okazji mając pewnie niezły ubaw z instrumentami. Co, zaintrygowałem? Proszę bardzo, oto rola Stephina na 69 Love Songs (za wikipedią): vocals, Digitech vocalist, Roland harmonizer, vocoder, ukulele, baritone ukelele, Kaholas ukelele, Admira classical, acoustic-electric 12-string guitar, lap steel, fado guitar, bass guitar, mandolin, autoharp, Marxophone, ukelin, tremeloa, violin-uke, sitar, zither, violin, musical saw, keyboards, synclavier, Moog Satellite, piano, harmonium, Wurlitzer electronic piano, organ, rhythm units, recorder, ocarina, pennywhistle, Maestro wind synthesizer, Hohner melodica, Paul Revere jug, rumba box, xylophone, kalimbas, Radio Shack 75-in-One Project Kit, drum kit, cymbals, rain stick, chimera, maracas, conga, bongos, triangle, bells, tambourine, washboard, steel drum, Chicken Shakers, finger cymbals, springs and Slinky guitar, pipes, bamboo harp, spirit chaser, sleighbell, fingersnaps, thunder sheet, cabasas, cowbells, gong.
Dla oka

(500) Days of Summer
Można spędzić ten walentynkowy wieczór oglądając wraz z dziewczyną filmy Tarkovskiego. Można. Warto jednak okazać litość, spojrzeć jeszcze raz na kalendarz i zapunktować u swojej lubej, proponując jej lekkostrawną historię chłopak-poznaje-dziewczynę o komediowym zabarwieniu. (500) Days of Summer jest niewątpliwie lekkostrawnym dziełem, niewątpliwie opowiada o chłopaku, który poznaje dziewczynę i niewątpliwie posiada komediowe zabarwienie, but you should know upfront, this is not a love story. Wszelkie problemy głównych bohaterów biorą się z faktu, iż mają zupełnie inne podejście do związków damsko-męskich – on, wychowany na muzyce The Beatles, Pixies i Joy Division, wierzy w prawdziwą, nieskazitelną, wieczną, romantyczną, bla bla młody Werter, miłość; ona z kolei preferuje niezależne, wolne od zobowiązań życie. Oczywiście owa para zostaje parą z prawdziwego zdarzenia, ale jak sobie z tym radzą, to już inna sprawa. Coś musi ten film wyróżniać od innych tego typu, wszak samce generalnie gardzą gatunkiem ‘komedie romantyczne’ i pokrewnymi, a właśnie wśród nas, chłopów, (500) Days of Summer zbiera zaskakująco dobre opinie. Po pierwsze – zaburzenie chronologii wydarzeń (kontrast kiedyś-teraz), mieszanie konwencjami (jakieś paradokumentalne wstawki) i eksperymenty (‘rzeczywistość-oczekiwania’). Po drugie – muzyka i jej rola w filmie (oprócz tego, że jest, to jeszcze jest istotna). Po trzecie – samiec w roli ofiary (!). Po czwarte… Po czwarte jest zabawnie (na początku), jest smutno (potem, potem, potem), jest banalnie, ale zakończenia i tak nie odgadniecie.






Dobra, przekonałeś mnie. Do tej pory olewałem “Loveless” ciepłą żółcią, lecz teraz w końcu się skuszę.
Loveless wiadomo, ale nie oszukujmy się – ile znacie dziewczyn którym to się spodoba? Mówię o realy ; )
Przegląd śmierdzi indie na każdym kroku (3h indie to pewnie wyobrażenie piekła dla Nooka), co nie znaczy że nie jest zajebisty. Zachęciłeś.
A 500 Days of Summer wiadomo, dobry film.
Kurde AmanSet to chyba tak pode mnie się tu znalazło ^^
Reszty nie znam, albo jak w przypadku Loveless, nie chce znać.
Miło widzieć lubianą przez siebie pozycję, do tego mimo wszystko undergroundową, w zestawieniu innego pismaka z bloga
muzycznie nic dla mnie, a film faktycznie bardzo dobry i polecam rowniez.
indie rock mnie zawsze w jakiś sposób interesował, sprawdzę te albumy, dzięki.
a 500 days of summer to jeden z niewielu dobrych romantycznych filmów, które oglądałem. od czasów Titanica w 3 klasie podstawówki się tak nie wzruszyłem. serio, polecam.