Dmuchawce, latawce… Płonące sterowce.
Napisany 16 lut 2010 przez renegad | Napisane w inne | Otagowane felieton, inne | 6 komentarzy »
Ostatnio brakuje mi witamin. Ale brakuje też cukrów, magnezu i innych życiodajnych substancji. Prowadzę z lekka destrukcyjny tryb życia. Gdyby Mołs* zdecydował się na stworzenie sekty, reklamowanej hasłem „Mam wyjebane na 100%”, byłbym jego prawą ręką. Ba! Może nawet zrobiłbym jakąś konkurencyjną akcje.
Dlaczego o tym piszę? Być może dlatego, że w kwiecie kariery panowie o których coś tu będę chciał napisać, kierowali się podobnymi „zasadami”, no i witaminki to pewnie jedyne czego im brakowało. Niesławna śmierć jednego z filarów tego składu, niech posłuży jako przykład, istnego melanżu gnającego ku zatraceniu.
Okres na przypomnienie, jaką to dziadki muzykę kiedyś grali, wydaje się być idealny. Idealny z kilku względów. Dave Grohl zrozumiał, że dobrym pomysłem na przyciągniecie jeszcze większej rzeszy słuchaczy, będzie współpraca z „nazwiskami”, co równa się stworzeniu supergrupy. Zaś filmowcy z kolei, iż sukces “Shine A Light“, “This Is It” czy nawet “Control“, to znak, że warto przypomnieć ludziom o legendach muzyki. Wiadomo, że za wszystkim stoi kasa, więc Grohl ściągnął Jonesa bo to „Zeppelin”, z kolei nazwisko Page robi swoje – nie ma sensu rozwodzić się nad tym kto do kina pójdzie, czy to będą pasjonaci gitary, czy może target widzów nieukierunkowany muzycznie.
Zeppelini znowu są na ustach, ostatnio nawet nasza poczciwa „trójka” wyemitowała dość duży program dotyczący Planta i spółki. Ja sam od kilku zdań zastanawiam się co tu uciułać by udźwignąć ciężar pisania o legendzie. Chwalenie wydaje się być podejściem zbyt oklepanym, krytykować, z kolei, za co?
Ciekaw jestem czy wśród tych którzy na Winyl zaglądają, są tacy którzy przed Led Zeppelin się uchowali. Ciekawość każe mi to sprawdzić, tak więc wpis dedykowany tym, którym jakimś cudem tatuś za młodu nie wciskał „Stairway To Heaven” jako kołysanki.
Zaczynamy od razu z grubej rury, a jakże by inaczej! Oni przecież tak zrobili. Rok 1969. Ach, co to był za rok dla muzyki rockowej. Debiut King Crimson, Abbey Road Bitli, Woodstock no i I Zeppelinów. To było granie które w pewien sposób zaskakiwało. Wszyscy w koło bluesowali, bądź brzdąkali coś na gitarkach, jednak bali się to robić głośno. Pan Page miał chyba wtedy, jak my to potocznie nazywamy – „wyjebane” i w takim pierwszym z brzegu “Good Times Bad Times“, dokłada innym gitarom na poletku ciężaru, głośności, czy nośnej riffowni.
Jimmy jak na tamte czasy był naprawdę świetny technicznie, miał dryg do riffów, śmiało mieszał blues z ostrzejszym sznytem; ale tworzył też eteryczne pejzaże za pomocą techniki slide. Stary zawsze mi tłumaczył, że Page ma “brzmienie z łapy”, że gitara się go słucha – coś w tym jest. Na I ciężko doszukać się rzeczy słabych, choć żyli w innych czasach, myśleli bardzo współcześnie, obok szybkich gitarowych jazd, ładnie zestawili blues “You Shook Me” w którym Plant „rozmawia” z gitarą Page’a, czy dziką psychodelię “Dazed & Confused“, w której to panowie sięgają muzycznego nieba, a to przecież debiutancki album! “Black Mountain Side” choć nie wyszedł spod pióra Zeppelinów, to jednak zagrany pięknie na akustyku, pokazuje troszkę inne wcielenie Jimmego, kto wie czy nie lepsze. O punkowym “Communication Breakdown” już nie wspominam. Album pięknie wieńczy, wielowątkowe “How Many More Times“. Panowie cztery dekady temu wykroili album, który zachwyca po dzień dzisiejszy i pewnie długo to jeszcze będzie robił – taka dola klasyków.
Teraz szok! 1969 rok i drugi album, kolejne 40 minut muzyki. Dwójka podobnie jak debiut zaczyna się kapitalnym utworem, co jak się później miało okazać – było normą u tych panów. O “Whole Lotta Love” napisano już wiele, ja dodam tylko, że to taka wizytówka zespołu – tekst oscylujący wokół tematu miłości, riff taki, że o Boże, no i Bonzo.
Jonha Bonhama aka Bonzo, nie miałem jeszcze okazji tu przedstawić, a wydaję mi się, iż to idealny moment. Spróbujcie nakreślić ideał perkusisty rockowego. Pewnie będzie to wyglądało mniej więcej tak – szybki, potrafiący łamać rytm, przy czym nie gubiący się w jakiś niuansach. Do tego dodać groove, którego wielu perkusistów szuka i mamy ideał. Bonzo tłukł w bębny z cholerną pasją, jego nośne kawalkady dodawały muzyce Led Zeppelin jeszcze większego animuszu. Facet zainspirował całą rzeszę znanych pałkerów, z Wilkiem i Theodorem na czele, jednakże w moim mniemaniu to nadal niedościgniony wzór jeśli chodzi o rockowe bębny. John na tym albumie ma swoją pokazówkę, czyli osławiony “Moby Dick“, w którym to daje upust swojej fantazji i umiejętnościom, grając partie bez pałeczek.
Dwójka to też “Heartbreaker“, czyli klasyczny już riff i coś, co zaskakuje każdego podczas pierwszego odsłuchu, czyli nagłe urwanie głównego motywu piosenki i wejście ciszy, na której tle, Page śle solo w eter. Pomysłowość aranżacji to była jedna z największych zalet tych muzyków, umiejętności mieli na tyle duże, iż potrafili swobodnie oscylować wokół wielu stylistyk przy czym nie gubili pierwiastka siebie.
Zeppelini na fali popularności wypuścili w 1970 roku kolejny numerowany krążek, jednak już nieco inny, spokojniejszy, choć otwierający album, galopujący “Immigrant Song” może być nieco mylący. Mamy tu szybką jazdę pośród której wyróżnia się sekcja, a zwłaszcza bas – tu momenty chwały ma Jones i jego klangowany motyw. Na trzecim krążku widać kontrast w sferze tekstowej, Plant równie dobrze potrafił śpiewać o pierdołach typu imprezki, panienki, ale też opowiadał historie oparte o legendy. Ten zabieg stosował również na innych albumach, vide Tolkinowskie “Ramble On” z II i “The Battle Of Evermore“ z IV. Co najlepsze, Zeppelini brzmieli zaskakująco przekonująco w tego typu stylistyce.
Pisząc, że III jest spokojniejsza od poprzednich płyt, nie miałem na myśli smęcenia, czy jakiegoś balladowania, choć spokojne utwory też tu się znajdują (kapitalnie zaaranżowane “Friends“). Tyle tylko, że tu bardziej o produkcję się rozchodziło, użyto również nowych instrumentów, takich jak mandolina czy harmonijka ustna, co jednoznacznie kojarzyło się z spokojniejszym graniem.
W przypadku Led Zeppelin częste koncertowanie przekładało się na materiał albumowy. Mianowicie aby urozmaicać swoje koncerty, panowie często wplatali nowe elementy do utworów które już wcześniej znajdowały się na albumach. Często improwizowali, takie posunięcia pozwalały im na wyłapywanie motywów z których niejednokrotnie tworzono później nowy utwór. Żeby się o tym przekonać polecam sprawdzić płytę koncertową The Song Remains The Same, gdzie znalazło się min. półgodzinne “Dazed & Confused” czy trwające bez mała kwadrans, “Whole Lotta Love”.
Kilka słów o IV, choć może powinienem temu krążkowi z racji jego kultowości poświęcić więcej miejsca? Nie ma jednak na to czasu, choć albumów nie nagrali wiele, to jednak niemalże każdy był jakimś spektakularnym wydarzeniem, ciosem w innych próbujących nagrać coś wspaniałego – pokazującym im gdzie ich miejsce. Jak już wspominałem IV to najbardziej znany ich album. Do tego właśnie stwierdzenia przyczyniło się kilka aspektów, min. “Stairway To Heaven”, którego zajebistość nakazywała kupić cały album, vide polityka wydawnicza Zeppów, nie brała pod uwagę czegoś takiego jak single (świetny pomysł pod warunkiem, że jest się pewnym jakości materiału wypuszczanego). Po drugie “Black Dog“, kolejny słynny opener, kolejny riff do opodatkowania, wspomagany pełnym pasji wokalem. Po trzecie aura tajemniczości wytworzona wokół tytułu i miejsca jego powstania – dywagacje na temat czterech symboli znajdujących się na okładce.
Tylko, że IV to nie wyłącznie komercyjny sukces i świetnie zaplanowana kampania marketingowa (aż dziw bierze, że 40 lat temu nad czymś takim się zastanawiano), siła albumu oparta jest na zgrabnej mieszaninie folkowych naleciałościami z hard rockiem. Jedno i drugie panowie praktykowali wcześniej, jednak tu stężenie kapitalnego songwritingu sięga zenitu.
Ja osobiście chciałbym skupić się na trochę niedocenianym utworze, jakim jest “When The Levee Breaks“. Jest to kawałek kończący album, w zasadzie suita, ale nie to jest ważne. W ciągu tych 7 minut, ogarnianie kopary z podłogi to czynność zbędna. Ja nie wiem jak oni to zrobili, to jakiś ideał, coś do czego nagrania dąży każdy zespół, a tylko nielicznym się udaje. Zero zbędnych dźwięków, pieprzony epic win! Kurde, aż się podnieciłem. Niewiele utworów mogę słuchać na zapętleniu, aczkolwiek to jest jeden z wyjątków. Po czymś takim mogli zawiesić działalność i odejść w glorii chwały, jednak tego nie zrobili i… chwała im za to.
Takim akcentem ci muzycy zakończyli serię numerowanych albumów i oddali się w wir koncertowania, by po dwóch latach powrócić z płytą Houses Of The Holy. Był to powrót jak najbardziej udany, album zróżnicowany brzmieniowo i stylistycznie. Z jednej strony kipiący energią rozbuchanych hard rockowych jazd, w stylu The Song Remains The Same, czy dedykowany fanom “The Ocean“, w którym to znalazł się jeden z najbardziej kojarzonych Page’owych riffów.
Drugie oblicze tej płyty to nieco bardziej eksperymentalne granie – poszukujące, że tak powiem. Takie np. “The Rain Song” – rozmarzona, epicka, akustyczna ballada (określeń można by przypiąć jeszcze wiele), z świetnymi wątkami orkiestrowymi w tle. Jest też romans z reggae, czyli “D’yer Mak’er” (ponoć czytając tytuł wychodzi “dżamajka”), no i słynny progresywny “No Quarter“, w którym na koncertach wielkie umiejętności gry na klawiszach pokazywał Jones. Pośród wszystkich tych utworów, znajduje się również zabawne “The Crunge“, z przypominającymi akordeon, organami. Sam pisząc o tej płycie nie mogę wyjść z podziwu, że to już piąty studyjny album bez wyraźnej wpadki, praktycznie wszystko im wychodziło, aż głupio na siłę do czegoś się czepiać.
Tak oto trzymając się postawionego sobie celu, dochodzę do Physical Graffiti. Tu będzie chyba najciężej pisać, bo to album dwupłytowy – jedyny taki w dyskografii Led Zeppelin. Album wydany dwa lata po Houses Of The Holy w nowej, własnej wytwórni. Z racji tego, że to aż 80 minut muzyki nie będę skupiał się na każdym utworze tylko wyłapię absolutne perełki. Tak więc płyta pierwsza jest nietykalna, coś jak objawienie boskie. Od rozpoczęcia w postaci bujającego trzewia “Custard Pie“, po kończące orientalno-epickie “Kashmir“, serwowane nam jest muzyczne niebo w postaci riffów (“The Rover, Houses Of The Holy“), improwizowania (“In My Time Of Dying“ w której Page użył technikę slide, o której wspominałem wcześniej), oraz eksperymentatorstwa (“Trampled Under Foot” – czy tylko ja tu słyszę Talking Heads?). Tego się panowie nie bali, najwidoczniej czuli się bardzo pewnie eksperymentując z brzmieniami, stylistykami i wszystkim tym na co pozwalał im, ich zmysł songwriterski. Jakby nie patrzeć byli to muzycy otwarci, chętni poszukiwań i poszerzania hard rocka, który przecież skostniałym gatunkiem nie był.
Druga płyta to jeszcze więcej zabawy, skakanie z ballad na folk (“Bron-Ya-Aur“), z folkowania na jakieś wielobarwne psychodeliki (“In The Light“). Blues, country, nawet taneczne boogie się znajdzie. Recenzent szukający jakiegoś wyłożenia się, srogo się zwiedzie. Miałem nie chwalić a chwalę, zaczyna mi być głupio, choć na usprawiedliwienie podam fakt, że pałam do nich miłością, taką niezaślepioną miłością, bo wad szukam, a nie znajduję. Wiadomo, pod koniec kariery tym panom zachciało się już eksperymentów na dobre, ale po sześciu wyżej opisanych albumach, mieli taki komfort iż mogli nagrywać co tylko chcieli – swoje dla muzyki już zrobili.
Jeszcze sprawa domniemanej reaktywacji, tak się zastanawiam kto chciałby słyszeć jak pomarszczony pan Plant wyśpiewuje linijki z takiego “Babe I’m Gonna Leave You“, czy znajdującego się obok – “You Shook Me”. Tak, tak przed grzechami młodości się nie ucieknie, choć jakie to grzechy? Raczej kwintesencja lat młodzieńczych. To nie są wiecznie młodzi, cudowni chłopcy. Jak wspominałem Plant brzmiał by mało wiarygodnie w swoich pierwszych tekstach, a i siwiuteńki mistrz gitary, tnący riffy na swoim Les Paulu, w kwestiach wiarygodności, lepiej niż Plant na pewno by nie wypadał. Poza tym nie ma Bonzo, gra w wykonaniu jego syna to nie to samo – nie ma tej dziczy.
Dane im było grać i nagrywać w czasach kiedy niemalże wszystko było dozwolone, w czasach gdzie pomysły iskrzyły się nagle i nagle bez większej obróbki, znajdowały się na płytach. Szkoda trochę, że nie dane mi było popierdalać w dzwonach i koszulach eksponujących klatę, bo najwidoczniej mam ku temu zapędy. Wiecie, ten tekst to taka nostalgia, tęsknota, a jednocześnie zazdrość, że nie egzystuje w szalonych czasach, a okresie gdzie rzeczywistość trzeba sobie ubarwiać. Niekażdy jest zdolny przetrwać bez wspomagania dekadę, w której to czci się „kolędy” w stylu Radiohead.
Myślę, że na tym zakończę, choć mógłbym jeszcze napisać, jakim to kapitalnym utworem rozpoczęli Presence i dodać wiele innych motywów, przemyśleń czy głębokich podniet, na temat ich nieziemskiego talentu. Zeppelini to dowód na to iż tytani chadzali kiedyś po świecie, spuściznę pozostawili taką iż ja – fan pięknych dźwięków, nieważne jak skonstruowanych, pływam w ich dyskografii jak w jakimś puddingu. Koniecznie waniliowym.
* Mołs/Moose - jeden z użytkownikó naszego forum.






Wyjątkowo dobry artykuł. Gdybym nie znał Planta i s-ki, to bym chętnie poznał, ale niestety poznałem i już nie mam zamiaru do nich wracać. No cóż…
Zajebisty artykuł! Zgodnie z tym co napisałeś – Zeppów wcisnął mi ojciec, a na początek oczywiście dał ‘Stairway To Heaven’. Potem zapoznawałem się z jakimiś pojedynczymi trackami, obowiązkowo ‘IV’, a jeszcze jedną fazę na poznawanie Zeppów miałem po usłyszeniu ‘No Quarter’ w wykonaniu Toola, kiedy to mój ojciec ze zdziwienia nie mógł wyjść, że ktoś się porwał na bezczeszczenie muzyki LZ
Nie jestem wielkim znawcą dyskografii, choć takową posiadam (właściwie mój tato), ale wydaje mi się, że po lekturze tego artykułu coś w tym kierunku poczynię
Świetny artykuł o jednej z najlepszych kapel rockowych jakie kiedykolwiek grały!
Zdecydowanie Twój najlepszy tekst. Oby tak dalej.
Nie wiem, czy ktoś wprowadzał korekty do tekstu, ale jesli nie – to kurcze, nie można było tak napisać wcześniej?
Sama treść nardzo w porządku, mam tylko brzydkie skojarzenia z “bycie prawą ręką Mołsa”, ale to u mnie normalka :s
Ja wprowadzałem, ale po pierwsze było ich bardzo niewiele, a po drugie zrobiłem to już po publikacji i na raty
zacny artykuł, widać, że ’siedzisz’ w sterowcach.
ale, niestety, nie potrafiłem nigdy w pełni się do nich przekonać. szanuję, nawet coś tam lubię, ale generalnie są ‘obok’. może sięgnę po coś głębiej w ich dysko.