W tym tygodniu poleca… Jakub Szwedo! #5
Napisany 1 mar 2010 przez Jakub Szwedo | Napisane w inne | Otagowane inne | 5 komentarzy »

W tym tygodniu raczej lekko i przyjemnie, fani ciężkich brzmień będą zawiedzeni, ale co ja poradzę, że coraz rzadziej mam ochotę po takowe sięgać? Rozpoczął się marzec, śniegi już prawie stopniały, poczuliśmy już początki wiosny – okres radości, nadziei bla, bla, bla… Cieszę się z marca jak głupi, bo chyba pierwszy raz w życiu tak czekałem na cieplejsze dni i ładniejszą pogodę. Mimo wszystko jest jeszcze trochę sennie, nadal wcześnie robi się ciemno, pogoda jest jakby jesienna. Takie też są moje dzisiejsze rekomendacje.
Dla ucha
Jane Birkin & Serge Gainsbourg – Jane Birkin et Serge Gainsbourg
Walentynki już dawno minęły, ale pozwolę sobie o uzupełnienie tej tematyki, o której pisał Eskopado, o jedną pozycje. Jeżeli jakiejś płyty tam zabrakło, to właśnie wspólnego dzieła Serge’a Gainsbourg’a oraz Jane Birkin. Myślę, że jeśli przypomnę o ich najbardziej znanym utworze, to każdy będzie wiedział o co chodzi. Serge został poproszony przez znaną francuską gwiazdę (Brigitte Bardot) o napisanie najbardziej romantycznej piosenki, jaką można stworzyć. Według mnie się udało, a niektórych nawet zabardzo, bo ze względu na swój erotyczny charakter, została ona zakazana w wielu państwach (pamiętajmy, że to była końcówka lat ‘60, czyli akurat w trakcie rewolucji seksualnej). Poza genialnym openinigiem, cała płyta jest również świetna. Bardzo ambitna, jednocześnie łatwo przyswajalna muzyka – trudno nazwać to popem, trudno nazwać rockiem – Francuzi mówią na to “chanson”.

Low – Things We Lost in The Fire
W końcu musiałem zabrać się za tą jedną z najdurniej brzmiących łatek – slowcore. Na szczęście, tak jak się spodziewałem, jest to muzyka bardzo mi odpowiadająca. Łatwo to opisać i zobrazować – wolny, melancholijny rock, bardzo melodyjny i z pięknymi wokalami damsko-męskimi. Takiego czegoś chce się słuchać w ciemne, deszczowe wieczory, lub wracając do domu z jakiejś podróży. Dla wszystkich fanów The xx (mimo, że całkiem inna łatka) jak znalazł. Piękna sprawa.

Morphine – Cure for Pain
Ponieważ nie przepadam za wszelkim łączeniem jazzu z gitarowym graniem, to wydawnictwo zaskoczyło mnie niezmiernie. Większość z takich rzeczy stawia zdecydowanie na jazzową wirtuozerię (zwłaszcza wśród metalowych zespołów), co mnie strasznie denerwuje i sprawia, że nie mogę tego słuchać. Na szczęście Morphine zdecydowało się postawić na ten mroczny, duszny klimat jazzu. Taki wiecie, zakurzony, ciemny bar, szkocka w ręce, barman kielichy czyści, na scenie stoi saksofonista nad którym świeci lekkie światełko i gra, a cała sala patrzy i czuje tę muzykę razem z nim. Morphine to bardzo, bardzo udane połączenie jazzu i rocka. Przyjemne, klimatyczne, chwytliwe. Idealne współgranie instrumentów z “innych światów” jak i wokalu. Więcej takich płyt!

Eric Dolphy – Out To Lunch!
Zahaczyłem o jazz, to i na nim skończę. Eric Dolphy w rock się nie bawi, za czasów nagrywania tej płyty gatunek ten zresztą dopiero się kształtował. Out To Lunch! to jazz pełną gębą, chociaż awangardowy. Ta awangarda wrzuca tutaj trochę chaosu, co może niektórych odrzucić. Album ma dziwny, paranoiczny klimat. Wokół jest jakby tajemnica, jakieś morderstwo, jakieś dziwne zjawiska – a to wszystko tworzone głównie za pomocą wibrafonu, fletu i trąbki. Sam preferuję raczej wolne, klimatyczne płyty w stylu osławionego Kind of Blue, jednak Eric ma to coś, co mimo swej dziwoty ciągnie każdego, kto z jazzem jakikolwiek kontakt miał.
Dla oka

Sid & Nancy
Niby miało być lekko i przyjemnie, jednak na koniec będzie jeden mocny akcent. “Sid & Nancy” to nic innego jak opowieść o basiście Sex Pistols, czyli chyba najbardziej punkowym punkowcu jakiego możemy sobie wyobrazić. Można napisać, że jest to film o Sex Pistols, ale to raczej opowieść o miłośći, lub czymś podobnym do niej. Jest tu wszystko – nihilizm, przemoc, seks, narkotyki, alkohol brudne ulice Londynu, ale też Nowego Jorku, totalny chaos w życiu, dziwne fryzury i buntownicze ubrania. Takie “Mam Wyjebane”, które na Winylu już stało się praktycznie memem. Największym plusem filmu, oprócz klimatu, jest fenomenalna gra aktorska Gary’ego Oldmana w roli Sida Viciousa. Nancy przez cały film trochę wkurza, ale widocznie taka właśnie była






Agree, chyba najdurniejsza łatka pod słońcem. Acz dałbym tu jednak ich “I Could Live in Hope” – “Thingsy…” IMO nudne są. Dolphy’ego właśnie słucham, bo znajomek mnie już od jakiegoś czasu “niebezpośrednio zachęcał” do tej płytki – miłe. Morfinkę może zbadam, a jesli ktoś ma ochote posłuchać 4584943809 identycznej “ambitnej francuzki”, to proszę bardzo
. Film nie w rodzaju tych, które mnie kręcą (tak, tak, za mało awangardy i eksperymentu
).
Właśnie żem słyszał, iż Tinypic masowo usuwa obrazki, więc jak już dasz nowe, to na inny serw może.
Nie zrozumiałem, jaki ma związek Morphine z ambitną francuską i o co Ci tam chodziło… A na tinypic mam konto, więc raczej nie usuną moich obrazków.
“Chanson” to w j. francuskim, ot zwyczajnie, “piosenka”.
Ależ wiem, uczę się francuskiego dopiero kilka miesięcy, ale akurat to słówko znam ;p
Jednak “Chanson (French for “song”) qualifies most French-language singers/songwriters who cannot be considered pop, rock or whatever and for whom the quality of the text is essential and where the rhythm of the music follows that of the text.”
Ech, nie o to chodzi.
Zwyczajnie, w tekście brzmi to, jakby słowo “chanson” było zarezerwowane dla chansons. No i, że tylko Francuzi się nim posługują <: Nadany sens nieco się zmienił, ale warto wiedzieć w jakim okresie ten termin we współczesnym rozumieniu torował swoją drogę i jak etnocentryczni są Francuzi jeśli chodzi o swój dorobek kulturalny (w tym językowy).