W tym tygodniu poleca… ReneGad! #6
Napisany 8 mar 2010 przez renegad | Napisane w inne | Otagowane inne | 4 komentarzy »
Melodie, emocje, eksperymentalność – wśród tych trzech słów czai się klucz do mojego muzycznego dumania na ten tydzień. Przeważnie w recenzjach starałem się zwracać uwagę na zespoły/artystów potencjalnie trafiających w bliżej nieokreślone spektrum słuchaczy. Ale to była tylko recenzja, tylko jeden artysta i album, dziś jak widać zadanie mam ułatwione.
Dla ucha
Erik Truffaz – Archangelsk
Zima nie mija, trzyma się Polski jak pies uwiązany na łańcuchu, od czasu do czasu się z niego zrywający. Erik na Archangelsk krąży wokół stanu ducha mocno przybitego białym
skurwysynem sypiącym z nieba. W taką pogodę trzeba sobie jakoś radzić – opatulić się kocykiem popijając Earl Greya, co pewnie wielu praktykuje. W takich okolicznościach dosyć jednowymiarowa tematycznie płyta, jaką miała być w zamyśle Archangelsk sprawdza się idealnie. Francuz dmie w trąbkę w takty posępnych, zakrytych puchem perkusjonaliów. Są też wokale, nawet rapy jakieś się znajdą, wszystko to jednak brzmi tak, jak flavour zimy sobie tego życzy, czyli mróz, szarość nieba i nie opuszczające rozkminy.
The Stone Roses – The Stone Roses
Temu albumowi powinienem poświęcić oddzielny artykuł. O albumach wybitnych chyba nie piszę się kilku zdań? Ale co mi tam, minimalizm w modzie.
Madchester wielu czytelnikom Winyla pewnie nic nie mówi, tego określenia nawet sami muzycy się wypierali. Późne lata ‘80, w zasadzie to już lata ‘90. Można by rzec – małe kluby, naćpana audiencja i wielcy muzycy na scenie… Tak to chyba wyglądało. Choć Wielka Brytania niejednemu kojarzy się z przygnębiającą, brzydką pogodą, to tu muszę takowych osobników przestrzec – tego nie doświadczymy na debiucie Anglików. Jest kolorowo, czuć wszechobecną miłość, szczerość i zabawę. Ian Brown i spółka za pomocą instrumentów i bijącego po oczach talentu do grania pięknych dźwięków, zaserwowali słuchaczom emocjonalny majstersztyk, który mimo specyficznego brzmienia nie może się zestarzeć.
Pantha Du Prince – Black Noise
Tytuł krążka mylący, od razu to sprostuję. W zasadzie to muzyka zawarta na tym bez mała 70 minutowym „byczku” wręcz temu przeczy. Mam własną teorię na temat takich tworów – to taka muzyka, która pławić się będzie w dekadenckich lokalach, w których prawnicy i inni krawaciarze popijają latte, background który zastąpi Milesa i inne knajpiane jazzy – to tylko kwestia czasu. Usiądź, zrelaksuj się i odpal Black Noise – na pewno będzie bezinwazyjnie, a jednak będziesz czuł pewny podskórny impuls do skierowania ucha w stronę głośników.
Gang Starr – Moment of Truth
Idealna okazja do przybliżenia słuchaczom twórczości tego duetu nadarza się właśnie teraz. Ostatnie doświadczenia związane z Jacksonem pokazują jak tak naprawdę traktuje się wielkich muzyków – dziś mnie kochasz, jutro nienawidzisz, albo odwrotnie jak kto woli. Guru leży teraz w ciężkim stanie w szpitalu, zapewne do takiego obrotu spraw doprowadził go jego lifestyle, ale czy to osobnik, który przejmował by się zdrowiem? Chyba nie. Moment of Truth to taki album, któremu laik dolepiać będzie łatkę „real hip-hop” nawet nie zgłębiając jego ukrytych czynników, pozwalających na takie właśnie go określanie. Nie uważam się za znawcę hip-hopu, bo wielką jego część dosyć szeroko omijam, jednak podejście w tworzeniu tej muzyki jakie uskuteczniali Premier i Guru idealnie mi pasuje. Soczyste beaty, odkurzone sample, no i liryki Guru nie dla tych, co mają lęk wysokości – miejska górnolotność oparta na charakterystycznym flow jest tym, co lubię, co mam tu podane wręcz w nadmiarze. Ale co tam, kolesie byli wtedy chyba w niezłym gazie, bo pośród tylu kompozycji, nie ma choćby jednego słabiaka. Guru trzymaj się, Jacksona odwiedzisz kiedy indziej.
Dla oka
Jon Krakauer – Wszystko za Everest
Wiadomo – teraz to, co jest w obozie 1 albo 3 mamy podane z pierwszej ręki na Discovery. Najwyższa góra świata i to, co wokół niej się dzieje, przypominać zaczyna reality show. Krakauer to człowiek który brał udział w jednej z najtragiczniejszych eskapad Everestowych ever i wszystko to, co widział zgłębił w tym można by powiedzieć dzienniku – obszernym, szczegółowym, wypełnionym szczerymi emocjami pasjonata gór, któremu dane było widzieć i uczestniczyć w wielkiej tragedii. Żadne reality show, sama prawda.






Pantha Du Prince jak najbardziej polecam, jednak jak już pisałem na forum – lepiej sprawdzić na początek This Bliss (Asha miecie jąderka).
Wielki plus i zaskoczenie za Jon Krakauer! To właśnie ten pan wyśledził i opisał życie Chrisa McCandlessa. Wszystko zawarł w książce ‘Wszystko za Życie” – również 100% prawdy (książka nie ma charakteru fabularnego). Opisywał też tam jedna ze swoich podróży na jakąś górę, w bardzo piękny i obrazowy sposób. Na pewno sprawdzę tą pozycję, a ja Ci Rene polecam “Wszystko za Życie”, nie zawiedziesz się.
Moment Of Truth – rispekt, a pamiętam jak jeszcze nie tak dawno temu mi pisałeś, że przydługawa
Geniusz płyta, jako całość najlepsze dziecko Guru i Premiera
to ja powiem: stone roses, rispekt.
co do black noise to mam podobne odczucia, w ogóle jakoś ‘rośnie’ ta płyta w moich oczach, mimo, że już jakiś czas jej nie słuchałem.
Pantha na Tauronie – lineup zaczyna wyglądać zacnie.