Poets of the Fall – Twilight Theater
Napisany 20 mar 2010 przez Nook | Napisane w alternative, pop-rock, rock | Otagowane alternative, pop-rock, rock | Brak komentarzy »
To, że Jesienni Poeci to ekipa, której poczynania śledzę bardzo uważnie, wiadomo nie od dziś. Twilight Theater to ich czwarta płyta. Moje oczekiwania po Revolution Roulette były duże. Zwłaszcza, że był to jakiś skok naprzód względem Signs of Life i Carnival of Rust. Utwory w większości bardzo energiczne, wypełnione niebanalnymi melodiami. Spodziewałem się, ze Finowie dalej będą eksplorować te bardziej energetyczne rejony rocka. I co z tego wyszło? Panie i panowie, dziewczęta i chłopcy. Spektakl w „Teatrze o Zmierzchu” czas zacząć.
Przyznaję się bez bicia, że singlowy „Dreaming Wide Awake” uśpił nieco moją czujność. Kawałek energiczny, melodyjny, z chwytliwym refrenem i świetnym lirykiem – esencja stylu Poetów. Jedynym „ale” jakim miałem było brzmienie. Wycofanie gitar, kosztem elementów elektronicznych, przez co kawałek bardzo stracił na dynamice (porównajcie chociażby „Delicious” z płyty Carnival of Rust – utwór, który jest najbardziej zbliżony budową i klimatem) Zdecydowanie coś tu jest nie tak. Pocieszałem się, że to tylko singiel i że na bardziej „pałerne” kawałki przyjdzie jeszcze czas. Take your time, dear Poets. Take your time. O ja naiwny! O ja łatwowierny! Tak się składa, że „Dreaming Wide Awake” to jeden z dwóch najmocniejszych kawałków na płycie. Wniosek? Poeci zafundowali nam zdecydowanie najłagodniejszy krążek jak do tej pory. Po kilku początkowych odsłuchach zgrzytałem zębami, ale im częściej wałkowałem tę płytę, tym bardziej utwierdzałem się w przekonaniu, że łagodne brzmienie i liryzm wylewający się niemal z każdego dźwięku wcale nie muszą być wadami jej, a wręcz przeciwnie.
„War” to kawałek, w którym elementy symfoniczne wysuwają się na pierwszy plan. Dzieje się tu całkiem sporo. Zmiany metrum, nagłe przechodzenie w różne dziwne tonacje – wszystko oblane gęstym, wspomnianym wcześniej, patetyczno-symfonicznym sosem. Lirycznie Marko Saaresto jest nadal w świetnej formie. „War” to symboliczna opowiastka, gdzie do tytułowej wojny przyrównana jest… miłość (przy czym nie narzucam nikomu swojej interpretacji – teksty Marko są na tyle mocno nafaszerowane różnego rodzaju symbolami, metaforami, że warto posiedzieć nad nimi parę wieczorów i pokusić się o własne interpretacje – są tego warte). Podobną tematykę, choć w nieco innym aspekcie (ochłodzenie relacji w związku), podejmuje również w „Change” – bujającym kawałku, gdzie króluje gitara akustyczna. „Given and Denied” to kolejny niesamowicie liryczny kawałek na płycie. Tutaj z kolei pojawiają się dźwięki fortepianu współgrające z gitarą akustyczną czy później z elektryczną. No i to chwytające za serce gitarowe solo Olliego. Może niezbyt wyszukane, ale na pewno pełne emocji. Tekstowo utwór trafił do mnie chyba najbardziej ze wszystkich na Twilight Theater. Głównie za niesamowite ujęcie tematyki wspomnień (tak, sentymentalny ze mnie facet, ale to już wiecie) i za pewien symbol który pojawił się wcześniej w kawałku „War”, a który sprawił, że facjata wyszczerzyła mi się w dzikim uśmiechu. Innym utworem o podobnej lirycznej sile rażenia jest zamykający płytę „Heal My Wounds”. Fortepian miesza się tutaj z subtelną, czy wręcz ambientową (zwłaszcza na początku i końcu utworu) elektroniką. Momentem który absolutnie rzucił mną na kolana / sponiewierał / znokautował / niepotrzebne zamordować jest to króciutkie, stłumione solo gitarowe wchodzące w momencie, gdy wydaje się słuchaczowi, że dotarł do końca utworu. I czy tylko ja tam słyszę Pink Floyd? Epically eargasmic, ladies and gents.
Jak pisałem wcześniej, siłę Twilight Theater stanowią melancholijne ballady. Ale na tej płycie znajdują się również inne, nie mniej ciekawe momenty. Bo czy ktoś podejrzewał Poetów o odloty w folkową stronę jak chociażby w „You’re Still Here”? Gdyby nie tekst, określenie „milutki” pasowałoby do niego w sam raz. Energetyczne granie na chwilę wraca też w „Dying to Live” (które przypomina klimatem Signs of Life) oraz „Smoke and Mirrors” (choć tutaj bardziej na liryczną nutę).
Słowem podsumowania, większość fanów Finów powinna spokojnie odnaleźć się wśród dźwięków „Teatru o Zmierzchu”. Jest bardzo lirycznie, melancholijnie, czy miejscami wręcz pesymistycznie. Rewolucji nie ma (ta była na poprzedniej płycie), a wszystkie elementy, z których Marko, Ollie i Captain słynęli są nadal na swoim miejscu. Może jedynie proporcje się nieco zmieniły. Jest tu więcej elektroniki i symfonicznych wstawek, a same piosenki coraz śmielej zmierzają w progresywnym kierunku. Nadmiar nie-gitarowych dźwięków może przeszkadzać w żywszych utworach, ale w kontekście całej płyty jest to zabieg w pełni zrozumiały. Nie zmieniły się za to teksty – znak rozpoznawczy zespołu. Można narzekać, że Marko używa wybitnie przegiętego języka (czy ktoś widział do tego stopnia nafaszerowane idiomami liryki zespołu wykonującego podobną muzykę?), ale to tylko dodaje im uroku i może być niezłym treningiem językowym (o ile ktoś lubi tłumaczyć teksty piosenek w wolnym czasie). Tak czy siak, mimo początkowego ukłucia zawodu, płyta zdążyła mnie przekonać do siebie. I co ciekawe, mimo że to już czwarty krążek Poetów, to po raz kolejny udaje im się wydać album, który ma swój wyjątkowy charakter i jednocześnie styl, którego nie sposób pomylić z żadnym innym. W sumie strach się bać, co Marko i s-ka wymyślą następnym razem. Amazing.
Ocena: 8/10
- “Dreaming Wide Awake” – 4:22
- “War” – 5:05
- “Change” – 4:26
- “15 Min Flame” – 5:00
- “Given and Denied” – 4:16
- “Rewind” – 4:21
- “Dying to Live” – 3:46
- “You’re Still Here” – 3:27
- “Smoke and Mirrors” – 5:16
- “Heal My Wounds” – 5:55
Całość: 46:07
Premiera: 17 marca, 2010






