W tym tygodniu poleca… Eskopado! #10
Napisany 19 kwi 2010 przez eskopado | Napisane w inne | Otagowane inne | 3 komentarzy »
Jeżeli jest wśród czytelników i czytelniczek jakiś Sokrates lub jakaś Wigilia, to w tym momencie chciałbym wam złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji imienin. Rzadko przeglądam Wikipedię w celu uzyskania informacji co do konkretnego dnia, w zasadzie pierwszy raz to robię, i musiał mi się trafić akurat taki nudny dzień. Wczoraj ogłosili nas gospodarzami Euro 2012, jutro Jordan zdobędzie 63 punkty w jednym meczu (a tak w ogóle, to TVP chyba kiedyś pokazywała mecze NBA, nie? Tak mi się przypomniało), a dzisiaj… Dzisiaj imieniny Sokratesa i Wigilii. Specjalnie dla was i tylko dla was cztery rekomendacje ode mnie. Zostały wybrane metodą losową, ale z zastrzeżeniem, że odrzucałem płyty o których nie chciało mi się pisać, lub były to typowania zbyt oczywiste. Na koniec standardowo coś ‘dla oka’, czyli dobre kino dla całej rodziny..
Dla ucha
TwinSisterMoon – The Hollow Mountain
Przyznam, że nie wiedziałem i dałem się nabrać. Nie siedzę w temacie Natural Snow Buildings na tyle aby zdawać sobie sprawę, że połowa składu tego duetu, która stworzyła jednoosobowy projekt pod nazwą TwinSisterMoon, to ta męska połowa. Ktoś zapyta: „po co tworzyć jakiś osobny twór, skoro zespół macierzysty wydaje po kilka płyt rocznie?„. A właśnie po to, żeby w przypadku niemocy w próbach rozgryzienia i ogarnięcia twórczości NSB, posiadać jakąś alternatywę, która może w przyszłości pomóc w zakumaniu ich geniuszu. Osobiście jeszcze nie jestem na tym etapie, ale piękno ich muzyki mogę już w tym momencie docenić, chociaż tylko wybiórczo (najnowszy album zaczyna się od ponad 40 minutowego dronowania i ja wiem, że potem dzieją się cuda nie z tej ziemi, no ale jednak). The Hollow Mountain jest pod tym względem bardziej lapidarny i zawiera przede wszystkim tę stronę NSB, którą uwielbiam – gardło plus gitara i myśli nad wodospadem. Albo rzeką. Albo w górskiej jaskini, gdzie po rozmowie z pustelnikiem zostaje nam wręczony tajemniczy kryształ, który musimy zabrać na sam szczyt, tym samym przywołując tajemnicze, starożytne bóstwo – ostatnią nadzieję ludzkości na przetrwanie. Na przykład.

Perki Pat – Turkusowy Grafit
Zejdźmy z samej góry na sam dół, do podziemia, a stąd kanałami do Polski, konkretniej do Wrocławia, gdzie zatrzymamy się na trochę dłużej (dokładnie na 50 minut). Przez Ścianę autorstwa Roszji i Lu, to pozycja obowiązkowa dla każdego, kto ceni sobie Polską nawijkę, ale również pozycja obowiązkowa dla tych, którzy nie cenią Polskiej nawijki w ogóle, a już najlepszym rozwiązaniem jest przesłuchanie tego albumu przez osoby, które twierdzą, iż Polski rap to wciąż jedno i to samo gówno, ale K44 jest okej. Podobnie jak z Przez Ścianę ma się sprawa z dziełem Perki Pat, jednego z wielu projektów Roszji. Wydany w 2005 nielegal rozpoczyna się od tytułowego, 26 minutowego utworu na który składają się mniejsze utworki i w zasadzie tyle by wystarczyło, aby zniszczyć, ale nie. „Czekaliśmy na ten moment i coooo? / czekaliśmy na ten moment i chuuuuj.” leci w mojej głowie zapętlone od kiedy pierwszy raz usłyszałem Turkusowy Grafit, a że bardzo lubię piosenki, które patrzą w przeszłość z perspektywy obecnej, to …i Chuj stał się niejako moją ścieżką dźwiękową do rozmyśleń nad podstawówką. „Mogłaby być połową, albo zbrodnią podstawową.” Wspominałem już o tekstach?

The Dismemberment Plan – Emergency & I


A Silver Mt. Zion – He Has Left Us Alone But Shafts Of Light Sometimes Grace The Corners Of Our Rooms
Witamy ponownie „naszych” ludzi z Kanady. Przy tej całej tajemniczości jaką otaczają się The Godspeeds nie dziwne jest, że tematy rozmów na ich temat są już wyeksploatowane. Bo co niby nowego można powiedzieć? Każdy przecież wie, że debiut A Silver Mt. Zion ukazał się jeszcze przed Lift Yr. Skinny Fists… Wiedzieliście? Jeżeli nie, to nie ma za co. Zanim jeszcze jako ASMZ zaczęli męczyć ludzi coraz niżej upadającą formułą, to pomiędzy Slow Riot… a wspomnianym przeze mnie wyżej albumie, wydali He Has Left Us Alone But Shafts Of Light Sometimes Grace The Corners Of Our Rooms. Mamy więc wytłumaczenie boskiego natchnienia, które niewątpliwie musiało nad nimi czuwać do końca 2000 roku. Wprawdzie płyta-o-długiej-nazwie dorasta dziełom Godspeed You! Black Emperor ledwo ponad kostki, to jednak wciąż jest to kawał znakomitego, bardzo subtelnego post-pitolenia, do którego pozostałe wydawnictwa ASMZ nie mają nawet startu. A tak przy okazji – media na całym świecie obiegła informacja o powrocie GY!BE, więc jeżeli jeszcze ktoś o tym nie wie, to właśnie się dowiedział i jest mi wdzięczny. Nie ma za co.
Dla oka

Battle Royale
Wyobraźmy sytuację taką sytuację: w kraju szerzy się bezrobocie, młodzież gardzi szkołą i osobami starszymi, hulaj dusza piekła nie ma. W sumie nie trzeba sobie tego specjalnie wyobrażać, ale pójdźmy dalej: rząd nie daje sobie w kaszę dmuchać i wprowadza w życie fascynującą ustawę, która mówi, że raz do roku, drogą losowania zostaje wybrana jedna klasa liceum. Szczęściarze są następnie osadzani na bezludnej wyspie, gdzie w ciągu 3 dni mają za zadanie wybić siebie nawzajem w pień aż do momentu, w którym żyć będzie jedna osoba, zwycięzca. Jeżeli jednak nie zostałby on lub ona wyłoniony ‘drogą eliminacji’, to śmierć poniosą wszyscy. Tak, ten film nakręcili Japończycy.
Battle Royale jest ekranizacją książki Kōshuna Takamiego o tym samym tytule, o której niestety nie jestem w stanie nic powiedzieć, bowiem jej zwyczajnie nie czytałem. Inaczej ma się sprawa z omawianym przeze mnie filmem. Cytując Jurka Engela, jest to obraz szalenie interesujący i wciągający bez reszty zarówno pomysłem, wizją niedalekiej przyszłości (powiedzmy), jak i uroczym absurdem, którym raczą nas twórcy od czasu do czasu. Bohaterowie, podobno, nie są tak dobrze przedstawieni jak w wersji książkowej, ale wciąż daleko im do anonimowych postaci, a wszelkie klasowe podziały oraz miłości w tak dramatycznej sytuacji szczególnie się uwidocznią i wprawdzie w normalnych warunkach byłoby to aż nadto naiwne, tak na tle makabry jaką sobie serwują wypada przeuroczo. Czysta rozrywka wymagająca jednak odpowiedniego podejścia.






bardzo mi się podoba recenzja. Zabieram się za Perki Pat, być może też za The Dismemberment Plan.
a miło mi.
Battle Royale ryje poślady, polecam również jak ktoś lubi schizy w stylu Tarantino (którego jest to notabene ulubiony film)!