The Prodigy – 22.05.10, Warszawa
Napisany 26 maj 2010 przez renegad | Napisane w breakbeat, electronic, rave, techno | Otagowane breakbeat, electronic, rave, relacja, techno | 2 komentarzy »
The Prodigy – kapela która łoi ostro już ponad 20 lat i ani trochę nie zwalnia. Choć lata lecą, technika idzie do przodu, rave zdążył dokooptować sobie przedrostek „nu”, a zamiast podartych łachmanów, na dupę częściej zakłada się obcisłe portki, to ci panowie jakimś cudem się w tym wszystkim odnajdują. Kultura klubowa jak żadna inna absorbuje i wprowadza różne wolty stylistyczne (nie tylko muzyczne) idące z duchem czasów i tak też jest z The Prodigy w nowej dekadzie.
Po koncercie spodziewałem się wiele. Szczerze to oczekiwałem, że po raz kolejny wyjdę z tego ledwo żywy, ale usatysfakcjonowany. Moja poprzednia styczność z koncertową „mrówką” wyglądała mniej więcej tak „no dobra pójdę na ten koncert, choć znam tylko kilka singli” i wiecie co? To było najlepsze show jakie widziałem. Dlatego też tak duże wymagania miałem względem warszawskiego gigu, bo przecież po poprzednim Openerze zdążyłem wkręcić się w dyskografię Brytyjczyków na tyle głęboko, iż żaden utwór zagrany tego wieczoru na Torwarze nie był dla mnie żadną nowością (choć nie do końca).
Jak wspominałem od pamiętnych czasów rave’owych imprez, w latach ’90 technika zdążyła pójść grubo do przodu. Zespół też już dosyć mocno rozbudowany względem np. roku ’94 gdzie na scenie szalał Thornhill, Maxim i Keith, a za nimi tylko Liam obsługujący elektroniczny sprzęt. Tak więc obecne The Prodigy składowo przypomina teraz bardziej zespół rockowy aniżeli elektroniczny.
Odnośnie już samego koncertu to tak – setlista wymarzona. Z tego co chciałem to nie zagrali tylko „Comanche„. To samo tyczy się długości koncertu – 17 utworów w przypadku których, tylko podczas Howlettowego „Omen (Reprise)” można było chwilę odetchnąć – z drugiej strony ciężko tu mówić o oddychaniu, temperatura na hali, zwłaszcza w tłocznej pierwszej części płyty (podzielona była barierkami na dwie połówki) była piekielna.
Od samego początku panowie pokazali, że tego wieczoru oszczędzania nie będzie. Zaczęli od „World’s On Fire” – eksplozja szaleństwa, cała płyta skacze. Zaraz po tym szlagiery w postaci „Breathe„, „Omen” i genialnie wręcz wykonanego „Poison„.
Będąc już przy „Poison” wspomnę o nagłośnieniu, z kolegą Tymkiem usytuowaliśmy się dosyć blisko sceny, po jej lewej stronie w miejscu gdzie wielkiego ścisku na szczęście nie było (co nie zmienia faktu, że już po kilku utworach przykleiłem się do swojej koszulki) i tam każdy instrument (gitara, perkusja) jak i zestaw zabawek Liama słyszalny był niemalże idealnie. Basy, syntezatory, urywane motywy na perkusji, ale też i riffy – to wszystko brzmiało lepiej niż na płytach i nie piszę tak żeby wzbudzić w kimś zazdrość, tak po prostu to słyszałem.
A więc „Poison” i pląsy podczas jego wykonania to chyba jeden z najlepszych momentów koncertu, a co najlepsze zaraz za „Poison” mieliśmy kolejny highlight koncertu mianowicie „Thunder„, z płyty Invaders Must Die.
W tym miejscu napomnę o tym o czym wspominałem na początku relacji, czyli o tych stylistycznych woltach, tak więc „Thunder” zmieniony był znacząco. Howlett przedstawił Polakom dubstepową jego wersję i śmiem twierdzić, że utwór w tej postaci brzmi o wiele lepiej niż ten albumowy, oraz iż tego typu stylistyka niewątpliwie będzie eksplorowana na kolejnym krążku Liama i spółki. Kapitalne basy, zabawa wokalami Flinta, efekt – ekstatyczne reakcje zgromadzonych wokół ludzi.
Utwory z nowej płyty zachwycały – wiksa w takty rave’owego „Warrior’s Dance„, wyśpiewane à capella przez Polaków „Invaders Must Die” i kawałek na który chyba czekałem najbardziej czyli „Take Me To The Hospital” zapodane na bis, to naprawdę momenty magiczne, chwilami wręcz pierwotnie dzikie. Oczywiście nie zabrakło takich szlagierów jak „Firestarter” (zajebisty efekt na micu miał Flint – pisk jakiego w życiu nie słyszałem), „Voodoo People” i chyba najbardziej zaskakujący, hip-hopowy „Diesel Power„, w którym to z kolei Maxim dał krótki popis swojego flow. Nie mogę nie wspomnieć o „Smack My Bitch Up„, największy hicior zespołu usłyszeliśmy tuż przed bisami. W przypadku tego kawałka można było mówić już zbiorowym odlocie, czy też istnej ekstazie – motyw z kucaniem wyszedł nieziemsko, o wiele lepiej niż na gdyńskim festiwalu.
Na bisach poza wspomnianym „Take Me To The Hospital”, usłyszeliśmy już niemalże 20-letnie „Out of Space„, z debiutu Experience, które rzecz jasna wprowadziło choć na chwilę atmosferę z kolorowego i narkotycznego okresu grupy, oraz zagrane na sam koniec „Their Law„. Kawałek kultowy w wielu kręgach, zwłaszcza wśród starszych fanów kapeli, oparty na świetnym ciężkim riffie z szybkimi łamanymi beatami, jako kończący koncert sprawdził się idealnie.
Koncert nie był długi, jak dla mnie w sam raz, bo nie wiem co by się działo gdyby panowie postanowili pociągnąć trochę dłużej w takiej atmosferze. Omdlenia, zasłabnięcia – tak to by pewnie wyglądało. Ja sam, choć chudy, wypociłem kilka litrów. Wyglądałem tak, jakby ktoś wylał na mnie kubeł wody.
Podczas powrotu na dworzec vanem pełnym fanów, usłyszeć można było marudzenie odnośnie kwestii estetycznych koncertu, że ani Keith ani Maxim nie zeszli do fanów pod barierki. Na upartego mogło by się wydawać, że Flint akurat tego wieczoru nie był w stu procentowej formie (wyjątkowo mało biegał po scenie), ale takie „Firestarter” które w wersji albumowej średnio lubię, tu na Torwarze właśnie dzięki charyzmie tego Brytyjczyka, totalnie pozamiatało.
Osobiście śmiało i bez bicia mogę powiedzieć, że był to najlepszy koncert na jakim byłem. Może nie jako show, ale właśnie jako koncert muzyczny, impreza na której bez problemów można było popuścić wodze, uskutecznić swoiste „out of space”.
Na koniec trochę prywaty, pozdrowienia dla Tymoteusza oraz Dominiki i Bartka.
Galeria zdjęć z koncertu http://musicnews.pl/galerie,the-prodigy-warszawa-22052010,48.html







„Zespół też już dosyć mocno rozbudowany względem np. roku 94 gdzie na scenie szalał Maxim i Keith, a za nimi tylko Liam obsługujący elektroniczny sprzęt. ”
W całych latach 90-tych to jeszcze do tego Leeroy Tornhill występował, proszę autora
Zwracam honor, aczkolwiek Thornhill to dziwna postać, w latach 90 nie zawsze pojawiał się na scenie z resztą ekipy, dlatego też umknęło mi to.