Ethno Port – 17-19.06.10, Poznań
Napisany 24 cze 2010 przez Jakub Szwedo | Napisane w folk, world | Otagowane folk, relacja, world | 7 komentarzy »
Mały spontan. O festiwalu dowiedziałem się jakiś tydzień przed rozpoczęciem, i niewiele przed jego rozpoczęciem zdecydowałem się na wyjazd. Miałem więc mało czasu, by zapoznać się z muzyką jaką oferowała nam trzecia już edycja Ethno Portu. Jechałem więc w ciemno, pobieżnie tylko zaznajomiony może ze dwoma zespołami.

Najpierw parę słów o samym festiwalu. Ideą wydarzenia jest promowanie muzyki z całego świata. W końcu w instrumenty nie łupią tylko wszelkie gwiazdy z USA, indie rockowcy z Wysp, mroczni metalowcy ze Skandynawii czy rodzimi, polscy artyści, zwykle wzorujący się na tych zachodnich… Na Ethno Porcie goszczą więc muzycy zewsząd. Oczywiście muzyka przez nich prezentowana, zwykle oddaje klimat, atmosferę miejsca, z którego pochodzi. Nie bez powodu dominującym gatunkiem w Poznaniu było szeroko pojęte world music, w którego skład wchodzi folk, ale też wszelkie eksperymenty, czy nawet elementy rockowe i elektroniczne.
Organizacja – pierwsza klasa. Scena, namiot na bardziej wyciszone koncerty oraz klub złożony z kontenerów (!), o którym później. Poza tym mini plaża z hamakami i leżakami, stoiska z różnorakimi ubraniami i innymi rzeczami związanymi z tematyką festiwalu, toitoie i oczywiście miejsce gdzie można napić się piwa i zjeść coś ciepłego. Ethno Port trwał przez 3 dni, oferował trzynastu wykonawców – a to wszystko za 50zł. Nie było dane mi zobaczyć wszystkich, a niektórych tylko pobieżnie, jednak to, co zobaczyłem prezentowało bardzo wysoki poziom.
Festiwal rozpoczynały Bubliczki, których występu uświadczyłem tylko parę minut. Zespół prezentuje połączenie muzyki bałkańskiej, klezmerskiej oraz kaszubskiej. Najbardziej zapamiętałem to, że grali o pół godziny za długo, zabierając trochę czasu następnym wykonawcom. Jednak występ był generalnie energiczny i ciekawy. Myślę, że przygotował publiczność przed następną, wielką gwiazdą. Staff Benda Bilili, bo nich mowa, to z pewnością jeden z najjaśniejszych punktów Ethno Portu. Kongijscy uliczni muzycy przeszli chorobę polio (w jednym utworze przestrzegają rodziców, by zaszczepili na nią dzieci), przez co muszą jeździć do końca życia na wózkach, skonstruowanych specjalnie dla nich. Teraz wydali płytę, jeżdżą i koncertują po świecie, oczarowując cały świat. Mimo wszystko nadal mieszkają na ulicy.
Koncert był jednym z najbardziej energicznych i przede wszystkich tanecznych na jakich byłem. Kilku panów na wózkach poruszyło cały tłum ludzi. Sami zresztą też tańczyli – po swojemu. Jeden z nich stał o kulach. Choroba zniekształciła mu nogi, które były znacznie mniejsze od reszty ciała. Jednak przez cały koncert muzyk kręcił się, skakał, podnosił i po prostu tańczył.

Nie sposób było nie zauważyć ogromnej radości i pozytywnej energii jaką niesie ich muzyka oraz oni sami. Jak sami mówią, inwalidą nie jest się w ciele, lecz w umyśle – oni tymi inwalidami na pewno nie są. Taneczne rytmy przypominające trochę żywsze Buena Vista Social Club w afrykańskiej wersji, tworzyły, oprócz gitar, bębenki, perkusja zrobiona z dziwnych puszek i pojemników, wszelkie grzechotki i przeszkadzajki (jednemu członkowi owa grzechotka wypadła z ręki na początku koncertu, co było nieco zabawnym widokiem ; ) oraz jednostrunowy, własnoręcznie stworzony instrument elektryczny. Miał dziwny, piskliwy dźwięk pasujący jednak bardzo do tej muzyki. Większość solówek była grana właśnie na nim. Warto też wspomnieć, że zespół przyczynił się do wysokiej frekwencji na pierwszych wyborach w Kongo. Nagrali utwór zachęcający do głosowania, który często był puszczany w tamtejszym radiu. Ludzie którzy nie do końca jarzyli co to są wybory, jak działają i czy coś zmienią, zapewne poprzez ten kawałek chociaż po części zechcieli pójść głosować. Staff Benda Bilili zrobili na publiczności niesamowite wrażenie, a ta odwdzięczała się im gromkimi brawami i oczywiście genialną zabawą pod sceną.

Drugiego dnia główną atrakcją był zespół z Chin prezentujący mieszankę tradycyjnej mongolskiej muzyki z lekkim rockowym zacięciem. Hanggai przeniósł cała publikę na azjatyckie stepy, zabrał nas z dala od cywilizacji. Zaczęli od jednego z ich największych hitów – „Wuji” (szkoda, że nie zagrali go pod koniec koncertu). Azjaci oprócz tradycyjnych rockowych instrumentów (gitara, bas, perkusja), szaleli także na sprzęcie z ich regionu – dziwną, dwustrunową gitarową rzecz oraz coś na kształt mniejszego kontrabasu. Ale najważniejszym instrumentem pozostał głos wokalistów – charakterystyczny, tradycyjny gardłowy śpiew Mongołów. Robił niesamowite wrażenie. Hanggai zagrali całą swoją debiutancką płytę. Na końcu bisowali chyba swój najbardziej koncertowy kawałek – „Drinking Song„, grając go jeszcze szybciej i energiczniej niż na płycie. Cała publika oczywiście współpracowała ; )

Nie widziałem całego występu, ale nie mogę nie wspomnieć tutaj o wielojęzycznej afrykańskiej artystce – Nawal. Kobieta czarowała słuchaczy piękną, szczerą muzyką. Niezwykle nastrojowe i czarujące przedstawienie. W dodatku muzułmanka (sufizm) głosiła ze sceny piękne i bardzo mądre rzeczy o życiu, miłości i o ludziach (co dodało trochę hippisowskiego klimatu).
Następnego, ostatniego już dnia zdążyłem przyjść na końcówkę występu Fanfara Transilvania z Rumuni. Przeczekałem jednak spokojnie, aż panowie z dęciakami zejdą ze sceny i szybko udałem się do namiotu, by zająć dobre miejsca z przodu. Czekał mnie występ polskiego Motion Trio – trzech panów robiących cuda na akordeonach. Słyszałem o nich wiele dobrego i miałem duże oczekiwania względem tego koncertu. Nie zawiodłem się. Akordeoniści pokazali nam, że na ich instrumentach da się zagrać wszystko: motywy klezmerskie, folkowe, a nawet dyskotekowe (!). (Beat tworzony poprzez uderzanie w mikrofon to genialny pomysł.) Kunszt muzyków robił wrażenie. Publika z fascynacją wpatrywała się w zgrabnie poruszające się palce po klawiszach, z zawrotną szybkością. Oklasków nie było końca, a słuchacze żądali bisu po kilka razy.
Następny w kolejce był Speed Caravan. O zespole słyszałem tylko tyle, że rok temu na Openerze pozytywnie zaskoczyli publikę. W tym roku takie zaskoczenie spotkało i mnie. Algierskiemu zespołowi parającymi się rockową stylistyką z arabskimi motywami udało się rozkołysać publiczność, przynajmniej tak jak Staff Benda Bilili. Miało się przy tym wrażenie, że każdy z muzyków jest mistrzem w swojej klasie. Frontman grający na oudzie, używał do niego nawet przesteru, a jego gra brzmiała lepiej niż niejednego grajka elektrycznej gitary. Basista śmiało mógłby dołączyć do Primusa, Rage Against The Machine czy Red Hot Chili Peppers. Ahh, ten groove – po prostu wirtuoz. Poza tym galopująca perkusja i pani za laptopem, doprawiająca wszystko szczyptą elektroniki. Jeden z żywszych występów Ethno Portu.

Kolejnym koncertem było fińskie Wimme. Muzycy wystąpili w namiocie. Na scenę weszło czterech panów – saksofonista, wokalista, bębniarz (bynajmniej nie grał na zwykłej perkusji) oraz gitarzysta. Za nimi rozpościerała się płachta, na której wyświetlane były dziwne, komputerowe wizualizacje (które, jak się potem okazało, całkiem nieźle pasowały do muzyki, chociaż ja przez większość czasu miałem oczy zamknięte). Pan za mikrofonem specjalizuje się w tradycyjnym, lapońskim śpiewie joik. Trudno opisać muzykę, która dobiegała do naszych uszu. Oprócz prostych i przyjemnych, tradycyjnych utworów, pojawiły się też bardziej rozbudowane, powiedziałbym że lekko post-rockowe (na kształt mroczniejszego i zimniejszego Sigur Rós). Długie, budujące napięcie, niesamowicie obrazotwórcze dźwięki znacznie bardziej przypadły mi do gustu. Transujący dźwięk bębna i nakładające się dźwięki różnorakich instrumentów ogromnie pobudzały wyobraźnię widzów. Osobiście bardzo wzruszył mnie ten koncert. Musze też wspomnieć o świetnym „kontakcie” wokalisty. Otóż mówił on dużo i z zapałem do publiczności, ale po… fińsku. Na co słuchacze odpowiadali salwą śmiechu : ) Na koniec rozbawił nas jeszcze bardzo sympatyczną piosenką o piesku, naśladując szczekanie, warknięcia i skamlenie psiaka.
Na koniec muszę jeszcze wspomnieć o klubie i o tym, co tam się działo po wszystkich koncertach, każdej nocy. „Didżej chińczyk”, a właściwie DJ Zhao tworzył cuda w tym małym, ciasnym pomieszczeniu (złożonym, nomen omen z kontenerów). Zhao łączy orientalne klimaty z klubowym brzmieniem. W ostatni dzień festiwalu nastąpiła kulminacja tanecznej energii – parkiet zapchany, tłoczno, wszędzie dym, gwarno, parnie. Część ludzi leżała na wielgachnych poduchach porozrzucanych zamiast zwykłych kanap/foteli, reszta natomiast bujała się przy organicznych, potężnych rytmach. Każdy kto chciał, w dodatku urozmaicał występ graniem na wielkich bębnach czy wszelkich mniejszych bębenkach (gdy Zhao na paręnaście minut przestał grać, publika sama wzięła sprawę w swoje ręce i zaczęła grać na czym popadnie lub klaskać, a nikt nie przestał tańczyć). Rozszalały tłum dawał upust swej energii do bladego świtu, po czym wszyscy rozeszli się w swoją stronę i każdy zdał sobie sprawę, że to już koniec wielkiej, etnicznej podróży po świecie…
Ethno Port zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Nie sposób było zobaczyć wszystkiego, z różnych powodów, czego bardzo żałuję. Jednak wszystkie występy które ujrzałem, zapamiętam na długo. Słabego nie uświadczyłem. Klimat festiwalu, który tworzyło mnóstwo kolorowych, pięknych ludzi od razu przypadł mi do gustu. Jedyne czego zabrakło, to pola namiotowego (podobno było rok temu, mam nadzieję, że organizatorzy za rok znowu o tym pomyślą). Świetna impreza, pozwala posmakować trochę kultury z kompletnie innego świata, poznać ciekawe osoby i świetnie się bawić. Z pewnością za rok przeczytacie kolejną relację na Winylu z tego wydarzenia ; )










Wiecej takich imprez !
No proszę, ciekawa impreza
A z wymienionych tutaj wykonawców znam tylko Motion Trio z bodajże dwóch płyt i potwierdzam, są dobrzy w tym co robią.
Dobra relacja, potwierdzasz moje wrażenia. Nie ma w Polsce drugiego takiego festiwalu – na Brave Festivalu we Wrocławiu, który jest dużo droższy, pełno od krawaciarzy, tutaj, jak sam zauważyłeś, sami kolorowi ludzie, zwykli z pozoru, ale chłonący muzykę i wymieniający sie energią z wykonawcami.
Kurczę, chciałem się wybrać i widzę że chyba sporo straciłem
Hej! Rzadko zdarza mi się zostawić po sobie jakiś komentarz, ale tym razem mnie sprowokowałeś – pozytywnie! Mam bardzo podobne doświadczenia w tej edycji, ale chyba najbardziej zapamiętam pierwszą, dziewiczą edycję i koncert kimmo pohjonena – coś niesamowitego, musisz zobaczyć!!! http://www.youtube.com/watch?v=kqGHoIaVGKY
Aha – dziękuję tez za KontenerArt – to naprawdę niesamowity pomysł! Zamieszkałam tam na okres festiwalu i nigdy tego nie zapomnę
Viva!!!
Chciałam jeszcze dodać, że dziękuję organizatorom za Ethnoport, za tę niesamowitą atmosferę, za wymarzoną cenę karnetu, za to, że wszystko dzieje się w jednym miejscu i za wciąż, niesamowicie kameralną mimo wszystko atmosferę, która scala publikę w jeden organizm, bez podziałów
Bubliczki grały tyle ile miały
się obsunął koncert i stąd powód późniejszego jego końca
[...] znaczącego wydarzenia w tym roku. Mógłbym tutaj umieścić jakiś koncert, czy festiwal (np. Ethno Port, albo ogólnie „koncerty w Polsce”, ale nie doświadczyłem w tym roku czegoś takiego [...]