Sonisphere Festival – 16.06.10, Warszawa
Napisany 5 lip 2010 przez Niszczuk | Napisane w metal, thrash metal | Otagowane metal, relacja, tharsh metal | 2 komentarzy »
Stało się. Wydarzenie, o którym wielu marzyło, ale nikt nie sądził, że kiedyś będzie miało miejsce, i to w kraju tak – wydawałoby się – zapomnianym przez resztę świata, jak Polska. A jednak. To na naszej ziemi Wielka Czwórka Thrash Metalu, w ramach festiwalu Sonisphere, po raz pierwszy w historii zagrała na jednej scenie. I ja tam byłem!

Mimo, że właściwie do końca nie wiedziałem, czy pojawię się na tym festiwalu, moje podekscytowanie związane z wydarzeniem rosło w miarę, jak zbliżał się dzień szesnastego czerwca. Wreszcie – są pieniądze, kontakty uruchomione, bilet załatwiony – i zakupiony w dniu festiwalu. Ale nieważne!
Na festiwal ruszyłem z kumplem i trzema jego znajomymi. Pokrzepiwszy się niewielką dawką Żuberka, trafiliśmy na stację metra Młociny, skąd kursował jeden z dwóch specjalnych, koncertowych autobusów. Droga z Młocin na koncert nie była długa, choć dłużyła się – prócz emocji dawało się we znaki słońce. W końcu dojechaliśmy. Na miejscu, jeszcze przed wejściem na teren lotniska, gdzie odbywało się to epokowe wydarzenie, spotkaliśmy miłą panią w czerwono-białym wdzianku, która rozdawała darmową colę (w pobliżu było jeszcze kilka takich pań
). Wzięliśmy po puszce i ruszyliśmy dalej. O ile dobrze pamiętam, po drodze przejść trzeba było przez trzy bramki, przy żadnej jednak nie przedarto nam biletów. Dziwne, ale nieważne. Ogarnęliśmy się, skorzystaliśmy z toi-toików i biegiem prawie udaliśmy się w okolice sceny, gdzie już zaczynał grać Anthrax.

Nie znam ich twórczości, więc raczej słuchałem, niż się bawiłem. Nie wiem, czy narobiłem sobie na nich smaka – chyba nie, ale sam występ był naprawdę dobry. Joey Belladonna, choć jest o rok starszy od zdziadziałego trochę Toma Arayi, skakał, biegał po scenie, gestykulował – ogółem, dawał z siebie wszystko. Reszta zespołu starała się nie zostawać w tyle – tu wyróżnił się Scott Ian, momentami skaczący niemal jak Marc Rizzo. Muzycznie, o ile mogę stwierdzić, było na poziomie, nóżką dało się tupać i głową pomachać. Na plus.
Następnie oczekiwanie na Megadeth. Tutaj miał miejsce pierwszy wkurw na publikę. Nie wiem kto i dlaczego rozkręcił coś takiego, ani co to w ogóle miało być i czemu służyć – blisko barierek Golden Circle ludzie z tyłu nagle zaczęli się pchać i napierać na przód. Ktoś to podłapał – zaczęło się napieranie z lewej, później z prawej strony, z przodu. Chore, głupie. Cofnęliśmy się w jakieś bardziej „ogarnięte” miejsce, bo nie dało się tego wytrzymać.
Wreszcie Rudy i spółka zaczęli.

Setlistę – z okazji dwudziestolecia nagrania Rust in Peace – tworzyły niemal wyłącznie kawałki z tej płyty (oprócz „Dawn Patrol„), poleciało też kilka żelaznych klasyków z innych albumów – „Symphony of Destruction” (publika chórem „nuciła” główny riff w formie „turututurutu„), „Peace Sells„, poza tym „Sweating Bullets„, „Headcrusher” iiiii… chyba tyle. Wszystko zagrane bardzo ładnie, energicznie, ale Dave, no cóż – on po prostu NIE JEST wokalistą. Tyle.
Po koncercie Megadave’a chciałem zostać na miejscu, bo było dobre, ugiąłem się jednak pod namowami towarzyszy i poszliśmy kupić coś do picia. Zebraliśmy się, jak tylko usłyszałem pierwsze dźwięki „World Painted Blood„.

Na początku, niestety, trafiliśmy na jakieś maksymalnie nieruchawe towarzystwo – tutaj wkurw numer dwa. Z jednej strony – panowie i panie, wiek mniej więcej od 30 w górę. Z drugiej strony – dzieciarnia. Stoją oni wszyscy, gapią się, zero reakcji. Uznaliśmy, że zabawa nie będzie zbyt dobra w takim otoczeniu, chcieliśmy więc przejść dalej. Trzy razy próbowaliśmy się przecisnąć, trzy razy się nie udało. Ludzie patrzyli tylko na nas dziwnie, jakby nie rozumiejąc, co chcemy zrobić. Kurwiąc pod nosem, podjęliśmy czwartą próbę – udało się! Weszliśmy między dwa młyny, dużo nastolatków i ludzi około dwudziestki, większość w ruchu. O to kurwa chodzi na koncercie Slayera, ludzie!
Set był piękny, bo jaki mógł być? Z ostatniej płyty poleciało wspomniane „World Painted Blood”, „Hate Worldwide” i totalnie niekoncertowe „Beauty Through Order„. Prócz tego klasyki – „Angel of Death„, „Raining Blood„, „South of Heaven„, „War Ensemble„, „Mandatory Suicide„, poza tym kolejny niekoncertowy kawałek – „Jihad„, „Dead Skin Mask„, „Chemical Warfare„. Ku mojemu rozczarowaniu nie było „Cult” ani „Seasons in The Abyss„, a przecież można by je wsadzić zamiast tych niekoncertowych numerów (Slayer uparcie gra „Jihad” od wydania Christ Illusion, nie rozumiem tego). A zespół – jak to Slayer. Hanneman zasłonięty włosami i zajęty wymiataniem. King – jakby nigdy się nie postarzał, jakby zatrzymał się w latach ’90 – zarówno jeśli chodzi o wygląd, jak i o formę na koncertach. Lombardo podobnie. Araya oczywiście nie mógł headbangować, ale i tak widać było, że wczuwa się i nie zdziadział do końca. Tak trzymać!
Po koncercie Sleja miał miejsce kolejny wkurw* – obok nas kilka dziewczyn usiadło sobie na ziemi, kiedy ludzie z boku znowu zaczęli napierać. W rezultacie co najmniej kilkanaście osób (w tym ja), nie mogąc zachować równowagi, upadło na te dziewczyny. Na szczęście nikomu chyba nic się nie stało.
Po najdłuższym czekaniu na scenę, wśród pisków i krzyków największej ilości osób wyszła Metallica.

Tak – przy ich koncercie zdecydowanie można użyć wielu „najów”: najlepsze nagłośnienie, najlepsza atmosfera, najwięcej fanów, najlepszy osprzęt (pirotechnika, trzeci, wielki telebim), najlepsza pora (było już ciemno), najdłuższy set… No cóż, trudno było się oszukiwać i oczekiwać, że to naprawdę będzie coś więcej, niż koncert Metallica + supporty. Przyjęcie przez fanów sprawiło, że to oni dawali z siebie najwięcej. Do tego w moim otoczeniu trudno było znaleźć osobę, która by nie śpiewała czy to całych piosenek, czy to refrenów. Ale jakoś najbardziej uderzył mnie fakt, że Metallica zagrała z 15 minut dłużej, niż miała, podczas gdy taki Slayer grał minut 55.
Mimo to, wydarzenie na pewno jest wydarzeniem historycznym i cieszę się, że byłem jego częścią. Wielka rzesza
ludzi, zapchane metro i autobusy, atmosfera wielkiego wydarzenia, kilka przypadkowych spotkań – wszystko to sprawiało, że z koncertu wracałem szczęśliwy.
*dzisiaj nie jestem już do końca pewny, czy to było pzed Slayerem, a Metalliką… Ale jakoś bardziej mi pasuje, że przed Metalliką






Kuźwa ja też na Slayerze byłem wśród jakichś dziwnych ludzi, dla których szczytem zabawy było złożenie corny i machanie nią w rytm :F
Szukałem wzrokiem jakiegoś młynu z 15 minut i nic nie wypatrzyłem. Żenada.
Na Slayerze od początku byłem w młynie po lewej stronie sceny, choć na początku jakieś dwa cwele zwróciły mi uwage żebym nie wymachiwał łokciami..O_o. Chwile po tym cwele poszły , zostało kilka łysych napakowanych kopii Kinga, więc można było ponapierdalać. Z koncertu zadowolony