Leszek Możdżer – 31.07.10, Przystanek Woodstock
Napisany 9 sie 2010 przez renegad | Napisane w classical | Otagowane classical, relacja | 3 komentarzy »
Wyrzućmy stereotypy do kosza. Przystanek Woodstock to nie tylko impreza na której piwo leje się strumieniami, kurz wypełnia nozdrza, a wszędzie są dzikie kąpiele błotne, ale też miejsce gdzie spotkać może się prawnik na urlopie, z dawnym kumplem z liceum, który w odróżnieniu od niego, postanowił zostać anarchistycznym punkiem.
Choć wydawać by się mogło, że to miejsce gdzie kultura występuje w śladowych ilościach (koncerty i spotkania ze znanymi osobistościami są w zdecydowanej przewadze tłem), to zdarzają się jednak wyjątki.
Jednak żeby nie otrzeć się o śmieszność, należało by również wziąć poprawkę nad zwrotem „wydawało by się”, no bo przecież wyrabianie sobie zdania, poprzez sugerowanie się jakimiś nie do końca obiektywnymi opiniami, to raczej domena ludzi o wątpliwej inteligencji. Sprawdźcie sami zanim wydacie werdykt.
Jak wspominałem we wstępie, odnośnie woodstockowych koncertów, zdarzają się wyjątki gdzie muzyka staje na równi z całą otoczką. Takim niewątpliwie wyjątkiem w tym roku był recital (bo raczej nie koncert), Polskiego wirtuoza fortepianu – Leszka Możdżera. Z racji roku Chopinowskiego, muzyk ten zaprezentował najważniejsze dzieła naszego genialnego kompozytora, ale też przygotował kilka interesujących niespodzianek.
Zacząć jednak trzeba od tego iż okoliczności całego zdarzenia, sprawiały iż był to występ bogaty w eteryczny, czasami mistyczny (namiot, delikatne oświetlenie) klimat.
Leszek wyszedł na scenę ok. godziny 2:30, co tylko sprzyjało atmosferze – jakby nie patrzeć pora ta sprawiła iż do namiotu dotarli ci którzy twórczość i nieprzeciętne umiejętności Polskiego muzyka, znają dosyć dobrze. W przypadku tego nocnego występu ciężko jest rozdrabniać się o opis poszczególnych kompozycji wykonanych przez Możdżera, jednakże wybrzmiały najważniejsze nokturny Chopinowkie, ale też słynne ballady.
Jak przystało na wielkiego muzyka, Możdżer wplatał w kompozycje swoje własne pomysły, używając min. pustych butelek i kawałka szmatki sprawiał, że jego fortepian brzmiał raz jak gitara, by po chwili czarować dźwiękami imitującymi cymbałki. Najciekawiej wypadały momenty kiedy to z nieziemską dbałością o szczegóły (w końcu grał Chopina), zmieniał tempa, wielokrotnie przyspieszając (choć była to godzina wielce daleka od pory ekstatycznej zabawy, to jednak publika reagowała bardzo energicznie) i zwalniając, wprowadzając zgromadzoną publikę w odwrotny stan, od tego o którym wspominałem przed momentem. Wykorzystując tylko jeden instrument, ale jakże wdzięczny, Leszek wytworzył atmosferę która nie pozwalała ani na chwilę się zdekoncentrować. Choć z drugiej strony można było zapomnieć o tym gdzie się jest – czy to Woodstock? Czy może już wykwintna sala koncertowa?







„Moją nieobecność na tym koncercie uważam za największe faux pas, jakie popełniłem na przełomie ostatnich sześciu miesięcy.” [2]
Gad nie wspomniał tylko o siedmiu bisach, co później często podkreślał Owsiak. Ten koncert powinien był się odbyć parę godzin wcześniej!
Fakt bisów była… cała masa^^ Przed jednym z ostatnich utworów Leszek już się „zataczał” – fajny obrazek, koleś ma świetne poczucie humoru. W pewnym momencie sypnął tekstem w rodzaju „Wiecie dlaczego Bach pozostawił tak bogatą spuściznę? Musiał za coś wyżywić swoje dzieciaki” xd Wcisnął tam też jakiegoś bluzga, ale dokładnie nie pamiętam jak to brzmiało
[...] Joplin, no ale ile można ją grać? Były za to inne klasyki rocka. Duże wrażenie zrobił także Leszek Możdżer w namiocie ASP. Grał Szopena w iście… swojski sposób. Lekko przysypiając wchłaniałem te piękne [...]