Coke Live Music Festival – Muse – Kraków, 21.08.2010
Napisany 23 sie 2010 przez Nikołajewicz | Napisane w alternative rock, indie rock, progressive rock, rock | Otagowane alternative rock, indie rock, progressive rock, relacja, rock | 1 komentarz »
Na początku marca marzenia fanów Muse znad Wisły się spełniły – ich ulubiony zespół potwierdził koncert w Polsce. W obliczu braku innych interesujących mnie wykonawców nie pozostało nic innego, jak kupić bilet jednodniowy, zainstalować się w samochodzie i pewnej słonecznej soboty udać się do Krakowa.
Podobnie do mnie postąpiło zapewne wielu, co można było wywnioskować po ilości widzianych niebieskich opasek na nadgarstkach oraz po koszulkach z logiem podobno jednego z najważniejszych współczesnych zespołów rockowych. Po spacerze na krakowskim rynku dojechaliśmy do Muzem Lotnictwa, gdzie cała impreza miała miejsce. Przede wszystkim zaskakująca była wielkość pola, na którym usytuowany był festiwal – na podobnej powierzchni odbywają się o wiele bardziej lokalne Juwenalia… Ale o dziwo wszyscy (według szacunków organizatora 45 tysięcy osób) na tym skrawku ziemi się pomieścili.
Zespoły występujące na innych scenach zdecydowanie nie zebrały tak licznej publiczności jak grupy ze sceny głównej. Burn Stage cechowała się dużą ilością elektroniki, z kolei na Coke Stage znalazło się miejsce zarówno dla dźwięków gitary, jak i syntezatorów i laptopów. Moją uwagę przykuł zespół Natural Born Chillers, łączący sprytnie gitary (czasem post-rockowe tremola, czasem jakiś quasi-shoegaze) z twardym, perkusyjnym bitem i mocnym basem zatykającym płuca. Będę musiał im się kiedyś przyjrzeć.
Przebrnąwszy przez pobieżne zwiedzanie pola oraz bardzo kłopotliwy system płatniczy (kiepski dla kogoś przyjeżdżającego na jeden dzień lub z mniejszą ilością gotówki, dla organizatora kurs 1 bon = 3 złote chyba nie jest problemem) udaliśmy się bliżej sceny, by w rozgorączkowanym tłumie, na godzinę przed koncertem headlinera festiwalu, zająć sobie miejsca. A tłum był na tyle żądny zabawy, że bawił się nawet przy piosenkach lecących podczas gdy techniczni Muse uwijali się na scenie. Śpiewanie „łooo” z „The Kid Aren’t Allright” Offspringów, aplauz po „Chop Suey!” System of a Down… To wszystko zapewni Ci krakowska publiczność. Za resztę zapłacisz bonami, tylko trzy złote za jeden. Jeszcze na chwilę na scenę przyszedł Mikołaj Ziółkowski, by ogłosić kilka rzeczy organizacyjnych i podziękować Alter Artowi (czyli tak naprawdę samemu sobie) za ten festiwal. Jeszcze tylko chwila i kilka minut po dwudziestej trzeciej zaczyna się…
O Muse krążą różne opinie – dobre i złe. Fani cenią mieszanie różnych gatunków i pomysłowość, przeciwnicy zarzucają patos i w najgorszym wypadku zrzynanie z Radiogłowych. Jedno jest pewne – ich koncerty muszą robić wrażenie. Zaczęli od „New Born” – numeru otwierającego mój ulubiony album angielskiego tria, Origin of Symmetry. Odpalili telebim nad sceną (kompilację sześciokątów, na których wyświetlano wizualizacje), włączyły się lasery krążące nad publiką. Światła, lasery, obraz modyfikowany równolegle z muzyką i co tam jeszcze chcesz.
Setlista w dużej mierze opierała się na ostatniej płycie – The Resistance, co nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Było „Uprising”, było „Undisclosed Desires” (na którym miała mieć miejsce akcja z latarkami, jednak chyba nie wszyscy się posłuchali), a ze starszych utworów m.in. „Bliss” (które wybrali fani w internetowej ankiecie) czy „Supermassive Black Hole” (pozdrawiam fanki „Zmierzchu”, które przy tym piszczały głośniej niż dziesięć wuwuzeli). Tak czy inaczej – cały set brzmiał naprawdę dobrze. Muse to taka maszyna koncertowa… Trudno zaprzeczyć – Matt Bellamy wokalnie w ogóle się nie oszczędza i brzmi jak w studiu, podobnie z instrumentami. Coś tam czasem zanikało, czegoś tam nie było słychać, ale tak dobrze odegrać własny materiał? Kolejne pozdrowienia, tym razem zwolenników teorii spiskowych, jakoby Muse grało z playbacku.
Zagrali ok. półtorej godziny. W tym czasie między swoje utwory wpletli kilka muzycznych cytatów (m.in. „Headup” Deftones czy „Back in Black” AC/DC, „Maggie’s Farm” w aranżacji Rage Against The Machine chyba też było), podziękowali kilka razy w języku angielskim i (a jakże) polskim (mówił głównie Dominic Howard – perkusista zespołu) i zmarnowali szansę na całkowite kupienie polskiej publiczności (nie grając fragmentu Nokturnu Es-Dur Chopina będącego codą „United States of Eurasia”). Mimo tego uradowali i rozgrzali widownię do czerwoności. To był koncert, którego się nie zapomina. Jeszcze tylko na finał festiwalu zrobiono pokaz sztucznych ogni i można było wracać do domu.
A tutaj zainteresowani znajdą setlistę z koncertu.






sam miałem okazję zobaczyć Muse na żywo, ale w Holandii. show było nieziemskie i z tego co widzę nie porównywalnie lepsze do tego co pokazali w Polsce.