Tauron Nowa Muzyka – Katowice, 26-29.08.10
Napisany 31 sie 2010 przez renegad | Napisane w ambient, chillout, electronic, glitch, hip-hop, idm, minimal, techno, trip-hop | Otagowane ambient, chillout, electronic, glitch, hip-hop, idm, minimal, relacja, techno, trip-hop | 3 komentarzy »
Zakończenie muzycznego lata nastąpiło w Katowicach, mieście które zaskoczyło mnie swoją artystyczną otoczką.
Starania o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury idą im, śmiem twierdzić bardzo dobrze, co pokazuje m.in. ostatni weekend sierpnia. Spodek zajęty przez fanów gitarowego grania, a niedalekie Muzeum Śląskie przez malkontentów, ludzi wynudzonych ułożonym, nic nie wnoszącym do świata dźwięków „sileniem się”.
Na Tauronie żaden artysta się nie silił, dużo w tym wszystkim było czystej nieskrępowanej pewności siebie, co oczywiście pokazało kilka setów.
Na papierze, line-upowo festiwal prezentował się wyśmienicie, nie problemem było zapełnić 3 sceny wyśmienitym kolażem dźwięków (gdzie indziej przechodząc 400 metrów zdołasz posłuchać math rocka, dusznego dubstepu i chillującego electro popu? – a to tylko jedna z wielu kombinacji możliwych do ułożenia).
Nasz (pozdrowienia dla Tymka) muzyczny trip zaczęliśmy w piątek na Club Stage. Przywitał nas Kevin Martin i jego przyjaciele z King Midas Sound, czyli pierwszy muzyczny przystanek żądnego basu słuchacza. Od razu wspomnę, że projekt King Midas Sound jest na tyle nietypowy brzmieniowo (choć chyba bardziej nietypowy czasowo), iż przegapić ich było by wielkim błędem. Po pierwsze – trip-hop, to właśnie ten jakże mistyczny gatunek zdominował debiutancki longplay tej ekipy. O ile płyta brzmi jak świetnie zaprojektowany revival, to odsłona live to już nieco inna para kaloszy. Siłą ich debiutu były wokale – głębokie, jakby uduchowione, świetnie pasujące do warstwy muzycznej, live to niestety właśnie wokale prezentowały się najsłabiej. Nie wiem czy to efekt nagłośnienia ale brzmiało to bardzo słabo, ciężko było zrozumieć słowa wypowiadane/wyśpiewywane przez wokalistów, do tego niesłychanie głośne, zdzierające wręcz piski generowane przez Martina i koncert który miał być świetny okazał się jedynie dobry. Dobry bo to właśnie doświadczony Kevin w zdecydowanej mierze (poza tymi przedecybelowanymi motywami) utrzymywał wysoki poziom muzyczny. Beaty brzmiały bardzo „mięsiscie”, warsztat DJski również świetny (przejścia pomiędzy poszczególnymi utworami bardzo sprawne) i to było by na tyle. Mistycyzm którego oczekiwałem od King Midas Sound gdzieś uleciał, pozostał co najwyżej niezły klimat.
Z Club Stage poszliśmy pozwiedzać. Teren festiwalu to śmiem twierdzić, że obok samego line upu największa zaleta tej imprezy. Czuć post-industrialny klimat, budynki pokopalniane jak np. hala usytuowana obok Club Stage pasowały do ogólnego wizerunku imprezy. Nieopodal głównej sceny festiwalowej stał monumentalnie prezentujący się szyb kopalniany, który dzięki świetnemu oświetleniu wyrósł na znak rozpoznawczy imprezy (taki trochę nasz własny Melt). Po krótkiej integracji z festiwalowym otoczeniem popędziliśmy pod Club Stage (jak się później dowiecie – często odwiedzaną przez nas scenę). Wybiła godzina 22 i wtedy (bardzo punktualnie) zjawił się na niej Pantha Du Prince.
Muszę przyznać, że po występie Niemca oczekiwałem bardzo wiele. Pogodzić wysokiej jakości walory artystyczne, z tanecznym wydźwiękiem nie każdy potrafi, aczkolwiek Hendrik Weber wyszedł ze spotkania z wymagająca Polską publicznością, obronną ręką.
Mówisz Pantha, myślisz dzwoneczki i tego nie zabrakło. Sampling wyszukanych form dźwiękowych ten człowiek opanował do perfekcji. Raz, że przyjemnie tego się słuchało, dwa, że rytmicznie było bardzo bujająco – duża ilość elementów deep houseowych wplatanych w utwory. Jego set był dla mnie nad wyraz satysfakcjonujący i wysoko lokujący się w kwestiach „przeżycie koncertowe”.
Jedziemy dalej – wraz ze spadkiem sił fizycznych, postanowiliśmy wspólnie z Tymkiem poczilować pod sceną główną, gdzie grać miał Bonobo i jego koncertowa ekipa. Powiem szczerze, że jego najnowsza wydawnicza pozycja czyli Black Sands trzyma się wysoko wśród tegorocznych płyt elektronicznych. Dlatego też oczekiwania miałem mocno wygórowane. Bonobo zaprezentował jak wspominałem koncertowo-zespołową formę, samemu rezygnując ze stania za deckami na rzecz gitary basowej. No i jak można było się spodziewać muzyka nabrała momentami czysto improwizacyjnego, nieco jazzowego wymiaru (m.in. ze względu na obecność Andreyi Triany na scenie). Osobiście liczyłem na bardziej taneczne wydanie, no ale cóż nie można mieć wszystkiego, leżąc na specjalnie przygotowanych do tego miejscach (wypełnione cholera wie czym „balony”) odzyskałem nieco sił i ponownie ruszyliśmy pod Club Stage.
Tak więc wpadamy pod scenę a tu… ciemno! Zero świateł, mały stolik z dwoma laptopami – czy tak wyobrażacie sobie oprawę seta legend IDMu? Autechre zaczęli grać wcześniej niż pokazywał to timetable (ok. 24.45 a planowo miało się to zacząć o pierwszej). Zważywszy, że nie było żadnych świateł to nastrój wytworzył się sam. Set Autechre wydawał się być odizolowanym od całej reszty festiwalu – w porównaniu z innym artystami był to zupełnie inny muzyczny świat. Pokuszę się o stwierdzenie, że był to występ w 100% pasujący do miejsca w którym się odbywał. Odhumanizowany muzyczny spektakl pełen krystalicznych breaków, złowrogich basów (najlepiej nagłośnione basy na całym feście) mógł się podobać. Jedyne co mnie martwiło to to, że podczas całego trwania seta (1,5 godziny) usłyszałem może z 5 motywów przy których z pozycji statycznej łatwiej było wprowadzić się w ruch (już nie mówię o tańczeniu). Oczywiście łatwo można to wytłumaczyć faktem, iż w żadnym stopniu nie jest to elektronika taneczna, a ta stawiająca na walory dźwiękowe (które naprawdę imponowały – warsztat panowie mają niesamowity). Rzecz jasna półtorej godziny takiego grania to też zbyt wiele, Tymek już ledwo dawał radę (biorąc pod uwagę iż w piątek dotarliśmy do deszczowych Katowic, plus poszukiwania pola namiotowego, no i dotarcie na festiwal = niziny fizyczne). Tak więc po secie Autechre wróciliśmy na pole, oddalone od festiwalu o 4 km. Uwaga! Pieszo, zwiedzając nocą Katowice.
Sobota na prezentowała się imponująco, liczba artystów których chciałem zobaczyć o ponad połowę przekraczała dzień poprzedni, dlatego też uzbroiliśmy się w energetyki i ruszyliśmy na Bibio. Ponownie zawitaliśmy pod Club Stage, tym razem już jednak nieco spóźnieni. Nie zmienia to faktu, że 40 minut seta Brytyjczyka które udało nam się zobaczyć bardzo nam się podobało, jedyny mankament to fakt iż Bibio nie jest zbyt dobrym DJem (w sensie stricte koncertowym), brak przejść pomiędzy utworami spowodował, że set był trochę rwany. Po Bibio zawędrowaliśmy na Live Stage gdzie grała już Dub Mafia. Show bardzo energetyczne, mieszanka żywych instrumentów i typowo dubstepowych wobbli wypadała wyjątkowo dobrze. Dodatkowo nastrój jaki płynął z samej sceny – zabawnie wyglądający DJ i energiczna wokalistka, to combo zapewniające tej ekipie wysoką notę.
Zbliżała się godzina 21 i występ artysty który z miejsca stał się czołową postacią abstrakcyjnych form hip-hopowych, mianowicie wprost z LA na Club Stage zawitał Nosaj Thing. Przyznam się szczerze, że akurat dokonania albumowe Jasona znam słabo, jednak jego DJ sety znajdujące się na YouTube brzmią imponująco. Nie inaczej było tego wieczoru. Ciepłe, delikatne, aczkolwiek techniczne i momentami nieźle pokręcone, muzyczne pejzaże Kalifornijczyka powalały, słuchało się tego niezwykle przyjemnie. Set na którego kolejne odsłony czekało się z wielkim zainteresowaniem.
W taki oto sposób docieramy do jednej z największych gwiazd imprezy (możliwe, że i największej), legendy instrumentalnego hip-hopu – Prefuse 73. Facet którego zasługi dla gatunku są nie mniejsze niż DJa Shadowa, pojawił się na Live Stage z perkusistą, co oczywiście bardzo mnie uradowało. Ponoć materiał który miał zaprezentować w sobotnią noc Herren, to nowe nagrania z nadchodzącego albumu. Jeśli tak faktycznie było to fanom pociętego, wypełnionego po brzegi samplami-miniaturkami hip-hopu, album się spodoba. Guillermo dwoił się i troił, stojąc za swoim stolikiem wypełnionym nie małą ilością sprzętu. Syta warstwa elektroniczna, charakterystyczne beaty i swoista konwersacja pomiędzy pałkerem a samym mistrzem ceremonii, mnie osobiście bardzo się spodobała i pozwoliła nawet na chwilę odlotu, gdzieś w rejony ciężkie do sprecyzowania topograficznie^^
Po świetnym występie Nosaja i Herrena byłem już bardzo mocno usatysfakcjonowany, a czekało mnie przecież jeszcze kilka ciekawie zapowiadających się występów, w tym Floating Points którego występ na Red Bull Stage, mocno mnie zaskoczył. Po pierwsze znając jego dokonania z kapitalnych EPek spodziewałem się wywracającego trzewia basowego house’u. Po drugie, facet nie był na scenie sam – towarzyszyła mu tancerka i DJka w jednym, co miało niemały wpływ na wydźwięk samego seta. Oczywiście było tanecznie, bardzo funkowo, gdzieś w połowie seta wkradać zaczęły się charakterystyczne basy. To co bardzo mi się spodobało na RB Stage to fakt, że nagłośnienie było tak ustawione, że można było bez problemu pogadać, jednocześnie nie tracili na tym sami artyści bo dźwięk był bardzo czysty i przestrzenny.
Godzina 24 na scenie głównej to czas przeznaczony dla najbardziej oczekiwanej przez nas ekipy, niemieckiego Moderatu. Przyznam szczerze, że koncert tej ekipy to wydarzenie w tym roku dla mnie najważniejsze. Album który okazał się być współczesnym elektronicznym arcydziełem, mieszającym estetykę techno z dubstepem, podlanym dodatkowo idmowym sznytem, sprawił, że muzycy z serca elektronicznego świata, z miejsca stali się wielką elektroniczną gwiazdą. Z racji „ważności” tego występu, usytuowaliśmy się przy samych barierkach, tuż pod sceną. Zaczęli z lekkim opóźnieniem. Z głośników popłynęły pierwsze dźwięki, to było „A New Error„. Ekstaza, inaczej tego nazwać nie potrafię, brzmienie tak czyste i pełne, że aż włosy się jeżyły, i taki stan już na tym koncercie mnie nie opuścił. Choć w nogach miałem dwa dni pełne pląsów i pieszych wycieczek, to ani na moment nie przestałem się ruszać – nie dało się. Co najważniejsze, sami artyści byli w fantastycznych humorach. Występowanie dla Polskiej publiki traktują szczególnie, było widać, że są pod wielkim wrażeniem tego co działo się pod sceną (najprawdopodobniej najliczniejsza publika na festiwalu). Niemcy zagrali szlagiery w rodzaju „Seamonkey” (tutaj to już lewitowałem), „Rusty Nails” (świetne intro), czy „Porc” podczas którego Sascha sięgnął po gitarę. Niesamowicie ucieszyła mnie obecność w secie, epickiego „Les Grandes Marches„, czy utworów z nieco bardziej dubowym posmakiem jak „Slow Match„, „Nr. 22” (coś pięknego) czy „Let Your Love Grow„. Szczerze to nie było słabych momentów podczas tego koncertu, co i rusz wplatali w utwory jakieś nowe motywy, przez co nie brzmiało to jak granie z płyty. Na zakończenie zagrali coś czego chyba nikt się nie spodziewał – premierowy utwór! Stylistycznie przypominający te nieco bardziej idmowe formy(oczywiście odpowiednio z dubowane), ale to wokal Saschy (brzmiał wypisz wymaluj jak Thom Yorke) najbardziej powalał i nadawał temu wszystkiemu nieco „kid ejowego” posmaku – widać, że wspólne koncertowanie z Radiohead odcisnęło piętno na Niemiaszkach.
Gdybym na tym koncercie zakończył festiwal i poszedł w kimę dając odetchnąć swojemu wymordowanemu ciału, to chyba pluł bym sobie w brodę, bo oto nad Club Stage przeszedł huragan i trzęsienie ziemi w jednym – Gaslamp „The Mothafucking” Kiler! Przemieszczając się w miarę szybko ze sceny głównej na usytuowaną na drugim końcu festiwalowego terenu Club Stage, udało nam się zdążyć jeszcze na końcówkę koncertu Gonjasufiego, wspieranego beatami Gaslamp Killera. Wiele mieliśmy szczęścia bo trafiliśmy na szlagiery – „She’s Gone„, „Ancestors” (bas tak soczysty i gęsty, że można było w nim pływać^^) i bardzo wymowne „Holidays„. Nie powiem, sufista daje radę, jako postać jest na tyle charyzmatyczny, iż w swój psychodeliczny świat zgrabnie wprowadził Polaczków zgromadzonych pod sceną. Jak się później okazało szalony Kalifornijczyk zapraszał Gonjasufiego na scenę jeszcze kilkukrotnie, jak na ziomków przystało jeden drugiego mocno hajpował przed publiką. Sam set Gaslampa był tak eklektyczny, że co chwilę łapałem się za głowę z rozdziabioną japą. Rave, techno, glitch, eksperymentalny hip-hop (grał wiele premierowych utworów), J Dilla, ale też wpleciony gdzieś pod koniec seta Jimi Hendrix! Ciężko było pojąc jak on to wszystko łączy, spajając jednocześnie wspólnym mianownikiem ciężkich wobbli. W kwestiach czystej rozrywki, zabawy, to publika na secie Gaslampa dawała tak radę, iż facet sam tego nie ogarniał i przeciągnął nad programowo swój set, rozkładając swój laptop po raz drugi. Amerykanin to postać tak barwna i sympatyczna, z głową pełną anegdot (wywód na temat „I Have a Dream” Martina Lutera Kinga) iż ciężko było go nie polubić podczas tych dwóch godzin spędzonych pod Club Stage. W pewnym momencie facet wyciągnął blunta i wspólnie z Gonjasufim wprowadził się w odpowiedni do sytuacji stan (końcówka seta pełna była psychodelicznych motywów). Teksty typu „we have more weed” były naprawdę zabawne, brakowało tylko tego, żeby zszedł ze sceny podzielić się nim z rozentuzjazmowaną publiką. Zdecydowanie show nr 1 całego festiwalu, takiej euforii wśród publiki, podczas festiwalu nie widziałem dotychczas na własne oczy. Nawet siły mi wróciły i szczerze to chciałem więcej, set jak dla mnie mógłby się nie kończyć. Etykietka jaką przylepiono Gaslampowi – „The Crazieszt DJ in The World”, jak najbardziej zasłużona.
W taki oto sposób zakończył się festiwal dla mnie wyjątkowy, to był mój pierwszy raz na Katowickiej imprezie, ale bankowo nie ostatni. Biorąc pod uwagę możliwości organizatorów, za rok możemy spodziewać się kogoś pokroju Aphex Twina czy którejś z legend dubstepu – może Benga? Nie wiem! Tak czy inaczej wyśmienita impreza i zdecydowanie najlepsza na jakiej byłem w te wakacje.







zazdroszcze dub mafii na żywo muszą być jeszcze bardziej energiczni
Jeśli chodzi o Europejską Stolicę Kultury to Wrocław wygrywa z Katowicami
Szkoda, że na Tauronie było tak mało ludzi.
Bardzo możliwe, We Wrocku nie byłem – znam tylko z opowieści
Co do frekwencji, to wiesz nie jest to festiwal który ma przyciągać przypadkowe masy, a raczej jako takich fanów/słuchaczy, obeznanych w tym co na poszczególnych scenach gra.