

„Ech, Cool Kids of Death„, powiedzieli wszyscy chórem, po czym pokręcili głowami i zajęli się własnymi sprawami „A pamiętacie jak CKOD…”, pamiętamy. „A wiecie, że CKOD…”, wiemy. „A w MTV…”, tak, wystąpili i nic nie zdemolowali. Nie ułożyli wielkiego stosu i nic nie spłonęło. Prezenterzy MTV nie znaleźli się na trajektorii lotu kamienia, a ściana / rozjebana nie została. Od dawna wiemy już o co w tym wszystkim chodziło, a jeżeli nie wiemy, to tematu nie drążymy, bo przecież to nas w 2011 roku nie interesuje. Ech, Cool Kids of Death.
Czytaj dalej »

D ruga część z serii artykułów poświęconych muzyce, którą usłyszymy w grach stała się właśnie ciałem. Tym razem moje zestawienie jest niemal całkowicie zdominowane przez konsole, aczkolwiek jednocześnie uspokajam i zapewniam, że miłuję mniej muzyki ‘blaszanej’ niż konsolowej, ale nie tak dużo mniej, żeby o niej już nigdy nie wspominać, a wręcz przeciwnie: szykuję coś GRUBSZEGO, o czym poinformuję później, a tymczasem „zapraszam do lektury”.

Czytaj dalej »

Muzyka w filmach, czy muzyka w grach – przez chwilę nie mogłem się zdecydować, ale ostatecznie wybór mógł być tylko jeden. Mój nowy ciąg (mam nadzieje) luźnych przemyśleń i artykułów dotyczyć będzie muzyki, na którą natknąłem się w swoim życiu we wszelkich grach, niezależnie od platformy. Oczywiście do sprawy przystępuje bardzo swobodnie, więc regułą będzie jej brak, a ilość omawianych pozycji nie będzie ograniczana żadnym minimum ani maksimum. Być może przyjdzie czas również na przyjrzenie się pod tym kątem filmom, ale raz, że osobiście nie czuję się na siłach, a dwa – gry są fajniejsze.

Czytaj dalej »

Jak się czuję z myślą, że oto jestem naocznym świadkiem nowej muzycznej dekady od jej zarania i pod koniec 2019 roku zacznę porządkować ‘Ranking najlepszych płyt dziesięciolecia według redakcji miesięcznika „Winyl„ z czystym sumieniem, bo byłem i czuwałem? Bardzo dobrze; rzec by można: w końcu!
Czytaj dalej »


Dokładnie cztery lata temu świat wstrzymał oddech. Cztery lata i cztery miesiące temu. Legendarni już wówczas The Unwounds nie musieli niczego udowadniać, wszak mieli na swoim koncie obiektywnie rewelacyjne Repetition („best album ever”, pitchfork.com), drogie instrumenty i przychylność wszelkich muzycznych środowisk („sick shit”, ultimate-guitar.com; „polecam”, Teraz Rock). Trio z krainy kangurów postanowiło ostatecznie rozwiązać kwestię połączenia ciężkich gitar z lekkim powietrzem i wprawić słuchaczy na całym świecie w osłupienie. Byli zajebiści, to fakt, ale nawet tacy ludzie potrzebują czasem pomocy od samego Boga. Tym Bogiem był w tym przypadku Rick Rubin, który postanowił pomóc gwiazdom z Tumwater w osiągnięciu postawionego celu. Swoją drogą, wiąże się z tym wydarzeniem pewna anegdota – Rubin podobno tak bardzo pragnął współpracy Brytyjczykami, że on sam (!) zaproponował Unwoundsom wspólną sesję nagraniową, natomiast gdy Justin Trosper odmówił, Rick wyłożył na blat grube miliony, co zmieniło stosunek do sprawy popularnego „Trospiego”. Niestety jest to ostatnia wesoła rzecz, jaką możemy o omawianym zespole powiedzieć. Wynikiem owej sesji nagraniowej był album o tytule Leaves Turn Inside You, co wzbudziło z wiadomych względów kontrowersje zarówno wśród fanów, jak i dziennikarzy. Coś zgrzytało, coś zaczęło się psuć. Okładka potwierdziła obawy, natomiast swoistym gwoździem do trumny stał się singiel pod tytułem Scarlette, który dzień po emisji w rozgłośniach radiowych stał się obiektem drwin i szyderstw. Przysłowiowa ‘miarka’ przebrała się na pierwszym koncercie promującym niedoszłe dzieło sztuki: fani najpierw obrzucali zespół jajkami i pomidorami, a następnie wtargnęli na scenę, gdzie złapali tonącą we łzach perkusistkę, brutalnie zgwałcili i zamordowali; następnie wrzucili basistę do wanny, porazili prądem, a to wszystko w czasie, gdy klatkę piersiową wokalisty rozpierdolił Obcy.
Poza ostatnią linijką, to tak właśnie było.
Czytaj dalej »


Mam problem z Joanną, a ten problem nazywa się Have One On Me. Ten jej najnowszy, tegoroczny twór „waży” ponad dwie godziny i o ile nie mam powodów, aby czepiać się za pierwszą część albumu (jak dla mnie mocna siódemka, jak nie ósemka), tak potem zaczyna się tzw. rozmowa na temat skończenia się tematów do rozmowy. Boli mnie to, męczy, tarmosi (mimo wszystko bardziej siódemka). Warto jednak wspomnieć, że Asia robi ukłon w stronę niekumatych, aby w końcu zakumali, bo w przypadku Ys bywało różnie – albo piękno w całej ozdobie, albo ciężkie do zapamiętania plumkanie. Albo mi się podoba mimo, że nie słyszę sensu, albo mi się nie podoba mimo, że ładne. The Milk-Eyed Mender trafia w sedno, chociaż powiedzieć, że pełni rolę pomostu między najnowszym, a środkowym albumem, to chyba nie wypada, bo chronologia krzyczy. Mamy harfę – żadna nowość. Dziecięcy głos, bajkowa przestrzeń, łzy wzruszenia, banan radości i o kurwa, time machine…
Czytaj dalej »
Jeżeli jest wśród czytelników i czytelniczek jakiś Sokrates lub jakaś Wigilia, to w tym momencie chciałbym wam złożyć najserdeczniejsze życzenia z okazji imienin. Rzadko przeglądam Wikipedię w celu uzyskania informacji co do konkretnego dnia, w zasadzie pierwszy raz to robię, i musiał mi się trafić akurat taki nudny dzień. Wczoraj ogłosili nas gospodarzami Euro 2012, jutro Jordan zdobędzie 63 punkty w jednym meczu (a tak w ogóle, to TVP chyba kiedyś pokazywała mecze NBA, nie? Tak mi się przypomniało), a dzisiaj… Dzisiaj imieniny Sokratesa i Wigilii. Specjalnie dla was i tylko dla was cztery rekomendacje ode mnie. Zostały wybrane metodą losową, ale z zastrzeżeniem, że odrzucałem płyty o których nie chciało mi się pisać, lub były to typowania zbyt oczywiste. Na koniec standardowo coś ‘dla oka’, czyli dobre kino dla całej rodziny..
Czytaj dalej »
To już dzisiaj. Walka dobra ze złem, czyli dyskusje przeciwników ze zwolennikami, lub na odwrót – zwolenników z przeciwnikami. Nie oszukujmy się, takich emocji nie wywołują nawet święta Bożego Narodzenia i, jak co roku, ‘ich sztuczny klimat, sztuczne uśmiechy, durne tradycje, niepotrzebne wydatki’. Ale barszcz z uszkami by się zjadło, nie? Dajmy walentynkom żyć, a to, że mamy je w czterech literach i generalnie obsysają… Doceńmy przynajmniej ich moc oddziaływania – samoistnie przeniosły poniedziałek na niedzielę, przez co już dzisiaj możecie przeczytać co tygodniową rekomendację. Oczywiście będzie słodko, ckliwie i full of love mimo, że piosenki o miłości mogą ci nie wyjść na zdrowie.
Czytaj dalej »


Drodzy Polacy! Żołnierze, cywile, piekarze, lekarze, strażacy, policjanci, sprzedawcy, ojcowie, wasze żony i dzieci, politycy, sportowcy, dziennikarze, naukowcy, biznesmeni, górnicy i wszyscy ci, których pominąłem, a są obywatelami tego kraju – zwracam się do was jako głowa państwa, ale również jako jeden z was, Polak. Niestety przyszło nam żyć w czasach, gdzie ponownie odżyły dawne konflikty, ponownie na skalę światową, ale to, co wtedy nasi dziadkowie, pradziadkowie przeżyli jest niczym w porównaniu z tym, co przeżywamy teraz, a trzeba zaznaczyć, że czas szykować się na najgorsze. Apeluję do was, Polacy, udzielcie schronienia każdemu, kto takowego nie posiada, przede wszystkim dzieciom, które mają szansę w przyszłości naprawić nasze błędy. Mamy mało czasu. Niech Bóg ma nas w swojej opiece…
Czytaj dalej »

Coś się kończy, coś zaczyna; kończy się muzyczna dekada, zaczyna się nowa. Czy rok 2009 przejdzie do historii jako ten, który nie zmienił historii nawet o milimetr, czy może wręcz odwrotnie? Jak się prezentuje na tle pozostałych lat ’00? Czy warto o tym rozmawiać? Ja na te pytania nie odpowiem, ale pocieszę wszystkich malkontentów-pesymistów-itakściągniemytoznetahehe (do tych ostatnich niestety się zaliczam, ale cśśśś nr.1): 10 lat to dużo czasu, a tyle właśnie ma muzyka na zaskoczenie nas w jakimkolwiek stopniu w nowej dekadzie. Osobiście nie narzekam na ten nieszczęsny 2009, żałuję tylko iż nie nie starczyło mi czasu na przesłuchanie wszystkich tych płyt, które przesłuchać chciałem. Prawdopodobnie ten ranking za pół roku, rok, będzie wyglądał inaczej, ale w świat pójdzie tylko to, co ukazuje się dzisiaj i tylko dzisiaj, więc zaczynamy. Kwestia pierwsza – kolejność. Nie jest ona w żadnym stopniu przypadkowa, ‘usiadłem i wymyśliłem’ taką kolejność w pełni świadomie, aczkolwiek solidniej na swoich miejscach przesiadują pozycje z tej lepszej połowy zestawienia. Kwestia druga i ostatnia – 10 najlepszych albumów, to 10 najlepszych albumów, ale drużyna piłkarska ma zawodników 11 i wśród tej złotej jedenachy, wirtuozów i wymiataczy znajduje się człowiek od brudnej roboty, czyli Makalele. Tak wyszło, że w tym roku na 11 miejsce przypadło sporo albumów i na początku właśnie je chciałbym wyróżnić.
Czytaj dalej »