

Jest to pierwsza recenzja, którą napisałem odręcznie (dowód!), a dopiero potem przeklepałem do kompa. I chyba pierwsza którą piszę z kompletnych nudów. Tak to już jest, gdy wyjeżdża się niby na chwilę, a pobyt przeciąga się do trzech dni. Laptop został w domu, telewizora nie ma, znajomi też się rozjechali gdzieś, pieniążków starczy na bułkę (wczorajszą) i ostało się tylko radio pośród czterech ścian. Nuda ma też swoje plusy: w końcu po dwóch miesiącach coś się na tym śmiesznym blogu pojawiło nowego. No i żeby nie było: temat wybierany na siłę nie był, bo oto na świat przyszło kolejne dziecko panów z Mastodon.
Czytaj dalej »


Panowie z Mastodon przygotowują się do kolejnego natarcia z kolejnym albumem. Na razie nas raczą jedynie odrzutami z poprzednich sesji nagraniowych i zdawkowymi informacjami (ponoć ma być death metalowy nakurw i odniesienia do tradycyjnego rocka, się zobaczy). Pewnie jeszcze sobie poczekamy na jakieś dźwięki ze studia, więc powspominajmy. Cofnijmy się w czasie do dni, kiedy jeszcze nie było „Leviathana” ani nawet „Remission”, do dni sprzed pamiętnego koncertu High on Fire, na którym Kelliher i Dailor spotkali Hindsa i Sandersa. Witamy roku pańskim 1996. Zespół Lethargy wydaje właśnie swój debiutancki i jedyny album „It’s Hard to Write with a Little Hand”.
Czytaj dalej »

Tą notką mam nadzieję zapoczątkować serię artykułów, w których, jak sam tytuł wskazuje, postaram się przedstawić wykonawców rodzimego pochodzenia, których dzieła bez wstydu możemy eksportować za granicę w myśl zasady „Polak potrafi” (ole! chciałoby się dodać, jak jeden sławny pan w reklamie banku). Zapraszam do czytania i poznawania.
Na pierwszy ogień pójdzie nasz ojczysty post-hardcore o sludge’owo noisowym zabarwieniu reprezentowany przez dziś już nieco zapomnianych wykonawców, których dzieła jednak w dalszym ciągu są warte uwagi. Przygotujcie się więc na duże ilości darcia ryja naraz i ściany przesterowanych gitar.
Czytaj dalej »


Poniedziałek, 28 marca, 2011, Tancredo Neves/Confins International Airport, Belo Horizonte, Brazylia, 26⁰C, wiatr północno-zachodni, zachmurzenie umiarkowane.
Neschukinho, spojrzawszy na zegarek, usiadł na ławce naprzeciwko sali odpraw, kładąc torbę podróżną obok siebie. W tej samej chwili obok usiadł jakiś mężczyzna. Neschukinho zerknął na niego dyskretnie i powiedział cicho:
- Popelina.
- Kadra Smudy z meczu na mecz radzi sobie coraz lepiej. – odpowiedział nieznajomy o aparycji Włocha.
- Bene – odpowiedział Neschukinho, po czym przeszedł do konkretów. – Sprawa jest krótka, choć z tłumikiem. W tej torbie znajduje się 5 milionów rubli w sturublowych banknotach. To jest twoja zaliczka. A twoje zadanie to zlikwidowanie Massimiliano Antonio „Possessed” Cavalery.
Czytaj dalej »


Kiedy trafiłem na płytkę „Marras” October Falls z miejsca zakochałem się bez pamięci. Urzekający, jesienny folk dawał mi odpocząć od metali ciężkich, których pokłady wówczas namiętnie eksplorowałem. Osładzał mi chwile relaksu w długie październikowe i listopadowe wieczory, a i uczyć się przy tym dało. Jednak co za dużo to niezdrowo, więc, żeby się nie znudzić zbyt szybko tym albumem, począłem szukać czegoś podobnego. Ktoś podsunął mi Uaral, no to jazda sprawdzać na last.fm. Neofolk – fajnie; depressive – cóż, lubię smutaśnych piosenek czasem posłuchać; doom metal – można się było spodziewać takiego połączenia. To jeszcze sprawdzimy na rymie skąd są. Chile – jeszcze sobie urozmaicę mój muzyczny atlas, świetnie!
Czytaj dalej »
Z przykrością zawiadamiam, że z pewnych przyczyn, szeregi ekipy redakcyjnej naszego bloga, opuścił ReneGad. Ze składu ubył jeden z założycieli i pomysłodawca nazwy bloga, a więc to dosyć istotne wydarzenie w historii tej strony. Nie będę się już rozpisywał, bo to nie mowa pogrzebowa, dlatego życzę Gadowi pomyślnych wiatrów oraz dużo dobrych dubstepów i innych nowoczesnych jazzów do odkrycia.

Taki jakiś nudny był ten rok pod względem muzycznym. Nie, żeby nie było niespodzianek, były, tylko większość in minus. Przede wszystkim Dillingery i Soulfly, bo na nich liczyłem najbardziej, ale też moim oczekiwaniom (bo pewnie też liczyłem na zbyt wiele) nie sprostali chociażby High on Fire (dupy nie urwało), Rosetta (szybko się znudziło) czy Gorillaz (jakieś takie dziwne). Dobre płyty, ale liczyłem, że zawojują ten rok. Brakowało mi jeszcze przybysza znikąd, tzw. czarnego konia rozgrywek, takiego Urugwaju ostatnich mistrzostw, który przebojem zawładnąłby moją playlistą. Najbliżej był tego Gonjasufi, ale nie wytrzymał na finiszu i później słuchałem go już raczej rzadko. Dość marudzenia, teraz będą spusty, bo oto najlepsza dycha ubiegłego roku.
Czytaj dalej »


Są takie chwile w życiu mężczyzny, że powinien podnieść się po ciosie i oddać dwa razy mocniej. Ale posadzka była taka wygodna, choć zimna. Mógłbym chociaż coś powiedzieć. Ale co? „O kurwa stary! Ale masz ciosa!” Tylko po co? Żebym dostał tym razem z lewej, dla porównania czy drugą ręką potrafi przypierdolić tak samo mocno? Mnie zęby się przydają od czasu do czasu, nie wiem jak pani. Zresztą później dostałem tym jebanym lewym sierpowym, bo wykazałem się ogromną bezczelnością podnosząc dupę z podłogi. Pieprzony Austin, nie lubię chuja.
Czytaj dalej »


- Jako że ostatnio ukazał się najnowszy teledysk grupy Deftones nadarza się idealna okazja by w dzisiejszym odcinku programu „Hity i Shity 2010″ przypomnieć ich najnowszy album pt. Diamond Eyes.
- Cztery lata upłynęły od czasu, gdy sesja nagraniowa przepełniona rozpaczą, cierpieniem, łzami i urwanymi głowami została zwieńczona wydaniem Saturday Night Wrist. Zespół zapowiadał, iż tym razem nastroje w Deftones są znakomite, oni sami cieszą się jak nigdy na samą myśl o ponownym, wspólnym odwiedzeniu studia nagraniowego. Tymczasem, jak to w życiu, dobre tragedii początki: po piątce z odpowiedzi ustnej, nauczycielka oddała kartkówki i basista zespołu, Chi Cheng, uległ wypadkowi samochodowemu, zapadł w śpiączkę, a przyszłość zespołu stanęła pod znakiem zapytania.
- Co ciekawe grupa nie zdecydowała się na wydanie ukończonego już albumu, a nagranego jeszcze z Chi w składzie, pt. Eros. Wybrali trudniejszą drogę, zebrali się do kupy i uzupełniając skład o basistę imieniem Sergio Vega stworzyli od podstaw kolejne dzieło – Diamond Eyes.
Czytaj dalej »


Drodzy słuchacze, oddani fani. Czas na zmiany! Koniec z tribalowymi motywami. Koniec z nowoczesnym i świeżym podejściem do metalu. Nigdy więcej klasycznych zagrywek Rizzo. Zapomnijcie o jakichkolwiek urozmaiceniach! Od dzisiaj tylko ostry nakurw! Wracamy do czasów „Rządów we Krwi”! Niepotrzebnemu kombinowaniu mówimy stanowcze nie. Portugalski język, berimbau – nigdy więcej. Liczy się tylko ostra jazda bez trzymanki. Obiecujemy Wam superciężkie i superszybkie połączenie muzyki klasyków thrashu i hardcore punka. Chcecie prawdziwego thrashu od Maxa Cavalery? Chcecie prawdziwego pierdolnięcia? Wybierzcie Soulfly! Wybierzecie Omen!!! Lista wyborcza nr 7.

Czytaj dalej »