<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<rss version="2.0"
	xmlns:content="http://purl.org/rss/1.0/modules/content/"
	xmlns:wfw="http://wellformedweb.org/CommentAPI/"
	xmlns:dc="http://purl.org/dc/elements/1.1/"
	xmlns:atom="http://www.w3.org/2005/Atom"
	xmlns:sy="http://purl.org/rss/1.0/modules/syndication/"
	xmlns:slash="http://purl.org/rss/1.0/modules/slash/"
	>

<channel>
	<title>:: Winyl :: &#187; Nikołajewicz</title>
	<atom:link href="http://www.winyl.info/author/nikolajewicz/feed/" rel="self" type="application/rss+xml" />
	<link>http://www.winyl.info</link>
	<description>W 33 obroty dookoła muzyki</description>
	<lastBuildDate>Thu, 13 Oct 2011 22:49:39 +0000</lastBuildDate>
	<language>en</language>
	<sy:updatePeriod>hourly</sy:updatePeriod>
	<sy:updateFrequency>1</sy:updateFrequency>
	<generator>http://wordpress.org/?v=3.2.1</generator>
		<item>
		<title>Komety &#8211; Luminal</title>
		<link>http://www.winyl.info/2011/06/08/komety-luminal/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2011/06/08/komety-luminal/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 08 Jun 2011 13:43:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[alternative rock]]></category>
		<category><![CDATA[punk]]></category>
		<category><![CDATA[rock'n'roll]]></category>
		<category><![CDATA[rock]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=3237</guid>
		<description><![CDATA[Fenobarbital (luminal; ATC: N 03 AA 02) – organiczny związek chemiczny, fenylowo–etylowa pochodna kwasu barbiturowego. Stosowany jako środek o działaniu nasennym i uspokajającym, należy do grupy barbituranów. Wprowadzony do lecznictwa w 1912 roku przez firmę farmaceutyczną Bayer pod nazwą handlową Luminal. Działanie opiera się na interakcji z kompleksem receptora GABA. Fenobarbital, jak i inne barbiturany, [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img class="alignleft size-full wp-image-1737" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="" width="100" height="100" /></p>
<p style="text-align: left;"><span style="font-size: 24px;"><strong><img class="alignright size-full wp-image-3208" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/06/komety_luminal.png" alt="" width="200" height="200" />F</strong></span>enobarbital (luminal; ATC: N 03 AA 02) – organiczny związek chemiczny, fenylowo–etylowa pochodna kwasu barbiturowego. Stosowany jako środek o działaniu nasennym i uspokajającym, należy do grupy barbituranów. Wprowadzony do lecznictwa w 1912 roku przez firmę farmaceutyczną Bayer pod nazwą handlową Luminal. Działanie opiera się na interakcji z kompleksem receptora GABA. Fenobarbital, jak i inne barbiturany, powoduje zwiększenie powinowactwa receptora do endogennych ligandów. Wpływa także bezpośrednio na kanał chlorkowy. W ten sposób prowadzi do hiperpolaryzacji błony komórkowej neuronu i tłumi jego aktywność.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;"><span id="more-3237"></span><br />
Po czterech latach od wydania ostatniej studyjnej płyty, jeden z naszych towarów eksportowych – <strong>Komety</strong> – wracają z  nowym albumem. Po wielu zmianach sekcji rytmicznej do zespołu trafili ludzie, którzy towarzyszyli <strong>Lesławowi</strong> (liderowi Komet) w ostatnim składzie <strong>Partii</strong> – grupy będącej bardziej legendarną (i bardziej niedocenianą) protoplastą tria, o którym właśnie piszę, a które jak nikt inny potrafi grać i śpiewać o życiu w wielkim mieście, w dodatku będącym stolicą średniej wielkości (i jakości) państwa, acz nie bez bogatej przeszłości.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Cholernie się cieszę, że Komety nie stoją w miejscu, wałkując przez całą karierę jeden, góra dwa utwory na krzyż. Zaczynali od rockabilly prosto z lat pięćdziesiątych, płytę później włączyli przestery i nie tylko (nagrywając <strong>&#8222;Via Ardiente&#8221;</strong> – moim zdaniem ich opus magnum). Na <strong>&#8222;Akcji V1&#8243;</strong> obniżyli loty, ale zaczęli odważne (jak na ich warunki) eksperymenty. Potem była płyta koncertowa, no i teraz jest <strong>&#8222;Luminal&#8221;</strong>.</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Na nowej płycie dochodzi do zderzenia &#8222;starych&#8221; Komet z początków działalności oraz Komet z okolic &#8222;Akcji V1&#8243;. Przenosimy się w czasie jakieś pięćdziesiąt lat wstecz – przynajmniej dzięki produkcji albumu. Całość brzmi, jakby nie była nagrana w XXI wieku&#8230; Nie jest to zarzut – taka produkcja jest tu zazwyczej ciekawa i mile widziana. Mamy świetne brzmienie gościnnie przewijającego się tu i ówdzie klawisza (jakiś Hammond, jeśli dobrze słyszę), lekko zabrudzone brzmienie bębnów z pogłosem, sporo gitary (ciekawie realizowanej w ramach panoramy), bas – zamulony, wypunktowany kostką, wokal przesterowany (raz zdaje to egzamin, innym razem już nie). Miks albumu jest przejrzysty, bywa dość eksperymentalny, ale przez to nietuzinkowy (bo kto dziś odważyłby się nagrać utwór,  w którym perkusja zajmuje jeden kanał, a inna partia instrumentów perkusyjnych mieszka w kanale drugim?).</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Jeżeli chodzi o aranżacje – jak na Komety jest bogato. Przykładem utwór <strong>&#8222;Mogłem być Tobą&#8221;</strong>, gdzie prócz standardowego, rockandrollowego instrumentarium tu pojawią się smyczki, tam wibrafon, a jeszcze gdzie indziej mini solo na trąbce&#8230; Raz słuchacz otrzymuje jazzująco-kawiarniany klimat (<strong>&#8222;Karolina&#8221;</strong>), innym razem surowy i garażowy punk rock (<strong>&#8222;Niebezpieczny mózg&#8221;</strong>, a jeszcze bardziej <strong>&#8222;Zazdrość&#8221;</strong>), ewentualnie quasi-hiszpańskie klimaty (<strong>&#8222;Powiedz to teraz&#8221;</strong>), okołofunkowe wariacje (<strong>&#8222;Inaczej&#8221;</strong>, <strong>&#8222;Taniec&#8221;</strong>) albo rozciągnięty do czterech i pół minuty (najdłuższy utwór w historii Komet), zamykający album <strong>&#8222;Poddaję się&#8221;</strong>. Instrumentalnie jest naprawdę obiecująco&#8230;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Jednak coś mi tu nie gra. W tym wszystkim czegoś brakuje, lub niczego nie brakuje, ale jest inaczej. Coś uniemożliwia mi wręczenie tej płycie oceny &#8222;bardzo dobra&#8221; czy &#8222;świetna&#8221;. Chyba chodzi o teksty. Wiecie, gdy poznałem Komety i Partię, zapamiętałem Lesława jako człowieka, który jak nikt inny potrafi ująć tematykę relacji damsko-męskich lub społecznych obserwacji. Na &#8222;Luminalu&#8221; brakuje mi tej iskry, którą znam z choćby wyżej wywołanego &#8222;Via Ardiente&#8221; lub z <strong>&#8222;Dziewczyny kontra Chłopcy&#8221;</strong> z repertuaru Partii. Owszem, jest tu kilka fajnych wersów, ale one są pochowane gdzieś za średnimi dywagacjami. Tematyka wciąż ta sama, choć Lesław wydaje się w tym wszystkim jeszcze bardziej samotny i smutny. Teksty przez większość albumu są wierszem białym, a może nawet wolnym (bo to przeciąganie sylab to chyba próba dogonienia muzyki?)&#8230;</p>
<p class="MsoNormal" style="text-align: justify;">Jako że teksty w przypadku Komet są cholernie ważne i mają niewiarygodny wpływ na ocenę końcową każdego ich albumu,jestem skłonny sporo obniżyć ocenę ogólną &#8222;Luminalu&#8221;. To nie jest takie hop siup, że muzyka wszystko załatwi – ja chcę jeszcze kiedyś cytować wybrane kąski z wybranych tekstów. Co ja teraz powiem? Że to mój<em> &#8222;pierwszy wieczór dorosłości, która będzie z Tobą aż do samej śmierci&#8221;</em>? Muzycznie ten album jest absolutnie ciekawy. Słucham instrumentów – ocena idzie w górę. Wsłuchuję się w tekst – ocena spada. Niedobrze! Tak czy siak, płyty mogliby spróbować ludzie, którzy nadchodzące, upalne wakacje spędzą samotnie w dużym i zatłoczonym mieście. Inni, po prostu ciekawi mariaży trąbek, smyków, klawiszy i rokędrola, też mogą sprawdzić ten album. Jeżeli chodzi o konkretniejsze podsumowanie&#8230; Po kilku odsłuchaniach dalej nie mam swojego faworyta z płyty &#8222;Luminal&#8221;. Gdyby lirycznie album zbliżyłby się choćby do &#8222;Via Ardiente&#8221; (cholera, ciągle powołuję się na tę płytę), byłoby pewnie tak z 8/10. Ale nie jest.</p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"><strong><strong>Ocena: 6/10</strong></strong></span></p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"><strong><strong> </strong></strong></span><span style="font-size: 30px;"><strong><strong> </strong></strong></span></p>
<p><span style="font-size: 30px;"> </span></p>
<hr />
<ol>
<li><strong>&#8222;Namiętność kochanków&#8221; &#8211; 3:07</strong></li>
<li><strong><a href="http://www.youtube.com/watch?v=8HxDYRJAWbg" target="_blank">&#8222;Niebezpieczny mózg&#8221;</a> &#8211; 1:40</strong></li>
<li><strong><a href="http://youtu.be/DDDHH2l2nv8" target="_blank">&#8222;Mogłem być Tobą&#8221;</a> &#8211; 3:38</strong></li>
<li><strong>&#8222;Karolina&#8221; &#8211; 2:45</strong></li>
<li><strong>&#8222;Powiedz to teraz&#8221; &#8211; 2:56</strong></li>
<li><strong>&#8222;Zazdrość&#8221; &#8211; 1:56</strong></li>
<li><strong>&#8222;Inaczej&#8221; &#8211; 2:37</strong></li>
<li><strong>&#8222;Osiemnaste urodziny&#8221; &#8211; 2:37</strong></li>
<li><strong>&#8222;Taniec&#8221; &#8211; 1:59</strong></li>
<li><strong>&#8222;Jutro&#8221; &#8211; 2:24</strong></li>
<li><strong>&#8222;Poddaję się&#8221; &#8211; 4:28</strong></li>
</ol>
<p>&nbsp;</p>
<p><strong>Całość: 30:07</strong></p>
<p><strong>Data wydania: 16 kwietnia, 2011</strong></p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2011/06/08/komety-luminal/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Lech Janerka &#8211; Ur</title>
		<link>http://www.winyl.info/2011/04/02/lech-janerka-ur/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2011/04/02/lech-janerka-ur/#comments</comments>
		<pubDate>Sat, 02 Apr 2011 11:04:20 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[electronic]]></category>
		<category><![CDATA[rock]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=3142</guid>
		<description><![CDATA[Ur to miasto, które istniało (w co trudno uwierzyć) przed jakąkolwiek wojną i tam właśnie postanowiono jacy będziemy. Wymyślono co trzeba i to tak sprytnie, że do dzisiaj &#8211; oprócz małych modyfikacji &#8211; nic nowego nie daje się wymyślić. A minęło już 6000 lat. Ur &#8211; miasto Wszechobecne. Ur fascynuje i rozrasta się, a my [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="Nikołajewicz" /><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/04/lechjanerkaur.jpg" alt="Ur" width="200" height="200" align="right" /></p>
<p style="text-align: left;"><em><span style="font-size: 24px;"><strong>U</strong></span>r to miasto, które istniało (w co trudno uwierzyć) przed jakąkolwiek wojną i tam właśnie postanowiono jacy będziemy. Wymyślono co trzeba i to tak sprytnie, że do dzisiaj &#8211; oprócz małych modyfikacji &#8211; nic nowego nie daje się wymyślić. A minęło już 6000 lat. Ur &#8211; miasto Wszechobecne. Ur fascynuje i rozrasta się, a my robimy się coraz mniejsi i coraz mniej potrzebni. Ludzie, którzy założyli Ur przyszli z Tybetu, a wraz z nimi przyszły niedostępność i chłód oraz wiara w to, że kiedyś &#8211; może w następnym pokoleniu &#8211; pamięć o skałach i o stygnącym niebie zaginie. Szukając zapomnienia, oszołomieni słońcem i możliwościami, bezwiednie rozpoczęli budowę miasta &#8211; namiastki tego od czego uciekli. Ur to była jedyna rzecz jaką potrafili zrobić.</em></p>
<p><span id="more-3142"></span></p>
<p>Tak pisał <strong>Lech Janerka</strong> w przedmowie do tytułowej piosenki z tego albumu. Niezależnie od tego, czy mówił zrozumiale czy też nie – popełnił fantastyczny (u)twór.</p>
<p>Jest rok 1991. Początki III Rzeczpospolitej. Ukończyłem właśnie pierwszy rok życia,  trzydziestoośmioletni Lech Janerka wraca z krótkiego pobytu w USA, gdzie nabył trochę nowego sprzętu muzycznego. Przy pomocy nowych zabawek nagrywa nową płytę, zupełnie inną niż to, co robił dotychczas. Oddalenie od post-punkowych wariacji z czasów <strong>Klausa Mitffocha</strong> czy spokojniejszych brzmień solowego debiutu (<strong>„Historia Podwodna”</strong>) ma smak elektroniczny. Jako oręż służą tu Janerce wszystkie ówczesne nowinki techniczne. Ładnie zgrywają się ze sobą elektroniczne bębny, klawisze, żywy, bezprogowy bas mruczący aż miło, żywa gitara i (może nieco za bardzo schowana w miksie) wiolonczela – nieodłączny element solowego Janerki. Spokojnie, żywiołowo, czasem przebojowo. Na przykład, gdyby utwór tytułowy (o którym było na początku) nagrała <strong>Republika</strong>, byłby wielki hicior. Mój ulubiony utwór na płycie oraz jeden z ulubionych w całej dyskografii Lecha Janerki. Wspominam o Republice, gdyż płyta<strong> „Ur”</strong> ma kilka momentów, w których kojarzy się z dokonaniami formacji ś.p. Ciechowskiego.</p>
<p>Wokalnie wykorzystana jest pełnia ekspresji – od spokojnego mruczenia, przez zachrypnięty śpiew (takznany i lubiany), aż po histeryczne krzyki. Nawet w jednym utworze (<strong>„Szksypcze”</strong>) wokalista porywa się na nawijkę (przynajmniej taką w stylu początków lat 90. w Polsce, raczej w stylu Kazika lub Franka Kimono niż Liroya). Wydaje mi się, że w dyskografii Janerki nigdy wcześniej i nigdy później nie było takiego wokalnego urozmaicenia.</p>
<p>Do tego teksty. Dawno nie słuchałem dwóch solowych albumów poprzedzających „Ur”, ale pamięć mi podpowiada, że album, o którym piszę, może być początkiem takiego Janerki, którego obecnie znają i kochają – refleksyjnego, smutnego, nieco zamkniętego w sobie. To subiektywna sprawa, ale strasznie lubię jego teksty. Na „Ur” dostaję do poczytania i posłuchania wiele dobrych wersów, a także kilka miażdżących. Wciela się w Boga i śpiewa <em>„a mnie właściwie nie ma i mogę robić to co chcę”</em>. Przybliża słuchaczowi swoją wizję nieba: <em>„delikatnie dobij nieszczęśliwych / dla nich tutaj nigdy nie ma miejsca / nie ma dla nich miejsca w niebie (&#8230;) a łapie ich / sam Anioł Stróż / no i pod nóż”</em>. Oświadcza: <em>„cieszę się, że jestem sam / samotnie łatwiej myśleć / i łatwiej tańczyć kiedy już / poumierają wszyscy”</em>. Jest bardziej bluźnierczy niż wiele młodziutkich zespołów black metalowych.</p>
<p>„Ur” została dobrze przyjęta przez krytykę, gorzej przez fanów, uważających ją za najsłabszą. Też tak długo myślałem, aż w końcu przyszła do mnie niedawno myśl: „przesłuchaj tę płytę raz jeszcze”. Teraz mogę spokojnie ocenić ją jako jedną z lepszych w dyskografii Janerki. Dzięki.</p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"><strong><strong>Ocena: 8-/10</strong></strong></span></p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"><strong><strong><br />
</strong></strong></span></p>
<p><span style="font-size: 30px;"> </span></p>
<hr /><!-- hr--></p>
<ol>
<li><strong>&#8222;Dinghy&#8221; &#8211; 5:08</strong></li>
<li><strong>&#8222;Szksypcze&#8221; &#8211; 3:24</strong></li>
<li><strong><a href="http://tomband.wrzuta.pl/audio/6NNQ2ZPyTOB/lech_janerka_-_ur" target="_blank">&#8222;Ur&#8221;</a> &#8211; 4:14</strong></li>
<li><strong>&#8222;Po co mi serce&#8221; &#8211; 4:28</strong></li>
<li><strong>&#8222;Piosenka Boga&#8221; &#8211; 5:01</strong></li>
<li><strong><a href="http://w664.wrzuta.pl/audio/2nKSskBKcv2/lech_janerka_-_a_kiedy_bedzie" target="_blank">&#8222;A kiedy będzie&#8221;</a> &#8211; 3:21</strong></li>
<li><strong>&#8222;O niebie&#8221; &#8211; 3:55</strong></li>
<li><strong>&#8222;LA&#8221; &#8211; 2:57</strong></li>
<li><strong>&#8222;Labirynty&#8221; &#8211; 4:34</strong></li>
</ol>
<p><strong>Całość: 37:02</strong></p>
<p><strong>Data wydania: 1991</strong></p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2011/04/02/lech-janerka-ur/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Podsumowanie roku 2010: Nikołajewicz</title>
		<link>http://www.winyl.info/2011/01/06/podsumowanie-roku-2010-nikolajewicz/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2011/01/06/podsumowanie-roku-2010-nikolajewicz/#comments</comments>
		<pubDate>Thu, 06 Jan 2011 09:22:11 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[inne]]></category>
		<category><![CDATA[podsumowanie]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=2901</guid>
		<description><![CDATA[Moją prywatną „dychę” sponsoruje kilka słów-kluczy. Tworząc z nich chmurkę (taką jak „tag clouds” na last.fm) największą czcionkę posiadałyby dwa wyrazy: „Polska” i „metal”. Nigdy te słowa nie idą ze sobą w parze, zawsze występują osobno. Razem, a jednak osobno – taki hit hulał po stacjach radiowych pokroju Eremef Ef Chlef, kiedy kończyłem podstawówkę, prawda?  [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="Nikołajewicz" /></p>
<p style="text-align: left;"><span style="font-size: 24px;"><strong>M</strong></span>oją prywatną „dychę” sponsoruje kilka słów-kluczy. Tworząc z nich chmurkę (taką jak „tag clouds” na last.fm) największą czcionkę posiadałyby dwa wyrazy: <strong>„Polska”</strong> i <strong>„metal”</strong>. Nigdy te słowa nie idą ze sobą w parze, zawsze występują osobno. Razem, a jednak osobno – taki hit hulał po stacjach radiowych pokroju Eremef Ef Chlef, kiedy kończyłem podstawówkę, prawda? <br />
<span id="more-2901"></span><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></span></p>
<p>Przeglądam podsumowania roczne różnych portali internetowych, czytam podsumowania moich kolegów (czy to redakcyjnych, czy też nie) i dochodzę do wniosku, że jestem bardzo odporny na wszelkie muzyczne hajpy. Cóż, zawsze siedziałem w swoim małym świecie, badając tylko te rzeczy, które naprawdę mogą mnie zainteresować – choćby na podstawie kryterium w stylu <em>„zespół X czy Y, który hołubię, przyłożył do tego swą rękę”</em>. W miarę regularne sprawdzanie nowości płytowych zawsze było dla mnie problemem – bo kiedy mam znaleźć czas na przesłuchiwanie jakiegoś dziesiątego z rzędu „albumu roku takiego a takiego”, o którym za pięć lat nikt nie będzie pamiętał, skoro mam do sprawdzenia tyyyyyle świetnej muzyki z dawniejszych lat? Co prawda ostatnio trochę się ten stan rzeczy zmienił, ale wciąż zachowuję pewien muzyczny constans: więcej zespołów znanych mi wcześniej, trochę muzyki propsowanej przez jakąś tam grupę znajomych.</p>
<p>Pod koniec roku okazało się, że worek „dziesięć najlepszych albumów roku” wcale nie jest gumowy i rozciągliwy, ponadto wiele płyt byłorównych i udanych. Dopiero na samej mecie z czołówki wypadł choćby nowy album <strong>Lao Che</strong> – znowu różniący się od poprzednich wydawnictw tego płockiego septetu, znowu udany, choć nie tak, jak „Gospel” z roku 2008 czy debiutanckie i niedoceniane „Gusła” (o „Powstaniu Warszawskim” powiedziano już tyle słów, że nie będę się zagłębiał w monologi o nim). Idący ostatnio w ilość zamiast jakości <strong>O.S.T.R.</strong> pewnie nie jest świadom tego, że wydając albumy co roku robi to coraz gorzej. Nagrywając jednak <strong>„Tylko dla dorosłych” </strong>zaliczył pewien progres – po prostu sklecił cholernie ciekawy koncept. Zapowiedziana jednak na luty następna płyta łódzkiego rapera budzi niepokój i obawę powrotu starej formy upychania jak największej ilości piosenek o tym, że tak naprawdę wszyscy jesteśmy bladziami, które chuja wiedzą o prawdziwym rapie. Skoro jesteśmy przy raperach – <strong>Eldo</strong> na bitach <strong>The Returners</strong> trzyma fason, łączy refleksję (z której jest znany już od tylu lat) z przechwałkami (które wcale nie są puste!), czym zjada tych kilku polskich raperów, których tegoroczne wydawnictwa przesłuchałem. <em>„Bo MC to ten, co bez rąk umie dać Ci w ryj”</em>. Z kolei <strong>Abradab</strong>, mimo dobrych featuringów na płytach Voo Voo i L.U.C, mimo Ostrego na fotelu producenta (wszyscy wiemy, że jakkolwiek monotematyczny by on nie był, to bity robi naprawdę dobre), zrobił średni album, którego słuchanie sprawia mi przyjemność może do czwartego czy piątego kawałka. Wyżej wspomniany <strong>L.U.C</strong> pozazdrościł Dub FX i wypuścił album, na którym słowo łączy z beatboksem. Jest tu kilka ciekawych dźwięków, ale chyba jednak nie pozostaje mi nic innego, jak piesza pielgrzymka na Jasną Górę w intencji reaktywacji Kanału Audytywnego. Raport z innych gatunków muzycznych&#8230; <strong>Strachy na Lachy</strong>, które chciałem przesłuchać tylko po to, by mieć podstawę do totalnego ich zgnojenia, obroniły się i dały mi ostrzegawczy policzek. Po babraniu się w piosenkach polskiego undergroundu lat 80. powstała <strong>„Dodekafonia”</strong> – dojrzała (jak na stylistykę SNL) i gorzka płyta. Propsy, Grabażu, nie każdy <em>chce Cię zrobić w chuja</em> (choć zazdroszczę Ci tego, że możesz w tekstach obrażać swoich fanów, a oni i tak Cię kochają). Teraz ożyw Pidżamę Porno, skoro w Jarocinie podobno dostaliście motywacyjnego kopa. <strong>Maciej Cieślak</strong> lansuje modę na analogowe brzmienie, wyprodukował nową płytę <strong>Voo Voo</strong>, do tego został producentem albumu dopiero co odświeżonego zespołu <strong>Pogodno</strong>, jednak przy okazji nie urzekł mnie swoim projektem <strong>Cieślak i Księżniczki</strong>. Rozumiem koncepcję, doceniam ją również, jednak do mnie ona nie przemówiła. Czekam na nową Ściankę, panie Cieślak. <strong>Robert Gawliński</strong> pokazał mi, że istnieje sens nagrywania solowych albumów – choćby po to, by pokazać coś więcej, niż ostatnie jałowe piosenki macierzystej formacji. Od niego mógłby uczyć się <strong>Omar Rodriguez-Lopez</strong>, który już chyba na stałe przeprowadził się do swojego studia nagraniowego i raz na kilka miesięcy wydaje randomowe pitolenie na gitarze, które to raz na milion przypadków porywa się na coś więcej – pod warunkiem, że jest to półgodzinny, przestrzenny jam (<strong>„Sepulcros de Miel”</strong>), mała sesyjka robienia sobie dobrze z kolegą po fachu (<strong>„Omar Rodriguez Lopez &amp; John Frusciante”</strong>), lub czysta, akustyczna ciekawostka (<strong>„Ciencia de los Inútiles”</strong>). Gdyby nie moja miłość do The Mars Volta, nawet bym nie sprawdzał solówek Omara, które raz po raz budzą we mnie prostolinijne pytanie „po chuj?”&#8230; <strong>Linkin Park</strong> wydało <strong>„A Thousand Suns”</strong>, wzbudzając w naszej redakcji uczucia mało skrajne. O ile każdy z nas słucha nieco innej muzyki, tak nowa płyta LP raczej nas połączyła. Wszyscy bowiem widzą w niej – używając eufemizmu – coś dziwnego. Ja na przykład widzę w niej paradoks – oto bowiem przykład zespołu, który im mocniej sili się na dojrzałą muzykę, tym gorzej mu to wychodzi. Sytuacja, w której najdojrzalsza płyta zespołu staje się tą najbardziej znienawidzoną, jest okrutnie absurdalna i zaprawdę powiadam Wam, nie chciałbym być w skórze Linkin Park.</p>
<p>Ponadto w swoim podsumowaniu ogólnym postanowiłem uwzględnić zespoły, które znam i słyszałem w swoim mieście. Nie ma ich w tym artykule (żeby nikt nie podejrzewał mnie o prywatę), lecz spostrzegawczy Czytelnik dostrzeże je wśród innych pozycji na mojej liście ulokowanej na portalu <strong>Rate Your Music</strong> (do której link podam gdzieś pod koniec tego artykułu). Owszem, jako Wrocławianin jestem lokalnym patriotą, a jako czynny uczestnik wrocławskiej sceny propsuję kapele znajomych – czasem aż do porzygu. Jeżeli powydawali własnym sumptem epki (czy w niektórych przypadkach nawet pełnoprawne długograje, również opublikowane wedle zasady „Do It Yourself”) to nie widzę przeszkód, mogących mi zabronić pisania czy mówienia o nich – choćby dlatego, że te zespoły po prostu ładnie grają. Ponadto (już bardzo wyolbrzymiając) argument <em>„ej weź ich olej bo oni grają koncerty za dwa browary i w ogóle nikt poza Wrocławiem o nich nie mówi”</em> byłby co najmniej chybiony. Ludzie nie skaczą na koncertach nie tylko dlatego, że jakiś utwór jest kiepski – czasem wstydzą się podejść pod scenę, czasem wychodzą z założenia, że skoro to nie jest zespół z górnej półki, to nie jest godzien ich energii oraz potu. Tak oto dotrwałeś, Czytelniku drogi, do meritum.</p>
<h1>10 najlepszych płyt roku</h1>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>10. Kult – MTV Unplugged</h2>
<blockquote><p><img class="alignright size-full wp-image-2802" style="border: 1px solid #000000;" title="MTV Unplugged" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/01/kult-mtv.jpg" alt="" width="200" height="200" />Kiedy tylko dowiedziałem się, że zespół, który wychował co najmniej dwa pokolenia (w tym wyżej podpisanego), wydaje płytę akustyczną sygnowaną magiczną nazwą „MTV”, ucieszyłem się – przecież koncerty Kultu prawie zawsze wychodzą po prostu dobrze, utwory są ciekawie napisane, a po przełożeniu tego na „pudło” może już w ogóle być mega. Później ujrzałem tracklistę, zbudowaną głównie z piosenek z pierwszych płyt – dwaplusdobrze! Te albumy wciąż są w mojej czołówce. Po premierze, w dwóch stacjach radiowych usłyszałem kilka utworów z tej płyty – bezdobry boner killer. Pomyślałem sobie <em>„aha, czyli zagrali to tak samo, jak na zwykłych koncertach, &gt;&gt;tylko bez fuzza&lt;&lt;”</em>. Jednak ciekawość i sympatia do Kultu zwyciężyły, dlatego też ostatecznie przesłuchałem ten album niemalże w ostatni dzień starego roku. Tak oto zstąpiło na mnie olśnienie, a <strong>„MTV Unplugged”</strong> załapało się do pierwszej dziesiątki, wyrzucając z niej podobne wydawnictwo <strong>Serja Tankiana</strong>. Dlaczego? Otóż <strong>„Elect the Dead Symphony”</strong> wokalisty System of a Down mnie urzekło, ale przy akustycznych poczynaniach naszego swojskiego Kultu wydaje się zbyt… napuszone? Tak, wiem, gdy się nagrywa płytę z orkiestrą symfoniczną to patos jest nieunikniony. Ale tak po prostu, po ludzku, ta koncertówka Kultu fajna jest. Bo można mówić, że spasiony Kazik śpiewać nie umie, że nie szanuje słuchaczy, czasem grając koncerty po pijaku albo nazywając „kurwami” tych, którzy go okradają, ale mimo wszystko <em>„Kult wielkim zespołem jest”</em>. Kradną jego muzykę, on się dąsa, a i tak każda płyta Kultu zgarnia złotą lub platynową płytę. W „MTV Unplugged” czuć radochę z grania, czuć formę odzyskaną w minionym roku, po tak średnio-miernych albumach o nazwach quasi-hiszpańskich&#8230; Poza tym moja mama powiedziała, że ładne są te piosenki, a to już jest coś. Czasem trzeba zapomnieć o niesubordynacji i słuchać rodziców.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>9. Korn &#8211; Korn III: Remember Who You Are</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" style="border: 1px solid #000000;" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/01/korn-iii.jpg" alt="korn" width="200" height="200" /></p>
<blockquote><p>No tak, jakiekolwiek podsumowanie Nikołajewicza bez choćby jednej kontrowersyjnej pozycji nie ma racji bytu. Pamiętam butthurt, anusy krwawiące obficie na widok mojej ultrawysokiej oceny „Hipertrofii”. Teraz za ten wybór trochę biję się w pierś, w moją zapadłą, kurzą klatę, a swego czasu w ramach pokuty obniżyłem ocenę tego albumu do bodajże 6/10. Ale dalej w moich oczach (i uszach przede wszystkim) nie jest to tragiczna płyta – mimo legendarnych, bełkotliwych szlagwortów Piotra Roguckiego. <em>Haters gonna hate</em>, jak to mawiała Safona. W tym roku jednak Roguc i spółka zajmowali się przede wszystkim jak największym rozmienianiem się na drobne. <em>Chuj z nimi</em> – powiedział Heraklit z Efezu – i tak de facto obchodzą mnie mało (to już słowa Mikołaja z Wrocławia). Tymczasem z czeluści zapomnienia wyłonił się mój faworyt z czasów długich włosów, glanów i gimbazy – <strong>Korn</strong>.<br />
Od kiedy z ich szeregów odeszli przećpany Head i wymęczony psychicznie David Silveria, nie mogli się pozbierać. Nagrali dwa średnie albumy, budzące mieszane uczucia&#8230; W międzyczasie nawrócony gitarzysta nagrał album, który, jakby nie patrzeć, już na starcie zjada te dwie płyty swoich dawnych kolegów. W końcu zdziesiątkowany Korn znalazł stałego perkusistę i postanowił wrócić do korzeni, <em>with a little help from Ross Robinson</em>, cytując The Beatles.<br />
Co przyniósł ten album, dziewiąty, choć trzeci (wedle tytułu) w karierze zespołu? Oto po szesnastu latach od debiutu (który uwielbiam) Korn nagrywa piosenki mające w zamierzeniu nawiązywać do tamtych mrocznych opowieści Jonathana Davisa przy akompaniamencie siedmiostrunowych (lub pięciostrunowych, zależy na którą stronę sceny patrzymy) Ibanezów. Nawiązuje? I tak, i nie. Niby wszystko nagrywane analogowo przy pomocy techniki „na setkę” (<em>„nie śmierdzi Pro Toolsem na kilometr”</em> – dzięki tej płycie nasze forum dostało kolejny, hermetyczny żart, wręcz „winylowego mema”), lecz i tak są overduby. Jest odpowiedni ciężar, choć uboższy o fakt, że to tylko jedna gitara, która do tego często gra melodie „na jedną strunę” (technika opanowana zresztą do perfekcji przez <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Tom_Morello" target="_blank">pewnego komunistę lubianego wśród Winylowej ekipy</a>)&#8230; Całość bliższa jest płycie „Take a look in the mirror”, głównie ze względu na połączenie ciężkich riffów z melodiami, które można sobie nucić przy gotowaniu czy goleniu. Na mieście mówią, że to nudna płyta. Ja jednak sądzę, że Jonathan, Munky, Fieldy i nowy pałker, Ray Luzier, wstydu sobie tą płytą nie przynieśli. Haj fajf, Kukurydza mimo wszystko znowu spoko.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>8. Brodka – Granda</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" style="border: 1px solid #000000;" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/01/brodka-granda.jpg" alt="brodka" width="200" height="199" /></p>
<blockquote><p>Czyli wyjątek potwierdzający regułę „nie imają się mnie hajpy”. Nieświadomie, lecz w pełni dobrowolnie, podłączyłem się do nurtuzwolenników zwrotu <strong>Moniki Brodki</strong> o sto osiemdziesiąt stopni. Metamorfoza z grzecznej dziewczynki śpiewającej o dziewczynie jej chłopaka w hipsterkę z abstrakcyjnymi tekstami. <em>„Oezu jakie to świeże i poryte na naszą mierną polską muzykę”</em> – krzyczą ludzie zmęczeni spasionymi Kazikami czy wszechobecnymi Muńkami. <em>„To zrzynanie z zachodu nazywasz świeżym?!”</em> – odpowiadają sceptyczni fani Śpiewającego Czesława, Marii Peszek oraz Gaby Kulki. Ja jestem gdzieś po środku – może i to jest małpowanie najnowszych, światowych trendów, nie wiem, jestem ignorantem. Ale zrzynać też trzeba umieć – a Brodce to się udało. Teksty napisali jej głównie Budyń z Pogodna i Radek Łukaszewicz z Pustek, wszyscy się zainteresowali, wielu się nielicho podjarało – cel osiągnięty. Teraz jestem ciekaw, co następnego zrobi Monika. I choć płyta w ostatecznym rozrachunku jest zbyt wesoła na mój jakże optymistyczny charakter, to miejsce w pierwszej dziesiątce jak najbardziej zasłużone.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>7. <a href="http://www.winyl.info/2010/06/01/kim-nowak-kim-nowak/" target="_blank">Kim Nowak – Kim Nowak</a></h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/05/kimnowak.jpg" alt="Kim Nowak - Kim Nowak" /></p>
<blockquote><p>Projekt obdarzony przez słuchaczy i krytyków nie większą atencją niż przed chwilą wspomniana Brodka. Oto młodzi <strong>Waglewscy</strong> odstawiają empecetkę, w zamian biorąc do rąk żywe instrumenty. Brzmi znajomo, choćby z racji koncertów Tworzywa Sztucznego, opartych przecież na, jak to się podobno mówi, „hip hopie organicznym”. Ale nie są to kolejne rapsy. Widzę ciąg przyczynowo-skutkowy, widzę coś, co musiało stać się w głowach <strong>Fisza</strong> i <strong>Emade</strong> między nagrywaniem dobrej płyty z ojcem i średniego „Heavi Metal”, tekstowo osadzonego w młodości twórców. Jak gdyby te doświadczenia obudziły w nich wspomnienia na tyle silne, że postanowili stworzyć swój własny projekt, mocno zakorzeniony w Sonic Youth czy Fugazi. Dokooptowali jeszcze gitarzystę Tworzywa Sztucznego – <strong>Michała Sobolewskiego</strong>, i tak oto powstał zespół <strong>Kim Nowak</strong>. Na swoim debiucie zaprezentowali dawkę przybrudzonego, gitarowego grania&#8230; Kolejny z albumów „nagrywanych na setkę, ale z overdubami”. Kolejna płyta, której zarzuca się wtórność i kopiowanie grajków z bardziej cywilizowanych krajów. Chuj mnie to boli &#8211; chciałoby się znowu zakląć – ważne, że dobrze się tego słucha. Że gdy trzeba, to jest szybko, innym razem trochę sennie niczym w dokonaniach gdzieś tam wyżej wspomnianych Nowojorczyków z Sonic Youth, a przede wszystkim jest hałaśliwie i żywo. To może być również dobry prognostyk dla przyszłych hip hopowych albumów braci Waglewskich. Przy okazji wspomnę anegdotę, że wśród redaktorów Winyl.info wciąż krąży niepotwierdzona teoria, jakoby sam Fisz przeczytał i skomentował recenzję, którą kiedyś napisałem dla naszego bloga, o czym niewątpliwie będziemy opowiadać wnukom.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>6. Voo Voo – Wszyscy muzycy to wojownicy</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" style="border: 1px solid #000000;" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/01/voovoo-wmtw.jpg" alt="voovoo" width="200" height="182" /></p>
<blockquote><p>Co jest, kuhwa, znowu Wagle?! Tak jest, drogi Czytelniku, oto znowu i oni. Co w rodzinie to nie zginie – wygląda na to, że „Męska muzyka” sprzed dwóch lat wpłynęła nie tylko na Fisza i Emade, ale również na ich ojca, <strong>Wojciecha Waglewskiego</strong>. Bo jak inaczej wytłumaczyć powstanie tak żywej płyty, wyprodukowanej zresztą przez Emade przy współpracy zapracowanego w tym roku Maćka Cieślaka, o którym było sporo wersów wyżej? I jeszcze ten singiel z <strong>Abradabem</strong> i <strong>Maleńczukiem</strong>&#8230; Matko z córką, cóż za epicki riff! Słuchając debiutu Kim Nowak i najnowszego albumu Voo Voo jeden po drugim można momentami odnieść wrażenie deja vu – gitary brzmią podobnie, produkcja podobna&#8230; Jednak dźwięki kwartetu Waglewski-Pospieszalski-Martusewicz-Żyzelewicz nieznacznie wygrały nad zadziornością tria Fisz-Sobolewski-Emade. Dlatego <strong>„Wszyscy muzycy to wojownicy”</strong> zajmują tylko trochę wyższą pozycję.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>5. Microexpressions – Deep Snow (EP)</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" style="border: 1px solid #000000;" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/01/microexpressions-deepsnow.jpg" alt="deepsnow" width="200" height="200" /></p>
<blockquote><p>Poznałem ich jakoś w październiku 2009. Ot, grałem ze swoim zespołem na pewnym przeglądzie w pewnym mieście leżącym wKarkonoszach, nazywającym się Jelenia Góra. Gwiazdą wieczoru było tamtejsze trio, promujące właśnie swoją drugą epkę&#8230; Mieli tyle sprzętu, że po wyciągnięciu go z samochodu zawalił całą garderobę (w której przecież miało zmieścić się sześć kapel!). Widzieli nasz występ, podobało im się. Sympatyczni ludzie. Tym zespołem było <strong>Microexpressions</strong>.<br />
Przyszedł rok 2010. Trio z Jeleniej Góry staje się duetem, co nie przeszkadza im w operowaniu całym tym sprzętem (gitary, klawisze, empecetki, laptopy i nie wiadomo co jeszcze) w dwie osoby. Wydają kolejną płytę EP, noszącą tytuł <strong>„Deep Snow”</strong>. Porcys jara się niczym warszawska choinka podczas któregoś tam Sylwestra. Z szerzej nieznanego zespołu z miasteczka na Dolnym Śląsku bliższego Republice Czeskiej niż Warszawie stają się<em> „jedną z nadziei polskiej muzyki”</em>. Trudno się nie zgodzić – ich muzyka ewoluowała z nagrań plasujących się gdzieś w okolicach post-rocka do całkiem przebojowych kompozycji opartych na dużych ilościach elektroniki, penetrujących obszary indyjskie (yes, pun intended), przy okazji zachowując odrobinę korzeni wrośniętych w tego nieszczęsnego rocka pocztowego. To wszystko zrobione w duecie i, jak mniemam, tak odtwarzane na koncertach. Czekam na pierwszy longplay, zastanawiając się przy okazji, czy Microexpressions pamiętają „taki zespół z Wrocławia, któremu dobrze życzyli na Lidze Rocka”. Piąte miejsce dla „Deep Snow”.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>4. Celeste &#8211; Morte(s) Nee(s)</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" style="border: 1px solid #000000;" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/01/celeste-mortesnees.jpg" alt="celeste" width="200" height="200" /></p>
<blockquote><p>Tak jest. Kuszony zachwytami naszych forumowiczów nad okładką, nęcony tagiem “post-hardcore”, sięgnąłem po tę płytę. Odpaliłem Winampa z <strong>Celeste</strong> na playliście i&#8230; No właśnie. Zostałem rozjechany. Screamo z doomowymi i black metalowymi naleciałościami o dziwo przypadło mi do gustu, a nogi z podłogi wyrywali mi strażacy, gdyż tak mnie wmurował ten przytłaczający klimat. To nie jest jednak tak, że po krótkim romansie z Behemothem i Lost Soul w czasach gimnazjum wrócę do słuchania takiego łojenia. Nie tylko dlatego, że te dwa polskie zespoły nie mają zbyt wiele wspólnego z opisywanym kwartetem z Lyonu. Po prostu możliwe, że Celeste wpiszę sobie do rubryki „ulubione francuskie zespoły”, a ich muzyka udanie wpisze się w linię pięknego i melodyjnego <em>chanson</em>, które raz na jakiś czas przewija się w moim odtwarzaczu. Noir Désir, Les Caméléons, Mano Negra, Celeste. Bardziej lirycznie być nie może.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>3. Electric Wizard – Black Masses</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" style="border: 1px solid #000000;" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/12/Electric_Wizard_-_Black_Masses_LP.jpg" alt="blackmasses" width="200" height="200" /></p>
<blockquote><p>Czyli zespół, który figuruje na moich listach w kategorii „do sprawdzenia” od dłuższego czasu. W końcu znalazłem w sobie na tyle chęci/odwagi, by zapoznać się z twórczością Anglików (jak sami widzicie, moja czołówka to istna międzynarodówka – Polska, Francja, Anglia, a przed nami jeszcze dwa inne kraje). Akurat zacząłem od najnowszego albumu, <strong>„Black Masses”</strong>. Pewnie powinienem wystartować przesłuchując ich opus magnum, ale nieważne. Na „Dopethrone” przyjdzie jeszcze czas, szczególnie że „Czarne msze” już po pierwszym przesłuchaniu trafiły na podium mojego rankingu za rok 2010. Znowu potęga analogowego nagrywania (<em>„nie śmierdzi Pro Toolsem na kilometr”</em>, powtarzając żart). Dużo reverbu. Dużo „kaczki”, trochę flangera. Dużo gitar. Dużo oparów ziół różnorakich. Mogę radykalnie krzyczeć <em>„dragi to syf!”</em>, ale muzyka zawierająca w sobie klimat tychże dziwnym trafem czasem trafia w moje gusta. Jako człowiek zupełnie nie zainteresowany odkrywaniem uroków takich a takich substancji psychoaktywnych odpalam papierosa, popijam kawę i śmiało ze swoim podobno tajemniczym uśmiechem mówię, że <strong>Electric Wizard</strong> jest kolejnym zespołem, który wymaga, za przeproszeniem, głębszej penetracji w roku 2011.<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>2. Už Jsme Doma – Jeskyně</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" style="border: 1px solid #000000;" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2011/01/ujd-jeskyne.jpg" alt="jeskyne" width="200" height="200" /></p>
<blockquote><p>Co to, kurwa, jest <strong>Už Jsme Doma</strong>?! – tak można by zacząć ten opis. Spieszę z odpowiedzią – to moje największe muzyczne odkrycie w minionym roku. Nasi południowi sąsiedzi, na których trafiłem przez przypadek, a którzy już po pierwszym słuchaniu wprawili mnie w osłupienie. Oto zespół, który puszcza wodze fantazji, grając klimaty okołoprogresywne. Gęsto i precyzyjnie. A to wszystko z wykopem punkowym i tekstami w języku ojczystym. Można zrobić karierę poza granicami swego kraju śpiewając w dziwacznym języku z Europy Środkowo-Wschodniej? Można! Polscy muzykanci, zamiast wydawać pieniądze na naukę języka angielskiego i szlifowanie akcentu, idźcie na korepetycje do Czechów. Nie będziecie żałować.<br />
A teraz kilka słów odnośnie samej płyty. Pierwsze odsłuchy „Jaskiń” (że tak sobie pozwolę ordynarnie przetłumaczyć) przyniosły coś w rodzaju rozczarowania. Przygodę z Už Jsme Doma rozpoczynałem od albumów wydanych pośrodku dotychczasowej kariery – tam były cudownie wyważone kompozycje progresywno-punkowe, a i kiedy trzeba było to ekipa Miroslava Wanka malowała przed słuchaczem piękne, muzyczne pejzaże. Do tego saksofon – instrument do pewnego momentu ważny i nierozłączny&#8230; Póki saksofonista ich nie opuścił. Na opisywanej płycie zamiast niego mamy trąbkę. Nie powiem, to był jeden z tych akcentów, który postrzegałem jako minus. Od momentu, w którym zaliczyłem krótką przygodę z grą na kontrabasie, trudniej mi słuchać dźwięku skrzypiec. Podobnie jest z odbieraniem dźwięku trąbki w nagraniach Czechów. Jednak z odsłuchu na odsłuch, tydzień po tygodniu, mój odbiór płyty <strong>„Jeskyně”</strong> zmieniał się. Ostatecznie dostrzegłem w niej sporo ciekawych rozwiązań, jeszcze więcej precyzji wykonawczej, a to wszystko w wydaniu punkowym, jak nigdy dotąd. Perkusja robi szybkie „pucy pucy” na stopie i werblu, a reszta zespołu zapieprza aż miło. Do tego trąbka może i denerwuje, ale jakby mniej – jest bardziej ciekawą odmianą niż elementem psującym ogólny odbiór. Po kilku miesiącach osłuchiwania mogę bez ściemy powiedzieć &#8211; oto jedna z moich ulubionych płyt Už Jsme Doma, a przy okazji drugie miejsce wśród wydawnictw roku dwa tysiące dziesięć. Natomiast miejsce pierwsze należy do&#8230;<br />
<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p></blockquote>
<h1><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></h1>
<h2>1. Deftones – Diamond Eyes</h2>
<p style="text-align: left;"><img class="alignright" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/09/deftones_cover.jpg" alt="Deftones - Diamond Eyes" /></p>
<blockquote><p>Nie mam pojęcia, dlaczego całe życie ignoruję <strong>Deftones</strong>. Gdy słuchałem namiętnie Limp Bizkit, Staind czy Korna, swoim ciężarem idealnie wpasowaliby się w ulubione zespoły. Trochę później, gdy bycie wrażliwym nastolatkiem było intensywne jak nigdy, na pewno polubiłbym te momenty, w których Chino Moreno mruczy swoim kojącym głosem. Zagłębiając się w teksty, zwróciłbym uwagę na to, jak wyglądają one u Deftones – enigmatyczne, oderwane od rzeczywistości. Zespół idealny na moje chwiejne nastroje, chciałoby się rzec. A jednak ten oto zespół rodem z USA był u mnie może nie na cenzurowanym, ale na pewno poza kręgiem mojego zainteresowania. Do czasu, gdy odwołali premierę <strong>„Erosa”</strong> i napisali zupełnie nowy album, z zastępczym basistą. Przyszedłem, przesłuchałem, zwyciężyli. Zapytałem siebie: <em>„Mikołaju, dlaczego to robiłeś? Dlaczego tyle lat Miałeś Wyjebane na Deftones?”</em> Głos w mojej głowie odpowiedział słowami jakiegoś tam kandydata na radnego jakiegoś tam miasta: <em>„Ja pierdolę, nie wiem”</em>. Po tym kulturalnym, wewnętrznym dialogu zszedłem na ziemię i przeanalizowałem <strong>„Diamond Eyes”</strong>: oto płyta z pierdolnięciem, podobno jednym z większych w ich karierze (<a href="http://www.winyl.info/2010/09/11/deftones-diamond-eyes/" target="_blank">jak relacjonują obeznani w temacie</a>), zachowująca jednak oniryczne brzmienia z „Saturday Night Wrist” (które znałem, mimo tyluletniej obojętności na ich poczynania). Oto płyta napisana zgodnie z ówczesnym „state of mind” muzyków. Nie ma lipy, to szczere utwory, które urzekają w swojej prostocie sprawdzonego schematu zwrotka-refren-zwrotka-refren. Nikołajewicz lubi piosenki nagrywane pod dyktando aktualnego stanu umysłu. Wszystko jest na swoim miejscu. Również „Diamond Eyes”, dla którego pierwsze miejsce w moim rankingu jest tym najbardziej właściwym. Postanowienie noworoczne: zapoznać się z resztą ich dyskografii. Jeżeli podpasuje mi tak samo jak „Diamentowe oczy”, to <em>Louis, tak sobie myślę, że to początek pięknej przyjaźni</em>.</p></blockquote>
<h1>Utwór roku</h1>
<p><strong>Brodka &#8211; W pięciu smakach</strong></p>
<blockquote><p>Tak, mimo wszystko. A wiecie dlaczego? Otóż dlatego, gdyż nikt się tego po niej nie spodziewał. Kiedy artyści zazwyczaj wypuszczają single w celach<br />
promocyjno-po(d)glądowych, jej utwór promujący „Grandę” nie dość, że promował nadchodzącą płytę, to jeszcze wywołał burzę. W kontekście całego wydawnictwa nic specjalnego, jednak wyrwane z kontekstu (jak w momencie premiery singla) – budziło ożywienie. O to chodzi, prawda?</p></blockquote>
<h1>Teledysk roku</h1>
<blockquote><p>Nie ma. Jak zwykle. Ale moi redakcyjni koledzy powybierali obrazki, dlatego też zapraszam do czytania i oczekiwania na ich podsumowania, w których klipów co nie miara.</p></blockquote>
<h1><strong><strong>Wydarzenie roku</strong></strong></h1>
<blockquote><p><strong>Na pewno nie Smoleńsk</strong>. Oczywiście, gdyby Winyl był blogiem społeczno-publicystycznym, nie napisalibyśmy siedmiu różnych podsumowań płytowych, a jedno wielkie epitafium dla ofiar katastrofy. Jednak my tu się zajmujemy muzyką, i póki maestro Rubik nie popełni oratorium na temat tego wydarzenia, Smoleńsk i muzyka nie idą ze sobą w parze. Co prawda sfałszowana prorok z Samosi niby przewidywała śmierć pół-Polaka w jakiś tam czas po wypadku (i tego pecha miał <strong>Peter Steele</strong> z <strong>Type O Negative</strong>), ale to za mało, by łączyć jedno i drugie w całość. Spontanicznych poetów piszących spontaniczne wiersze w dwie godziny po katastrofie również nie liczymy. Wydarzeniem roku mogłaby być metamorfoza portalu <strong>MySpace</strong>. Tego samego, o którym pisałem dwa lata temu, widząc w jego dopiero co uruchomionej polskiej wersji pozytywną sprawę dla tysięcy początkujących zespołów made in PL chcących powtórzyć sukces Arctic Monkeys. Teraz MySpace przepoczwarzył się w <strong>My____</strong>, ale nie jest to zamiana brzydkiego kaczątka w łabędzia. Portal Toma Andersona (posiadacza największej liczby znajomych na świecie) stał się nieznośny dla niemal wszystkich mi znanych jego użytkowników. Towarzystwo pouciekało na <strong>Facebooka</strong>, który również rozrósł się do tego stopnia, że omamił wielu fanatyków naszego rodzimego nk, żądnych chleba, igrzysk, kwizów i własnej farmy. Przy okazji na Twarzoksiążce promują się wszyscy &#8211; od osób prywatnych, przez zespoły muzyczne, aż po producentów kawy rozdających termokubki&#8230; Cholera, o czym ja w ogóle gadam?! Wrrrrrrróć. Prywatnie jedną z największych muzycznych radości był koncert <strong>Muse</strong> na <strong>Coke Live Festival</strong>. Ten zespół jest jednym z moich ulubionych, dlatego moja obecność na ich koncercie była co najmniej ekscytująca. Przy okazji dowiedziałem się, jak bardzo efektowne są ich występy. Co prawda lasery nad głowami publiczności z powodzeniem sprawdziłyby się na jakiejś wiksiarskiej potańcówie, ale wielkie światła, wielkie telebimy, wielka ściana dźwięku – aaaaach.</p></blockquote>
<h1><strong>Zawód roku</strong></h1>
<blockquote><p>Kucharz, bo to zawód rozchwytywany i z przyszłością. Żartowałem. Powiedziałbym, że nowa płyta <strong>Soulfly</strong>, ale oni w moich oczach zaczęli tracić już w 2005 roku, wraz z wydaniem „Dark Ages”. W tym roku wydali <strong>„Omen”</strong> – płytę thrashową, zapierdalającą, a przy okazji totalnie bezpłciową. Wystarczy, że już <a href="http://www.winyl.info/2010/06/07/soulfly-omen/" target="_blank">Niszczuk i Masta zmieszali ją z błotem</a>. Większym rozczarowaniem był album <strong>„Złodzieje zapalniczek”</strong> w wykonaniu <strong>Projektu Ostry Emade</strong>. Solidnie nakręciłem się na drugie wydawnictwo tego duetu (gdyż „Szum rodzi hałas” do dziś budzi we mnie jak najbardziej pozytywne odczucia), przesłuchałem&#8230; I nie zapamiętałem z niego prawie nic. Nawet bity Emade na niewiele się zdały. Rap w jeden weekend do zaorania, ale zanim to zrobię, wręczam mu statuetkę w kategorii „zawód roku”.</p></blockquote>
<p>Na sam koniec pragnę pozdrowić tych, którzy na widok tego artykułu nie pomyśleli <em>„Too Long, Didn’t Read”</em> i przebrnęli przez wszystkie (albo prawie wszystkie) zdania. Co do wydawnictw, na które liczę w 2011 roku – tradycyjnie <strong>Rage Against the Machine</strong> (mimo wszystko dalej wierzę, że kiedyś coś jeszcze nagrają). Ponadto <strong>Primus</strong> (bo obiecali), <strong>Limp Bizkit</strong> (szykuje się nowe „Chinese Democracy”), <strong>The Mars Volta</strong>, może <strong>Lech Janerka</strong> (panie Lechu, wręcz błagam o nowy album!) i inne, które teraz nie przychodzą mi do głowy (w sumie za nagraniami <strong>Łony</strong> również tęsknię). Oprócz tego mój prywatny podbój kosmosu mógłby wreszcie przyspieszyć (wspierajcie projekty znajomych, opcjonalnie <a href="http://www.myspace.com/switchfacehq" target="_blank">dokonania</a> <a href="http://chrisjune.art.pl" target="_blank">redaktorów</a>), no i mógłbym pojawiać się częściej na łamach <strong>Winyl.info</strong>, gdyż w ogólnym rozrachunku moje bumelanctwo w roku 2010 przeraziło mnie nielicho. Pozdrawiam.</p>
<p>Na koniec końców obiecana lista z portalu Rate Your Music zawierająca bardziej rozszerzone notowanie – <a href="http://rateyourmusic.com/list/TWmikolaj/2010" target="_blank">klik hir</a>.</p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2011/01/06/podsumowanie-roku-2010-nikolajewicz/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>10</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Happy birthday, Frank</title>
		<link>http://www.winyl.info/2010/12/21/happy-birthday-frank/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2010/12/21/happy-birthday-frank/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 21 Dec 2010 13:16:27 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[avant-garde]]></category>
		<category><![CDATA[classical]]></category>
		<category><![CDATA[inne]]></category>
		<category><![CDATA[jazz]]></category>
		<category><![CDATA[progressive rock]]></category>
		<category><![CDATA[rock]]></category>
		<category><![CDATA[felieton]]></category>
		<category><![CDATA[fusion]]></category>
		<category><![CDATA[parodia]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=2758</guid>
		<description><![CDATA[Ogarnięcie całokształtu pracy tego muzyka to cholernie trudne zadanie, dlatego postaram się streścić jego karierę w miarę sensownie. Tutaj kolejna trudność, bo jak zrobić to dobrze, kiedy w ciągu trwającej blisko trzydzieści lat działalności artystycznej wydał aż tyle albumów w aż tylu stylach? Szczególnie że jemu samemu przypisuje się słowa: „Pisanie na temat muzyki jest [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="Nikołajewicz" /></p>
<p style="text-align: left;"><span style="font-size: 24px;"><strong>O</strong></span>garnięcie całokształtu pracy tego muzyka to cholernie trudne zadanie, dlatego postaram się streścić jego karierę w miarę sensownie. Tutaj kolejna trudność, bo jak zrobić to dobrze, kiedy w ciągu trwającej blisko trzydzieści lat działalności artystycznej wydał aż tyle albumów w aż tylu stylach? Szczególnie że jemu samemu przypisuje się słowa: <em>„Pisanie na temat muzyki jest jak tańczenie na temat architektury”</em>&#8230; Zacznę tak: siedemdziesiąt lat temu na świat przyszedł Geniusz&#8230;</p>
<p><span id="more-2758"></span></p>
<p style="text-align: center;"><a href="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/12/FrankZappa.jpg"><img class="aligncenter size-full wp-image-2760" style="border: 1px black solid&amp;amp;amp;" title="Frank Zappa" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/12/FrankZappa.jpg" alt="Frank Zappa" width="236" height="302" /></a></p>
<p style="text-align: left;">
<p style="text-align: left;"><strong>Frank Vincent Zappa</strong> urodził się <strong>21 grudnia 1940 roku</strong> w amerykańskim Baltimore (w stanie Maryland) jako syn chemika pochodzenia sycylijsko-grecko-arabskiego i pół Włoszki, pół Francuzki. Za młodu był chorowity i wraz z rodziną często się przeprowadzał (trochę w związku z pracą ojca, a trochę z powodu jego problemów zdrowotnych). W końcu państwo Zappa wraz z czwórką dzieci zamieszkali w San Diego.</p>
<p>W tamtejszym liceum młody Frank Zappa rozpoczął swoją przygodę z muzyką. Z początku dość nieśmiało, jako perkusista szkolnego zespołu, gdyż pierwszym instrumentem, który go zainteresował, była właśnie <strong>perkusja</strong>. Jego romans z instrumentami perkusyjnymi zaowocował silnym naciskiem na rytm, który uwidocznił się w późniejszych jego utworach. Pod koniec liceum jego zdolności rozwinęły się do tego stopnia, że pisał utwory dla szkolnej orkiestry (którą sam od czasu do czasu dyrygował).</p>
<p>Kolejna przeprowadzka zaowocowała poznaniem (niedawno zmarłego) <strong>Dona Vlieta</strong>, znanego lepiej jako <strong>Captain Beefheart</strong>. Duet Zappa-Beefheart zaczął wzajemnie na siebie oddziaływać, dzieląc muzyczne zainteresowania i doświadczenia. Przyjaźń ta zaowocowała także w późniejszych latach poważną artystyczną współpracą (m.in. przy albumie <strong>„Trout Mask Replica”</strong> kolektywu <strong>Captain Beefheart and His Magic Band</strong>).</p>
<p>W 1957 roku Zappa dostał swoją pierwszą gitarę, a jego fascynacje muzyczne najsilniej obracały się wokół bluesa i muzyki klasycznej spod znaku <strong>Igora Strawińskiego</strong> czy <strong>Edgarda Varèse</strong>. Dwa lata później wyprowadził się z rodzinnego domu i rozpoczął samodzielne życie w <strong>Los Angeles</strong>. W międzyczasie ożenił się po raz pierwszy, zaczął pisać utwory dla lokalnych artystów (korzystając przy okazji z dobrodziejstw małego studia nagraniowego należącego do producenta jednego z takich lokalnych muzyków), ponadto skomponował soundtracki do dwóch niskobudżetowych filmów oraz wystąpił w pewnym talk show prezentując rower jako instrument muzyczny (<a href="http://www.youtube.com/results?search_query=frank+zappa+playing+bicycle&amp;aq=f" target="_blank">YouTube posiada to nagranie</a>)&#8230;</p>
<p>W 1965 roku Frank Zappa został poproszony przez <strong>Raya Collinsa</strong> o dołączenie do zespołu The Soul Giants na stanowisko gitarzysty. Propozycja została przyjęta. Od tej pory zespół zaczął grać własny materiał, a także zmienił nazwę na <strong>The Mothers of Invention</strong>. Rok później miała miejsce premiera <strong>„Freak Out!”</strong> – debiutanckiej płyty tego zespołu, która pomimo surowego brzmienia zawierała skomplikowane (a zarazem przystępne!) utwory (jak na tamtejsze realia muzyki rozrywkowej). Powstała dość eklektyczna płyta, będąca jednocześnie jednym z pierwszych wydawnictw dwupłytowych w historii rocka oraz jednym z pierwszych koncept albumów (tematyka płyty obracała się wokół prześmiewczego opisu amerykańskiej popkultury). Warto dodać, że (według słów <strong>Paula McCartneya</strong>) „Freak Out!” było bezpośrednią inspiracją dla <strong>The Beatles</strong>, dzięki której rok później świat poznał <strong>„Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”</strong>. Kultowy album Bitli stał się zresztą przyczyną powstania trzeciego albumu The Mothers of Invention – <strong>„We’re only in it for the money”</strong> był bezpośrednią satyrą na końcówkę lat sześćdziesiątych dwudziestego wieku, a w warstwie graficznej podobieństwa między „Sierżantem Pieprzem” a „We’re only&#8230;” były podejrzanie duże (jak choćby <a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/e/e6/Zappamoney1.jpg" target="_blank">tu</a> i <a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/4/44/Sgtpeppergatefold.jpg" target="_blank">tu</a> lub <a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/4/42/Zappamoney2.jpg" target="_blank">tutaj</a> i <a href="http://upload.wikimedia.org/wikipedia/en/6/67/Pepper's.jpg" target="_blank">tutaj</a>).</p>
<p>W 1969 roku mają miejsce dwa ważne wydarzenia. Wpierw Zappa rozwiązuje oryginalny skład The Mothers of Invention, a następnie &#8211; przy pomocy najnowocześniejszego wówczas dostępnego sprzętu &#8211; nagrywa płytę <strong>„Hot Rats”</strong>. Muzyk dysponował wówczas sprzętem mogącym nagrać aż 16 ścieżek, co to były za czasy! Krążek ten zawiera w większości instrumentalny (poza piosenką <strong>„Willie the Pimp”</strong>, w której zaśpiewał stary znajomy Zappy, Captain Beefheart) materiał zahaczający swoim brzmieniem o raczkujące wówczas <strong>fusion</strong>. To pierwsze wydawnictwo Zappy, na którym intensywność wszelakich solówek jest większa niż na wszystkim, co zrobił do tej pory – klawisze, dęciaki, skrzypce, wreszcie gitara&#8230; „Hot Rats” to jedna z najważniejszych płyt Zappy, i powinna znaleźć się wśród pierwszych albumów, które trzeba poznać, jeżeli myśli się o romansie z całokształtem jego twórczości, powiem więcej – jeżeli myśli się o przyjaźni z szeroko pojętym fusion.</p>
<p>Kariera solowa Franka nabiera rumieńców. Ukazują się kolejne dzieła albumy (choćby <strong>„200 Motels”</strong>, zawierające muzykę napisaną na orkiestrę). Aż do roku 1971&#8230; Wtedy mają miejsce dwa wypadki – wpierw podczas koncertu cały sprzęt zespołu Zappy ulega zniszczeniu przez zaprószenie ognia przez kogoś z publiczności (to wydarzenie zostało utrwalone na wieki wieków dzięki piosence<strong> „Smoke on the water”</strong> zespołu <strong>Deep Purple</strong>), natomiast tydzień później dochodzi do ataku fana na samego Zappę, grającego wówczas kolejny koncert. W wyniku rozległych obrażeń muzyk musi przerwać swoją działalność. Jednak już trochę ponad pół roku później wrócił do koncertowania oraz wydał kolejne dwa albumy penetrujące okolice jazzu i fusion – <strong>„Waka/Jawaka”</strong> oraz <strong>„The Grand Wazoo”</strong>.</p>
<p>Od roku 1973 do końca lat siedemdziesiątych ukazują się kolejne ważne pozycje w dyskografii Zappy. Jego muzyka nieznacznie odchodzi od skomplikowanych struktur okołojazzowych, skłaniając się często ku bardziej przystępnym (jak na niego) formom. Tak oto fani dostali wpierw <strong>„Over-Nite Sensation”</strong>, następnie <strong>„Apostrophe (‘)”</strong> (którego solą jest żartobliwa suita o eskimosie imieniem Nanook), a rok później (tj. w 1975) swoją premierę ma <strong>„One Size Fits All”</strong>, łączący prześmiewcze i komediowe teksty ze skomplikowanymi ścieżkami instrumentalnymi (np. niesamowicie rozbudowane <strong>„Inca Roads”</strong> opowiadające o&#8230; możliwości lądowania kosmitów gdzieś w Andach). Ponadto ten krążek jest ostatnim w karierze Zappy sygnowanym nazwą „The Mothers of Invention”.</p>
<p>Ciąg albumowy trwa. Po wydaniu kilku koncertówek nadchodzi rok 1979, a w nim premierę mają dwa największe komercyjne sukcesy Zappy – <strong>„Sheik Yerbouti”</strong> (zawierający takie kontrowersyjne single jak <strong>„Bobby Brown”</strong>, <strong>„Jewish Princess”</strong> czy nominowany do nagrody Grammy <strong>„Dancin’ Fool”</strong>) oraz <strong>„Joe’s Garage”</strong> – rock opera opowiadająca (pod przykrywką tak absurdalnych tematów jak stosunki seksualne z robotami czy migracje groupies) o cenzurze i potencjalnym wyglądzie świata, w którym muzyka staje się nielegalna&#8230;<br />
Po tak udanym okresie przyszedł czas na powrót do bardziej wyrafinowanych form muzycznych. Nadchodzą czasy wydawania albumów koncertowych (gdzie następuje totalne rozebranie studyjnych wersji utworów; początki serii <strong>„You Can’t Do This on Stage Anymore”</strong>), instrumentalnych, skupionych na gitarowych solówkach (seria <strong>„Shut Up and Play Yer Guitar”</strong>), czy (przede wszystkim!) przepełnionych współczesną klasyką. Jakby tego było mało, rozpoczął przygodę z tajemniczym urządzeniem zwanym <a href="http://en.wikipedia.org/wiki/Synclavier" target="_blank"><strong>Synclavier</strong></a> (przy pomocy którego również nagrał kilka albumów, zarówno klasycznych, jak i bardziej rozrywkowych). Zappa rok po roku potrafił nagrywać albumy w różnych stylistykach – lata 80. to zdecydowanie czas, kiedy był kreatywny jak nigdy dotąd. Zaangażował się również w działalność polityczno-społeczną, przemawiając w amerykańskim Senacie w sprawie cenzury i organizacji PMRC (to ta, przeciw której swego czasu protestowali Rage Against the Machine i dzięki której na okładkach płyt mamy naklejki „Parental Advisory”). Jak to zwykle w życiu bywa, ciąg sukcesów musiał zostać brutalnie przerwany.</p>
<p>W 1990 roku u Zappy zdiagnozowano zaawansowany nowotwór prostaty. Choroba nie została wykryta przez dziesięć poprzednich lat, dlatego dawała marne prognozy na najbliższą przyszłość&#8230; Ostatnie lata jego życia to pisanie materiału zarówno orkiestrowego, jak i zaaranżowanego na Synclavier. We wrześniu 1992 roku, w Niemczech i Austrii miały miejsce ostatnie publiczne wystąpienia Zappy (w roli dyrygenta i kompozytora). Zapis z tych koncertów znalazł się na <strong>„The Yellow Shark”</strong> &#8211; ostatnim wydawnictwie, jakie ukazało się za życia. Miesiąc i dwa dni po premierze, <strong>4 grudnia 1993 roku</strong> Frank Zappa zmarł w otoczeniu najbliższej rodziny w swoim domu w Los Angeles, natomiast dzień później został pochowany w nieoznakowanym grobie na tym samym cmentarzu, co m.in. Marilyn Monroe. Miał pięćdziesiąt dwa lata i mógł jeszcze napisać sporo świetnej muzyki.</p>
<p>Frank Zappa na pewno został zapamiętany jako Geniusz. Potrafił łączyć bluesa, jazz, muzykę eksperymentalną, współczesną klasykę i parodię, a do tego wszystkiego pisał prześmiewcze teksty z typowym dla niego poczuciem humoru. W 2005 roku został pośmiertnie wprowadzony do Rock’n’Roll Hall of Fame. Do artystów, którzy przedstawiają go jako jedną ze swoich inspiracji, zaliczają się tacy wykonawcy jak <strong>Primus</strong>, <strong>John Frusciante</strong>, <strong>Steve Vai</strong> czy nawet <strong>John Zorn</strong> i <strong>George Clinton</strong>. Sam poniekąd „odkrył” kilku ważnych muzyków: <strong>Adrian Belew</strong>, <strong>V</strong><strong>innie Colaiuta</strong>, wspomniany przed chwilą <strong>Steve Vai</strong>, <strong>Terry Bozzio</strong>, <strong>Chad Wackerman</strong> (brat Brooksa, grającego obecnie w Bad Religion) &#8211; oni wszyscy przewinęli się przez zespół Zappy. Za życia wydał <strong>62</strong> (słownie: sześćdziesiąt dwa) <strong>albumy</strong>, natomiast licząc z wydawnictwami pośmiertnymi, dostajemy łącznie 87 (słownie: osiemdziesiąt siedem) płyt. Sam osobiście poznałem póki co około piętnastu krążków, dlatego, jak sami widzicie, sporo przede mną&#8230; Ale muzyka Zappy ma w sobie tyle świetnych dźwięków, że warto się z nią zapoznawać. Czego sobie i Wam życzę.</p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2010/12/21/happy-birthday-frank/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Coke Live Music Festival &#8211; Muse – Kraków, 21.08.2010</title>
		<link>http://www.winyl.info/2010/08/23/muse-na-coke-live-music-festival-%e2%80%93-krakow-21-08-2010/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2010/08/23/muse-na-coke-live-music-festival-%e2%80%93-krakow-21-08-2010/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 23 Aug 2010 10:55:09 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[alternative rock]]></category>
		<category><![CDATA[indie rock]]></category>
		<category><![CDATA[progressive rock]]></category>
		<category><![CDATA[rock]]></category>
		<category><![CDATA[relacja]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=2448</guid>
		<description><![CDATA[Na początku marca marzenia fanów Muse znad Wisły się spełniły – ich ulubiony zespół potwierdził koncert w Polsce. W obliczu braku innych interesujących mnie wykonawców nie pozostało nic innego, jak kupić bilet jednodniowy, zainstalować się w samochodzie i pewnej słonecznej soboty udać się do Krakowa. Podobnie do mnie postąpiło zapewne wielu, co można było wywnioskować [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><a href="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png"><img class="alignnone size-full wp-image-1735" title="Avek-Niko" src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="" width="100" height="100" /></a></p>
<p style="text-align: left;"><span style="font-size: 24px;"><strong>N</strong></span>a początku marca marzenia fanów <strong>Muse</strong> znad Wisły się spełniły – ich ulubiony zespół potwierdził koncert w Polsce. W obliczu braku innych interesujących mnie wykonawców nie pozostało nic innego, jak kupić bilet jednodniowy, zainstalować się w samochodzie i pewnej słonecznej soboty udać się do <strong>Krakowa</strong>.</p>
<p style="text-align: left;">
<p><span id="more-2448"></span>Podobnie do mnie postąpiło zapewne wielu, co można było wywnioskować po ilości widzianych niebieskich opasek na nadgarstkach oraz po koszulkach z logiem podobno jednego z najważniejszych współczesnych zespołów rockowych. Po spacerze na krakowskim rynku dojechaliśmy do Muzem Lotnictwa, gdzie cała impreza miała miejsce. Przede wszystkim zaskakująca była wielkość pola, na którym usytuowany był festiwal – na podobnej powierzchni odbywają się o wiele bardziej lokalne Juwenalia&#8230; Ale o dziwo wszyscy (według szacunków organizatora <strong>45 tysięcy osób</strong>) na tym skrawku ziemi się pomieścili.</p>
<p>Zespoły występujące na innych scenach zdecydowanie nie zebrały tak licznej publiczności jak grupy ze sceny głównej. <strong>Burn Stage</strong> cechowała się dużą ilością elektroniki, z kolei na<strong> Coke Stage</strong> znalazło się miejsce zarówno dla dźwięków gitary, jak i syntezatorów i laptopów. Moją uwagę przykuł zespół <strong>Natural Born Chillers</strong>, łączący sprytnie gitary (czasem post-rockowe tremola, czasem jakiś quasi-shoegaze) z twardym, perkusyjnym bitem i mocnym basem zatykającym płuca. Będę musiał im się kiedyś przyjrzeć.</p>
<p>Przebrnąwszy przez pobieżne zwiedzanie pola oraz bardzo kłopotliwy system płatniczy (kiepski dla kogoś przyjeżdżającego na jeden dzień lub z mniejszą ilością gotówki, dla organizatora kurs 1 bon = 3 złote chyba nie jest problemem) udaliśmy się bliżej sceny, by w rozgorączkowanym tłumie, na godzinę przed koncertem headlinera festiwalu, zająć sobie miejsca. A tłum był na tyle żądny zabawy, że bawił się nawet przy piosenkach lecących podczas gdy techniczni Muse uwijali się na scenie. Śpiewanie <em>„łooo”</em> z „<strong>The Kid Aren’t Allright</strong>”<strong> Offspringów</strong>, aplauz po „<strong>Chop Suey!</strong>”<strong> System of a Down</strong>… To wszystko zapewni Ci krakowska publiczność. Za resztę zapłacisz bonami, tylko trzy złote za jeden. Jeszcze na chwilę na scenę przyszedł <strong>Mikołaj Ziółkowski</strong>, by ogłosić kilka rzeczy organizacyjnych i podziękować <strong>Alter Artowi</strong> (czyli tak naprawdę samemu sobie) za ten festiwal. Jeszcze tylko chwila i kilka minut po dwudziestej trzeciej zaczyna się&#8230;</p>
<p>O Muse krążą różne opinie – dobre i złe. Fani cenią mieszanie różnych gatunków i pomysłowość, przeciwnicy zarzucają patos i w najgorszym wypadku zrzynanie z Radiogłowych. Jedno jest pewne – ich koncerty muszą robić wrażenie. Zaczęli od „<strong>New Born</strong>” – numeru otwierającego mój ulubiony album angielskiego tria,<strong> </strong><strong>Origin of Symmetry</strong>. Odpalili telebim nad sceną (kompilację sześciokątów, na których wyświetlano wizualizacje), włączyły się lasery krążące nad publiką. Światła, lasery, obraz modyfikowany równolegle z muzyką i co tam jeszcze chcesz.</p>
<p>Setlista w dużej mierze opierała się na ostatniej płycie &#8211; <strong>The Resistance</strong>, co nie do końca mnie usatysfakcjonowało. Było „<strong>Uprising</strong>”, było „<strong>Undisclosed Desires</strong>” (na którym miała mieć miejsce <a href="http://musepl.host247.eu/index.php?option=com_content&amp;task=view&amp;id=441&amp;Itemid=76" target="_blank">akcja z latarkami</a>, jednak chyba nie wszyscy się posłuchali), a ze starszych utworów m.in. „<strong>Bliss</strong>” (które wybrali fani w internetowej ankiecie) czy „<strong>Supermassive Black Hole</strong>” (pozdrawiam fanki <strong>„</strong>Zmierzchu<strong>”</strong>, które przy tym piszczały głośniej niż dziesięć wuwuzeli). Tak czy inaczej – cały set brzmiał naprawdę dobrze. Muse to taka maszyna koncertowa&#8230; Trudno zaprzeczyć –<strong> Matt Bellamy</strong> wokalnie w ogóle się nie oszczędza i brzmi jak w studiu, podobnie z instrumentami. Coś tam czasem zanikało, czegoś tam nie było słychać, ale tak dobrze odegrać własny materiał? Kolejne pozdrowienia, tym razem zwolenników teorii spiskowych, jakoby Muse grało z playbacku.</p>
<p>Zagrali ok. półtorej godziny. W tym czasie między swoje utwory wpletli kilka muzycznych cytatów (m.in.<strong> </strong>„<strong>Headup</strong>”<strong> Deftones</strong> czy „<strong>Back in Black</strong>”<strong> AC/DC</strong>, <strong>„Maggie’s Farm”</strong> w aranżacji <strong>Rage Against The Machine</strong> chyba też było), podziękowali kilka razy w języku angielskim i (a jakże) polskim (mówił głównie <strong>Dominic Howard</strong> – perkusista zespołu) i zmarnowali szansę na całkowite kupienie polskiej publiczności (nie grając fragmentu  <strong>Nokturnu Es-Dur Chopina</strong> będącego codą „<strong>United States of Eurasia</strong>”). Mimo tego uradowali i rozgrzali widownię do czerwoności. To był koncert, którego się nie zapomina. Jeszcze tylko na finał festiwalu zrobiono pokaz sztucznych ogni i można było wracać do domu.</p>
<p>A <a href="http://www.setlist.fm/setlist/muse/2010/coke-live-krakow-poland-6bd59282.html" target="_blank">tutaj</a> zainteresowani znajdą setlistę z koncertu.</p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2010/08/23/muse-na-coke-live-music-festival-%e2%80%93-krakow-21-08-2010/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Už Jsme Doma &#8211; Uši</title>
		<link>http://www.winyl.info/2010/07/14/uz-jsme-doma-usi/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2010/07/14/uz-jsme-doma-usi/#comments</comments>
		<pubDate>Wed, 14 Jul 2010 19:45:08 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[avant-garde]]></category>
		<category><![CDATA[post-punk]]></category>
		<category><![CDATA[progressive rock]]></category>
		<category><![CDATA[punk]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=2421</guid>
		<description><![CDATA[Za co możemy lubić Czechów? – padło pytanie w tłum. – Trawa i kwas na legalu! – ktoś krzyknął. Może i tak, ale miałem na myśli coś innego&#8230; Czesi są fajni, bo mają dobre piwo, ładne dziewczyny i czekoladę Studencką. Poza tym mają kilka ciekawych zespołów rockowych, powstałych wtedy, kiedy mnie jeszcze na świecie nie [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="Nikołajewicz" /><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/07/uzjsmedoma_usi.jpg" alt="Už Jsme  Doma - Uši" align="right" /></p>
<p><em><span style="font-size: 24px;"><strong>Z</strong></span>a co możemy lubić Czechów</em>? – padło pytanie w tłum. – <em>Trawa i kwas na legalu!</em> – ktoś krzyknął. Może i tak, ale miałem na myśli coś innego&#8230; Czesi są fajni, bo mają dobre piwo, ładne dziewczyny i czekoladę Studencką. Poza tym mają kilka ciekawych zespołów rockowych, powstałych wtedy, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było – chociażby <strong>The Plastic People of The Universe</strong> (działający pod wpływem <strong>Franka Zappy</strong> oraz <strong>The Velvet Underground</strong>), <strong>MCH Band</strong> czy balansujący na granicy post-punka, prog rocka i awangardy <strong>Už Jsme Doma </strong>(koncertujący na całym świecie, współpracujący swego czasu z <strong>The Residents</strong>). Przedstawiam Wam album tych ostatnich. Będzie dużo dziwnych literek z daszkami i kreskami.</p>
<p><span id="more-2421"></span></p>
<p>Pomimo tego, że UJD wydali w tym roku nowy krążek, zajmiemy się ich wydawnictwem sprzed jedenastu lat. „Uszy” to całkiem niezłe wyważenie wszystkich elementów charakterystycznych dla zespołu zza naszej południowej granicy – jest tutaj miejsce na elementy awangardowo-progresywne z pierwszych krążków, uświadczymy także znane z poprzedzającego Uši albumu <strong>Pohádky ze Zapotřebí</strong> czy tegorocznego <strong>Jeskyně</strong> przystępniejsze melodie, którym nie brakuje czadu. Właśnie od takiego utworu zaczyna się album – utwór „<strong>Bosí</strong>” równie dobrze mógłby trafić na którąś z pierwszych płyt rosyjskiego ska punkowego <strong>Distempera</strong>. Późniejsze słuchanie albumu przynosi nam różne niespodzianki: polifonie, połamane rytmy, odrobinę języka angielskiego („<strong>Kovbojská</strong>”), dużo harmonii wokalnych („<strong>Tenký led</strong>”), dęciaki, dużo smakowitych partii basu, jest nawet miejsce na solówki gitarowe i niby-pasaże instrumentalne.</p>
<p>Warto wspomnieć o tzw. <em>hajlajtach</em> płyty: utwór tytułowy to ponad ośmiominutowy miks połamańca, stonowanego pochodu gitary i basu unisono, który przez mostek z okrutnie dziwacznie rozłożonymi akcentami wkracza w codę, której wokale przywodzą mi na myśl jakiś kabaret, może nawet trochę cyrkowy. Piękna sprawa. Drugim z najmocniejszych punktów jest utwór „<strong>Pot</strong>”, w którym spokojne zwrotki przerywane są przez popisy saksofonu, tworzącego przy pomocy staccato nie byle jakie cuda melodyczno-rytmiczne. Całość wieńczy taki chór damsko-męski, że już jest pozamiatane – po tym płyta właściwie mogłaby się już skończyć.</p>
<p>To może jeszcze coś o tekstach. Dużo o tym nie powiem, bo w obliczu tak ogromnej bariery językowej wokal zaczyna być traktowany trochę jak kolejny instrument muzyczny. Už Jsme Doma nie walczą z nikim, porozumiewają się tylko przy pomocy – bądźmy szczerzy – poezji. Można zadać pytanie: <em>„Hej! Jeżeli są znani na całym świecie, to dlaczego nie śpiewają po angielsku?”</em> Otóż ja nie wiem dlaczego, ale jestem pewien, że gdyby przerzucili się na stałe na angielski to straciliby mnóstwo ze swego uroku. Pomimo tylu dowcipów o języku czeskim, świetnie się tych nieco surrealistycznych tekstów słucha – kiedy lider zespołu <strong>Miroslav Wanek</strong> śpiewa na przykład „<em>Mám strach ze síly i z víry</em>”&#8230; Brzmi to ciekawiej niż „<em>I fear the power and faith</em>”, prawda? A jak ktoś się uprze i ma trochę drygu do języków to może sobie te utwory nawet nucić. Zainteresowanych odsyłam <a href="http://scripts.noise.cz/ujd/usi.htm" target="_blank">tutaj</a> – można poczytać sobie teksty piosenek w dwóch wersjach językowych.</p>
<p>Uši to moja ulubiona płyta Už Jsme Doma. Nadaje się do słuchania w domu, a jak ktoś się uprze to przy szybszych fragmentach może tańczyć pogo. Jest tyle świetnej muzyki dookoła, tak daleko od dokonań amerykańsko-angielskich&#8230; Nic tylko szukać i słuchać.</p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"><strong><strong>Ocena: 8+/10</strong></strong></span></p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"><strong><strong><br />
</strong></strong></span></p>
<p><span style="font-size: 30px;"> </span></p>
<hr /><!-- hr--></p>
<ol>
<li><strong>&#8222;Bosí&#8221; &#8211; 2:24</strong></li>
<li><strong>&#8222;Tenký led&#8221; &#8211; 3:47</strong></li>
<li><strong>&#8222;Kovbojská&#8221; &#8211; 4:13</strong></li>
<li><strong>&#8222;Oko&#8221; &#8211; 4:01</strong></li>
<li><strong>&#8222;<a href="http://www.youtube.com/watch?v=SctpF4SfMuU" target="_blank">Uši</a>&#8221; &#8211; 8:30</strong></li>
<li><strong>&#8222;Strach&#8221; &#8211; 3:19</strong></li>
<li><strong>&#8222;Pot&#8221; &#8211; 5:15</strong></li>
<li><strong>&#8222;Řeka&#8221; &#8211; 4:06</strong></li>
<li><strong>&#8222;Ticho&#8221; &#8211; 5:09</strong></li>
</ol>
<p><strong>Całość: 40:44</strong></p>
<p><strong>Premiera: 1999</strong></p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2010/07/14/uz-jsme-doma-usi/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Kim Nowak &#8211; Kim Nowak</title>
		<link>http://www.winyl.info/2010/06/01/kim-nowak-kim-nowak/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2010/06/01/kim-nowak-kim-nowak/#comments</comments>
		<pubDate>Tue, 01 Jun 2010 07:24:50 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[alternative rock]]></category>
		<category><![CDATA[garage rock]]></category>
		<category><![CDATA[noise rock]]></category>
		<category><![CDATA[rock]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=2262</guid>
		<description><![CDATA[Niby nagrane na żywo, ale są overduby. Niby garażowe brzmienie, ale wydobywane z nowych Fenderów i dużych wzmacniaczy. Wszystko fajnie, tylko kto do cholery tagował to swego czasu na Rate Your Music jako „stoner rock”? Kim Nowak – pojawili się znikąd, wyskoczyli na MySpace niczym przysłowiowy Filip z konopi, od razu wzbudzając zainteresowanie całej masy [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="Nikołajewicz" /><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/05/kimnowak.jpg" alt="kimnowak" width="200" height="200" align="right" /></p>
<p style="text-align: left;"><span style="font-size: 24px;"><strong>N</strong></span>iby nagrane na żywo, ale są overduby. Niby garażowe brzmienie, ale wydobywane z nowych Fenderów i dużych wzmacniaczy. Wszystko fajnie, tylko <a href="http://rateyourmusic.com/release/album/kim_nowak/kim_nowak/" target="_blank">kto do cholery tagował to swego czasu na Rate Your Music jako „stoner rock”</a>?</p>
<p><span id="more-2262"></span></p>
<p><strong>Kim Nowak</strong> – pojawili się znikąd, wyskoczyli na MySpace niczym przysłowiowy Filip z konopi, od razu wzbudzając zainteresowanie całej masy ludzi. Projekt, za którym stoją <strong>bracia Waglewscy</strong> i aktualny gitarzysta <strong>Tworzywa Sztucznego</strong>. Cel – zrobić płytę inspirowaną muzycznymi miłościami członków zespołu z czasów liceum i podać ją słuchaczom w formie przywodzącej na myśl zupełnie nieprofesjonalne nagrania „na setkę” robione w garażu przy pomocy, dajmy na to, magnetofonu „Kasprzak” (taki luźny przykład – w sumie <strong>Pidżama Porno</strong> nagrała w 1989 roku „<strong>Ulice jak stygmaty</strong>” w taki właśnie sposób).<br />
A jak jest w praktyce? Plan swój spełnili, gdyż jest przede wszystkim surowo i hałaśliwie – solówek raczej brak, a czasem nawet da się odczuć taki „senny” klimat <strong>Sonic Youth</strong> czy inspiracje bardziej klasycznym rockiem. Nauka przyswojona przez Wagli podczas robienia płyty z ojcem też nie poszła w las, gdyż łatwo wychwycić wpływy<strong> </strong><strong>Męskiej Muzyki</strong> na twórczość Kim Nowak.<br />
Tak więc mamy szalejącą perkusję, dużo przesteru, punkowe chórki („<em>King kong! King kong!</em>”), nieco psychodelii czy spokojniejszych dźwięków, a do tego całkiem ładne teksty Fisza, które (jak czytamy w oficjalnym komunikacie wytwórni) „<em>opowiadają o śmierci, przemijaniu, morderstwie, niedojrzałości, emocjach, prawdziwej miłości</em>”. Do wyboru, do koloru. Nie gryzie się to ze sobą, nie ma również usilnych nawiązań do nastoletnich czasów (tu piję do płyty <strong>Heavi Metal</strong>), za to dobrze się tego słucha – takie krzyczane czy nucone słowa nie będące frazesami („<em>powiedz wszystkim dookoła / że jesteśmy teraz wyspą</em>” – IMO mistrzowski fragment).<br />
Kolejna wolta stylistyczna wyszła Waglewskim na dobre, podkreślając ich swoistą uniwersalność – robią hip-hop, bawili się w quasi-jazzowe tematy, teraz nagrali punkową płytę. Kim Nowak nie porwał mnie co prawda tak jak arcysmutne <strong>F3</strong> czy trochę absurdalny <strong>Wielki ciężki słoń </strong>Tworzywa, ale też jest dobrze. Nawet bardzo dobrze. Do słuchania w autobusie czy gdzieś na imprezie.</p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"><strong><strong>Ocena: 7/10</strong></strong></span></p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"><strong><strong><br />
</strong></strong></span></p>
<p><span style="font-size: 30px;"> </span></p>
<hr /><!-- hr--></p>
<ol>
<li><strong>&#8222;King Kong&#8221; &#8211; 1:23</strong></li>
<li><strong>&#8222;<a href="http://www.youtube.com/watch?v=EhIadleiQgA" target="_blank">Szczur</a>&#8221; &#8211; 5:08</strong></li>
<li><strong>&#8222;Rekin&#8221; &#8211; 4:18</strong></li>
<li><strong>&#8222;Sierpień&#8221; &#8211; 2:48</strong></li>
<li><strong>&#8222;</strong><a href="http://www.youtube.com/watch?v=87WspZQLSHM" target="_blank"><strong>Pistolet</strong></a><strong>&#8222;</strong><strong> &#8211; 5:39</strong></li>
<li><strong>&#8222;Biegnij&#8221; &#8211; 3:40</strong></li>
<li><strong>&#8222;Nóż&#8221; &#8211; 4:40</strong></li>
<li><strong>&#8222;Spacer&#8221; &#8211; 5:16</strong></li>
<li><strong>&#8222;Grom&#8221; &#8211; 4:25</strong></li>
<li><strong>&#8222;AAA!&#8221; &#8211; 2:16</strong></li>
<li><strong>&#8222;Dres&#8221; &#8211; 2:23</strong></li>
<li><strong>&#8222;Urodziny&#8221; &#8211; 3:19</strong></li>
</ol>
<p><strong>Całość: 45:15</strong></p>
<p><strong>Premiera: 14 maja, 2010</strong></p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2010/06/01/kim-nowak-kim-nowak/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>8</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Green Vaughan &#8211; Green Vaughan</title>
		<link>http://www.winyl.info/2010/04/26/green-vaughan-green-vaughan/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2010/04/26/green-vaughan-green-vaughan/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 26 Apr 2010 07:06:00 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[electronic]]></category>
		<category><![CDATA[experimental]]></category>
		<category><![CDATA[indie rock]]></category>
		<category><![CDATA[rock]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=2131</guid>
		<description><![CDATA[Francuskie eksperymentalne indie z tekstami po angielsku, wydające w jednym z polskich netlabeli. Brzmi jak rozciągający falset do ekstremum Matt Bellamy na dancefloorze. „R: ciekawe dźwięki, ale jeżeli to nie jest koncept album to za bardzo na jedno kopyto M: mówisz teraz o jakiej kapeli? R: Green Vaughan M: aaa, no bo to indie jest [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p style="text-align: left;"><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="Nikołajewicz" /><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/04/greenvaughan.jpg" alt="greenvaughan" align="right" /></p>
<p style="text-align: left;"><span style="font-size: 24px;"><strong>F</strong></span>rancuskie eksperymentalne indie z tekstami po angielsku, wydające w jednym z polskich netlabeli. Brzmi jak rozciągający falset do ekstremum <strong>Matt Bellamy</strong> na dancefloorze.</p>
<p><span id="more-2131"></span></p>
<p><em>„R: ciekawe dźwięki, ale jeżeli to nie jest koncept album to za bardzo na jedno kopyto<br />
M: mówisz teraz o jakiej kapeli?<br />
R: <strong>Green Vaughan</strong><br />
M: aaa, no bo to indie jest mimo wszystko, to musi być na jedno kopyto<br />
R: no właśnie, bym zapomniał<br />
M: definicja taka”</em></p>
<p>Taką właśnie rozmowę sobie uciąłem z moim Amigo. Ale zgodzić się z nim mogę jedynie połowicznie&#8230; Green Vaughan ma na koncie tylko jedną płytę, więc może naprawdę jeszcze do końca się nie odnaleźli i tak sobie chwilami drepczą w miejscu ze swoimi porytymi melodiami. Tak czy inaczej muzycznie wygląda to tak, że jest gitara o brzmieniu szklanki (miłośnicy Stratocasterów i przetworników single coil pewnie wiedzą, co mam na myśli)&#8230; Lecz solą albumu jest elektronika – czasem te syntetyczne dźwięki mocno bujają, innym razem są zabarwione quasi-8 bitowymi brzmieniami, do tego podlane totalnie syntetycznym basem, co razem złączone wrzyna się w uszy. Choć mi bardziej to do ucha przychodzi samo, niźli wpycha się siłą&#8230; Do tego wokale czyste, przesterowane, szeptane, krzyczące – czym chata bogata. A to wszystko tak obrzydliwie melodyjne&#8230; Choć, jak już wspomniałem, momentami brzmi wtórnie. Moar.</p>
<p>Album jest do pobrania za darmo ze strony labela o wdzięcznej nazwie <a href="http://bylemkobieta.pl/" target="_blank">Byłem Kobieta Records</a> (<a href="http://lutek.papamobile.strefa.pl/strona/b038.html" target="_blank">częstuj się!</a>).</p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"> </span><br />
<span style="font-size: 30px;"><strong><strong>Ocena: 7/10</strong></strong></span></p>
<p style="text-align: center;"><span style="font-size: 30px;"><strong><strong><br />
</strong></strong></span></p>
<p><span style="font-size: 30px;"> </span></p>
<hr /><!-- hr--></p>
<ol>
<li><strong>&#8222;Between My Legs&#8221; &#8211; 4:00</strong></li>
<li><strong>&#8222;<a href="http://www.youtube.com/watch?v=NnnpmkUVDCU">Lovely Rise</a>&#8221; &#8211; 3:55</strong></li>
<li><strong>&#8222;Innocent&#8221; &#8211; 3:58</strong></li>
<li><strong>&#8222;Defective Spit Machine&#8221; &#8211; 3:57</strong></li>
<li><strong>&#8222;Steam&#8221; &#8211; 4:13</strong></li>
<li><strong>&#8222;Frozen Birth&#8221; &#8211; 2:37</strong></li>
<li><strong>&#8222;Bye Sweet Self&#8221; &#8211; 3:54</strong></li>
<li><strong>&#8222;Remove Your Make Up&#8221; &#8211; 4:11</strong></li>
<li><strong>&#8222;Taking Coffee With A Cat Around Some Ghosts&#8221; &#8211; 5:04</strong></li>
<li><strong>&#8222;<a href="http://www.youtube.com/watch?v=RKwaC5WpD4k">Villainy</a>&#8221; &#8211; 4:10</strong></li>
</ol>
<p><strong>Całość: 39:59</strong></p>
<p><strong>Premiera: 6 maja, 2009</strong></p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2010/04/26/green-vaughan-green-vaughan/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>0</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>Wolfgang Amadeusz Mozart &#8211; Don Giovanni</title>
		<link>http://www.winyl.info/2010/03/15/wolfgang-amadeusz-mozart-don-giovanni/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2010/03/15/wolfgang-amadeusz-mozart-don-giovanni/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 15 Mar 2010 08:56:47 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[classical]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=1728</guid>
		<description><![CDATA[Dziś będzie zupełnie inaczej. Oto przed Wami artykuł nadesłany przez jednego z naszych czytelników - Elbiego. Całkiem nietypowo, więc zachęcamy do zapoznania się z jedną z oper Wolfganga Amadeusza Mozarta! Trzygodzinny wachlarz muzycznych emocji w klasy(cysty)cznym stylu. Wielu genialnych muzyków udowodniło, że można stworzyć wielogodzinny utwór muzyczny, który, mimo że składa się z setek pozornie [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><span style="font-size: 24px;"><strong>D</strong></span>ziś będzie zupełnie inaczej. Oto przed Wami artykuł nadesłany przez jednego z naszych czytelników -<strong> Elbiego</strong>. Całkiem nietypowo, więc zachęcamy do zapoznania się z jedną z oper <strong>Wolfganga Amadeusza Mozarta</strong>!</p>
<p>Trzygodzinny wachlarz muzycznych emocji w klasy(cysty)cznym stylu.</p>
<p><span id="more-1728"></span>Wielu genialnych muzyków udowodniło, że można stworzyć wielogodzinny utwór muzyczny, który, mimo że składa się z setek pozornie różnych melodii i motywów, jest w niewiarygodny sposób spójny i tworzy jedną kompletną całość. Wszystkie elementy przeplatają się i uzupełniają nawzajem, pokrywając stopniowo cały wachlarz emocji, muzycznych rozwiązać i różnych sposobów na budowę atmosfery, przypominając proces wypełniania płótna kolorami. Z pomocą muzyki, która nie powinna być tu traktowana jako tło do fabuły ale jako jej integralna część, tragizm w lekki i naturalny sposób przeplata się z komedią, nienawiść z miłością, smutek ze szczęściem. Dokładne opisywanie tych uczuć wydaje się nie mieć sensu, jako że to właśnie muzyka najlepiej je przybliża, dużo bardziej rozlegle niż słowa, w sposób abstrakcyjny i wymagający właściwego użycia naszej wrażliwości. Przyjrzyjmy się więc bliżej<strong> Don Giovanniemu </strong>Mozarta, który jest muzyczną adaptacją słynnej historii najbardziej znanego podrywacza w historii postaci fikcyjnych i jednocześnie jednym z najbardziej idealnych, pełnych i kompletnych dzieł operowych.</p>
<p>Opera, ta jak i każda inna, zaczyna się od uwertury – kilkuminutowego fragmentu instrumentalnego zapowiadającego właściwe dzieło. W Don Giovannim uwertura jest naprawdę wyjątkowa. Rytmiczna, dynamiczna, wykorzystująca całą masę rozwiązań muzycznych. Na początku wybrzmiewają dwa potężne, rozciągnięte akordy zagrane przez całą orkiestrę – każdy instrument pełni w nich inną funkcję, co daje efekt jakby tylko dwóch, ale bardzo złożonych, lekko pulsujących dźwięków. Wszystko jest wzmocnione szaleńczymi perkusyjnymi dźwiękami kotłów. Akordy wygasają stopniowo i właśnie wtedy najlepiej słychać z ilu warstw były złożone. Potem powoli zaczyna się budować właściwa melodia &#8211; mroczna, niepewna, tajemnicza. Wolno narastająca sekcja instrumentów dętych drewnianych na tle rytmicznej gry skrzypiec już po kilku sekundach schodzi na dalszy plan, dając wypłynąć na wierzch właśnie skrzypcom. Te natomiast po kolejnej krótkiej chwili wyraźnie rozdzielają się na dwa zestawy, z których jeden gra melodię prowadzącą, a drugi podkład. Jednak już po dwóch taktach wszystkie skrzypce znowu łączą się w jedną melodię, ale wciąż we współpracy ze zróżnicowaną grą reszty orkiestry. Co kilka taktów jest jakaś zmiana – skrzypce znowu się rozdzielają żeby po chwili do siebie wrócić, kotły i kontrabasy chwilami potęgują brzmienie orkiestry zaraz wyciszając się zmieniając tym samym całą atmosferę na bardziej melodyjną i delikatną, po chwilach gładko płynącej melodii następują rytmicznie powtarzające się kilku dźwiękowe frazy, melodia wspina się i opada, napięcie rośnie i rozwiązuje się, niekiedy nawet jedna sekcja zaczyna melodię, a całkiem inna ją kończy. W całej tej zabawie praktycznie nie zauważamy, że początkowy mrok gładko ustąpił miejsca radości i skoczności. Co jakiś czas wracają znane sprzed kilku taktów melodie. Tak już będzie do końca sztuki – motywy powtarzać się będą zgodnie z akcją – każda postać ma „swoją” melodię, zestaw melodii albo przynajmniej skalę przypisaną do niej. Tak więc w trakcie trwania dzieła słychać będzie motywy, które pojawiały się wiele scen przedtem, czy, co ciekawsze, w uwerturze. Słychać to bardzo wyraźnie pod koniec opery, w punkcie kulminacyjnym. Nie zdradzę dokładnie szczegółów zakończenia, ale powiem tylko że jest to jeden z najbardziej mrocznych, podniosłych i przerażających momentów w historii opery. Słychać tam znowu dwa charakterystyczne akordy, które otwierały uwerturę i potem pojawiały się jeszcze kilka razy, za każdym razem przyprawiając nas o ciarki na plecach. Jednak tym razem nastrój nie zmienia się, przez kilka kolejnych minut mrok i napięcie sięga szczytu aż do zakończenia akcji. Cała scena jest tak charakterystyczna i znacząca, że została nawet przedstawiona w filmie „<strong>Amadeusz”</strong>. Wróćmy jednak do uwertury. Pod koniec, po momencie kulminacyjnym wszystkie instrumenty znowu spotykają się razem na jednym akordzie. Zupełnie jak na samym początku, z tym że zamiast akordu molowego, który wprowadził niepokój i napięcie w pierwszym akordzie, tworzą durowy, wyraźnie zamykając toniką całą uwerturę.</p>
<p>Nie  ma nawet czasu na brawa, orkiestra natychmiast daje życie nowej melodii, która narastając w interesujący sposób, wzbudza ciekawość i zwiastuje, że będzie się działo naprawdę wiele. W tym czasie odsłania się spowita mrokiem scena i stoi na niej pierwszy bohater. Kiedy melodia się kończy, zostaje powtórzona, ale tym razem wtapia się w nią śpiew bohatera. Okazuje się, że jest to Leporello, sługa Don Giovanniego. Żali się on na swojego pana, przez którego, żeby to delikatnie ująć, rozwiązłe życie, musi znosić wiele trudów takich jak nieprzespane noce czy złe odżywiane, nie mając z tego nawet podziękowania. W tym czasie Don Giovanni jest na podrywie, jak każdej nocy zresztą. Pod koniec swojej arii, Leporello stwierdza że ktoś się zbliża i musi się schować. Melodia gwałtownie przechodzi w bardziej dynamiczną i groźną, co jest, i tak jak to już będzie do końca, odzwierciedleniem akcji na scenie. Nasz podrywacz próbuje uciec przed kobietą, która śpiewa: „<em>Pierwej zginę niż ci uciec dam</em>!” na co on odpowiada podobną melodią: „<em>O szalona, próżne krzyki. Kim jestem, nie  powiem!</em>”, natomiast Leporello komentuje sytuację: „<em>Co za zgiełk i wrzawa, Pan znów w opałach.</em>”. Następnie wszyscy śpiewają kolejne swoje partie razem, co daje niesamowity efekt – trzy różne melodie śpiewu plus muzyka orkiestry. Każda z partii jest wyraźnie rozpoznawalna, a razem tworzą genialną całość. W tej scenie warto jeszcze zwrócić uwagę na jeden moment – kobieta przezywa Don Giovanniego „nikczemniku” (scellerato), on się rewanżuje: „nierozważna” (sconsigliata), po czym śpiewają to razem. Słowa z równą ilością sylab, ale z całkiem innymi zgłoskami świetnie brzmią zaśpiewane tą samą melodią przy współpracy orkiestry. Co więcej, na ostatni dźwięk wchodzi Leporello z kolejną swoją kwestią. Akcja biegnie z zawrotną szybkością dalej, Don Giovanni wpada na ojca kobiety którą próbował wykorzystać, ten wyzywa go na pojedynek a muzyka natychmiast wprowadza nastrój grozy i podniosłości. Sięga punktu kulminacyjnego kiedy Don Giovanni śpiewa „a zatem gotuj się na własną śmierć”, żeby zaraz znowu zacząć rytmicznie pędzić podczas gdy bohaterowie zaczynają walczyć. Nie na długo. Kiedy po krótkiej walce ojciec zostaje dźgnięty, instrumenty znowu zmieniają ton – grają ciche, przepełnione smutkiem tło dla ostatnich zdań bohatera. Na początku jest ono uzupełnione delikatnym rytmicznym pizzicato, co zwiększa kontrast pomiędzy tym momentem a następnym, okraszonym już płynną, mniej rytmiczną melodią, która pojawia się po momencie śmierci ojca. Dopiero teraz, po kilkunastu minutach opery, muzyka przynajmniej na chwilę zanika i rozpoczyna się krótki dialog Don Giovanniego z Leporellem. Po tym znowu smutek poprzedzony ogromną podniosłością – córka znajduje martwego ojca i zaczyna lamentować, powtarzając kilka razy przeszywające „<em>Mój ojcze! O, ojcze! Ojcze kochany! Brak mi Ciebie!</em>”&#8230;</p>
<p>A to dopiero początek. Przez kolejne trzy godziny jesteśmy świadkami potężnej karuzeli emocji i akcji, w jednym ciągłym, płynnym utworze. Mozart genialnie potrafił panować nad tymi elementami, tak operował muzycznymi środkami stylistycznymi, żeby w idealny sposób dopasować atmosferę do akcji, w każdym dowolnym momencie. I tak w trakcie utworu wybrzmiewa aria jednej ze zranionych kochanek, w której muzyce na początku słychać nienawiść i cierpienie. Jednak w pewnym momencie orkiestra zmienia ton na bardziej sentymentalny, nawet lekko miłosny. Gra znacznie wolniej i ciszej, atak instrumentów jest delikatniejszy, przestaje grać kontrabas, który dodawał do tej pory „negatywny” wydźwięk. Kobieta w tym momencie dochodzi do wniosku, że jednak kocha sprawcę swojego cierpienia i podziwia go.</p>
<p>Muzyka oddaje także relacje między bohaterami – dzięki dźwiękom w abstrakcyjny sposób wiadomo co czuje dana kochanka do Don Giovanniego. Tak samo jest ze stosunkiem Leporella do swojego pana – zmienia się on przechodząc z nienawiści i pragnienia odejścia od niego, poprzez złość i zazdrość aż w końcu do zgody i chęci współpracy. Czuć to już przed werbalnym, dosłownym przekazem, oczywiście dzięki muzyce. Ciekawe są też duety miłosne, z idealnie zgranymi ze sobą partiami kochanków, ale także kłótnie, które tworzą jednolitą całość, mimo że muzycznie bohaterowie są ze sobą skontrastowani. Kontrast jest tak naprawdę pewnym rodzajem podobieństwa – kolory leżące po przeciwnych stronach koła barw są do siebie w pewien sposób podobne właśnie dzięki temu że się uzupełniają. Tak samo jest w muzyce – przeciwne sobie tonacje, czy też melodie wykonane w całkiem inny sposób, w innym tempie, wcale nie tworzą dysharmonii, tylko kontrast, a w wyniku tego – harmonię. W dziele Mozarta są też bardziej złożone rozwiązania – Leporello w pewnym momencie zostaje przyłapany przez kilku bohaterów, kiedy jego pan wrobił go żeby mu pomagał. Wynikiem tego jest przepiękny sekstet, kiedy piątka bohaterów – trzy kobiety i dwóch mężczyzn, jest ze sobą w muzycznej i fabularnej zgodzie i stoi przeciwko jednemu, który błaga o litość i próbuje się tłumaczyć.</p>
<p>Jak widać, odbiór opery wymaga dużej aktywności od słuchacza – w każdym pojedynczym takcie powinno się interpretować muzykę: rozdzielić sobie w wyobraźni całą orkiestrę na przynajmniej kilka najważniejszych partii, wizualizować sobie przebieg melodii każdej z nich żeby natychmiast łączyć wszystko w całość, „widzieć” jak instrumenty się wymijają, chowają i wypływają na powierzchnię, słuchać w jakim stopniu muzyka jest płynna a w jakim rytmiczna, wychwytywać podobieństwa i różnice danych partii wokalnych i instrumentalnych, słuchać jak jest stosowana zasada budowania i rozwiązywania napięcia, zwracać uwagę na dynamikę, i w końcu co najważniejsze – nauczyć się niewerbalnie odczuwać jak te czynniki wpływają na dzieło jako na opowieść. Dzięki temu zostaniemy sami wciągnięci w proces tworzenia sztuki, dokładnie tak jak pragną tego artyści tworząc swoje dzieła.</p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2010/03/15/wolfgang-amadeusz-mozart-don-giovanni/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>7</slash:comments>
		</item>
		<item>
		<title>W tym tygodniu poleca&#8230; Nikołajewicz! #4</title>
		<link>http://www.winyl.info/2010/02/22/w-tym-tygodniu-poleca-nikolajewicz-4/</link>
		<comments>http://www.winyl.info/2010/02/22/w-tym-tygodniu-poleca-nikolajewicz-4/#comments</comments>
		<pubDate>Mon, 22 Feb 2010 08:45:34 +0000</pubDate>
		<dc:creator>Nikołajewicz</dc:creator>
				<category><![CDATA[inne]]></category>

		<guid isPermaLink="false">http://www.winyl.info/?p=1660</guid>
		<description><![CDATA[Myślałem jakiś czas nad tym, co by tu Wam polecić na ten tydzień, wypisałem sobie kilka typów&#8230; Co z tego wyszło, całkiem nieświadomie zresztą? Sto procent polskich dóbr kulturalnych. Żurek, żubr, Żubrówka, Małysz, Chopin, Behemoth. Litery ą, ę, ó, ź, dź, dż, ż. Po prostu coś w stylu słów mojego imiennika, Mikołaja Reja &#8211; &#8216;Polacy [...]

<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>

Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.]]></description>
			<content:encoded><![CDATA[<p><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/Avek-Niko.png" alt="Nikołajewicz" width="100" height="100" /></p>
<p><span style="font-size: 24px;"><strong>M</strong></span>yślałem jakiś czas nad tym, co by tu Wam polecić na ten tydzień, wypisałem sobie kilka typów&#8230; Co z tego wyszło, całkiem nieświadomie zresztą? Sto procent polskich dóbr kulturalnych. Żurek, żubr, Żubrówka, Małysz, Chopin, Behemoth. Litery ą, ę, ó, ź, dź, dż, ż. Po prostu coś w stylu słów mojego imiennika, Mikołaja Reja &#8211; <em>&#8216;Polacy nie gęsi&#8230;&#8217;. </em>A jeszcze kilka dni temu marudziliśmy ze znajomą, że ostatnio mało rodzimej muzyki słuchamy&#8230;<em><br />
</em></p>
<p><span id="more-1660"></span></p>
<p><span id="more-767"> </span></p>
<h3><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/freak_cd.jpg" alt="freak" width="200" height="200" align="right" /></h3>
<h1>Dla ucha</h1>
<h2>Armia &#8211; Freak</h2>
<p>W 2009 roku prym w polskiej muzyce rockowej wiodła <strong>Armia</strong>. Na początku minionego roku wydali dobrze przyjęty<strong> </strong><strong>Der Prozess</strong>, natomiast pod koniec tego samego roku wypuścili drugi pełnoprawny album, będący zwrotem o sto osiemdziesiąt stopni. Zespół<strong> Budzego</strong> na potrzeby <strong>Freak</strong> stał się czymś w rodzaju dość efemerycznego kolektywu &#8211; poza trzonem zespołu (Budzy, <strong>Paweł Klimczak</strong>, <strong>Frantz</strong>, <strong>Kmieta</strong>, <strong>Krzyżyk</strong>, <strong>Bartoszewski</strong> &#8211; wyjątkowo bez <strong>Banana</strong>) w rejestracji utworów uczestniczyli m.in. <strong>Robert Brylewski</strong>, <strong>Litza</strong> czy <strong>Marek Pospieszalski</strong>. Efekt? Powstał album zupełnie inny od tego, co dotychczas nagrała Armia. Osiem utworów raczej pozbawionych ciężkich riffów, szaleńczej perkusji i poetyckich tekstów. Jest za to transowo i nieco psychodelicznie.<span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span><br />
<img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/bigosheart.jpg" alt="bigos" width="200" height="200" align="right" /></p>
<h2>Tymon &amp; The Transistors &#8211; Bigos Heart</h2>
<p><em> </em>Obiecywałem sobie kiedyś przesłuchanie tego albumu, ale coś nie wychodziło&#8230; Krążek zaciekawił mnie po jednym z postów <a href="http://www.winyl.info/forum/" target="_blank">na naszym forum</a>. Nie pamiętam, kto rzucał linkiem do jednej z piosenek, ale dzięki wielkie jeśli to czytasz. <strong>Tymański</strong> ani tu nie błaznuje (jak w <strong>Kurach</strong>), ani nie odjeżdża w jazz rockowe wariacje (choć klimat <strong>Miłości</strong> jest nieco zachowany, choćby ze względu na obecność<strong> Leszka Możdżera</strong>). Tymon i Tranzystory zrobili za to płytę lekką i prostą (co nie jest zarzutem), osadzoną w klimatach rock&#8217;n'rollowych, z duchem Beatlesów unoszącym się gdzieś nad każdym nagraniem (nawet okładka nosi w sobie cechy sierżanta Pieprza). A jeśli jeszcze komuś mało zaskoczenia to niech przesłucha utwór numer siedem &#8211; &#8222;<strong>Posłuchaj, Siddhartho</strong><em>&#8222;</em> w klimatach raczej buddyjskich z <strong>Grzegorzem Halamą </strong>na wokalu. Ta sytuacja rzuca nowe światło na jego osobę. Nie, ani słowa o kurczakach i bakterii.</p>
<p><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span><br />
<img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/apteka_menda.jpg" alt="menda" width="200" height="200" align="right" /></p>
<h2>Apteka &#8211; Menda</h2>
<p>Kolejny z albumów, który sobie obiecywałem od dawien dawna, a przesłuchałem go dopiero w minionym tygodniu. I chwyciło od razu. Podobno jest to opus magnum zespołu dowodzonego przez<strong> Kodyma</strong> &#8211; po przesłuchaniu opisywanego albumu i starszych<strong> </strong><strong>Narkotyków</strong> jestem skłonny się z tym zgodzić. Co zatem jest na <strong>Mendzie</strong>? Są teksty &#8211; raz proste (&#8222;<strong>Synteza</strong>&#8222;), raz lekkie z przymrużeniem oka (&#8222;<strong>Chłopacy i dziewczyny</strong>&#8222;), innym razem tematyka <em>drugs-friendly</em> (&#8222;<strong>Psychodeliczny Kowboj</strong>&#8222;), kilka wulgaryzmów&#8230; No i jest jeden z dwóch najlepszych (a przynajmniej najprawdziwszych) tekstów, jakie kiedykolwiek słyszałem w polskim punk rocku, ale to już sami sobie sprawdźcie. Do tego delikatne muśnięcie psychodelii i bas <strong>Olafa Deriglasoffa</strong>. I jest fajnie, do słuchania w autobusie (w parze z &#8222;Posłuchaj, Siddhartho&#8221; od Transistorsów).</p>
<p><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span><br />
<img src="http://c1.ac-images.myspacecdn.com/images02/59/l_a72479caf05a4c1894044f6d248e5284.jpg" alt="katedra" width="265" height="200" align="right" /></p>
<h2>Katedra</h2>
<p>Ktoś mi zaraz powie, że to prywata czy coś, ale takie oskarżenia to jedynie pomówienie. Więc o czym właśnie pisze Mikołaj? Katedra to początkujący zespół wrocławski, z tego co wiem powstały całkiem niedawno. Słychać po nich, że nasłuchali się <strong>King Crimson</strong> (chociaż ja tam też trochę <strong>Niemena</strong> słyszę nie wiedzieć czemu). Słyszałem coś tam o nich, ale dopiero niedawno nawiedziłem ich MySpace (<a href="http://www.myspace.com/katedrawroc" target="_blank">kliknijże tu, Czytelniku drogi, by tam się znaleźć</a>)&#8230; Spodobało się, nawet bardzo. Nagrali póki co jedną EPkę (dostępną na wyżej wspomnianym Majspejsie), ale warto przesłuchać &#8211; bo biorąc pod uwagę fakt, że mają dopiero po 17-18 lat to jest mega. Ja w ich wieku nawet nie wpadłem na to, że można grać prog rocka.</p>
<p><span style="display: block; margin-bottom: 25px;"> </span></p>
<h1>Dla oka</h1>
<p><img src="http://www.winyl.info/wp-content/uploads/2010/03/kswb.jpg" alt="breslau" width="200" height="300" align="right" /></p>
<h2>Marek Krajewski &#8211; Koniec świata w Breslau</h2>
<p><em>&#8222;W mrocznych zaułkach Wrocławia, ponurego, przesiąkniętego zbrodnią miasta, grasuje seryjny morderca, którego tropem podąża radca kryminalny Eberhard Mock&#8221;</em>&#8230; Chociaż jeśli już ktoś zapragnie wchodzić w świat Breslau to (według mnie) powinien zacząć od pierwszej części (&#8222;<strong>Śmierć w Breslau</strong>&#8222;), a następnie przeczytać wszystko, bo warto. Precyzyjnie odtworzone topografia i klimat miasta. &#8222;Koniec świata w Breslau&#8221; to bodajże moja ulubiona część. Jak znajdę kilka wolnych chwil to może przeczytam jeszcze raz wszystkie pięć (a może jest ich sześć? nie mam pojęcia) książek o przygodach Eberharda Mocka.</p>


<h2>Nie znaleziono podobnych wpisów</h2>
<p>Powiązane wpisy wygenerowane przez <a href='http://yarpp.org'>wtyczkę Yet Another Related Posts</a>.</p>]]></content:encoded>
			<wfw:commentRss>http://www.winyl.info/2010/02/22/w-tym-tygodniu-poleca-nikolajewicz-4/feed/</wfw:commentRss>
		<slash:comments>1</slash:comments>
		</item>
	</channel>
</rss>

