• Witaj!

    Witamy na Winylu, czyli blogu, na którym grupka znajomych udaje, że zna się na muzyce ;-) Zapraszamy do czytania recenzji oraz innych, mamy nadzieję, ciekawych artykułów.

  • Jak oceniamy?

    10 – nieskazitelna
    9 – bliska ideału
    8 – świetna
    7 – bardzo dobra
    6 – powyżej przeciętnej
    5 – przeciętna
    4 – poniżej przeciętnej
    3 – znośna
    2 – słabiutka
    1 – okropna
  • Archiwum

  • Kategorie

  • Winyl w sieci

  • Tagi

  • Ostatnie komentarze

    • Ładowanie...
  • Meta

A co to?
Czytaj dalej »

eskopado

Dokładnie cztery lata temu świat wstrzymał oddech. Cztery lata i cztery miesiące temu. Legendarni już wówczas The Unwounds nie musieli niczego udowadniać, wszak mieli na swoim koncie obiektywnie rewelacyjne Repetition („best album ever”, pitchfork.com), drogie instrumenty i przychylność wszelkich muzycznych środowisk („sick shit”, ultimate-guitar.com; „polecam”, Teraz Rock). Trio z krainy kangurów postanowiło ostatecznie rozwiązać kwestię połączenia ciężkich gitar z lekkim powietrzem i wprawić słuchaczy na całym świecie w osłupienie. Byli zajebiści, to fakt, ale nawet tacy ludzie potrzebują czasem pomocy od samego Boga. Tym Bogiem był w tym przypadku Rick Rubin, który postanowił pomóc gwiazdom z Tumwater w osiągnięciu postawionego celu. Swoją drogą, wiąże się z tym wydarzeniem pewna anegdota – Rubin podobno tak bardzo pragnął współpracy Brytyjczykami, że on sam (!) zaproponował Unwoundsom wspólną sesję nagraniową, natomiast gdy Justin Trosper odmówił, Rick wyłożył na blat grube miliony, co zmieniło stosunek do sprawy popularnego „Trospiego”. Niestety jest to ostatnia wesoła rzecz, jaką możemy o omawianym zespole powiedzieć. Wynikiem owej sesji nagraniowej był album o tytule Leaves Turn Inside You, co wzbudziło z wiadomych względów kontrowersje zarówno wśród fanów, jak i dziennikarzy. Coś zgrzytało, coś zaczęło się psuć. Okładka potwierdziła obawy, natomiast swoistym gwoździem do trumny stał się singiel pod tytułem Scarlette, który dzień po emisji w rozgłośniach radiowych stał się obiektem drwin i szyderstw. Przysłowiowa ‘miarka’ przebrała się na pierwszym koncercie promującym niedoszłe dzieło sztuki: fani najpierw obrzucali zespół jajkami i pomidorami, a następnie wtargnęli na scenę, gdzie złapali tonącą we łzach perkusistkę, brutalnie zgwałcili i zamordowali; następnie wrzucili basistę do wanny, porazili prądem, a to wszystko w czasie, gdy klatkę piersiową wokalisty rozpierdolił Obcy.

Poza ostatnią linijką, to tak właśnie było.

Czytaj dalej »

Na początku marca marzenia fanów Muse znad Wisły się spełniły – ich ulubiony zespół potwierdził koncert w Polsce. W obliczu braku innych interesujących mnie wykonawców nie pozostało nic innego, jak kupić bilet jednodniowy, zainstalować się w samochodzie i pewnej słonecznej soboty udać się do Krakowa.

Czytaj dalej »

Joanna Newsom – The Milk-Eyed Mender

Napisany 3 maj 2010 przez | Napisane w folk, indie rock | Otagowane , | 3 komentarzy »

Mam problem z Joanną, a ten problem nazywa się Have One On Me. Ten jej najnowszy, tegoroczny twór „waży” ponad dwie godziny i o ile nie mam powodów, aby czepiać się za pierwszą część albumu (jak dla mnie mocna siódemka, jak nie ósemka), tak potem zaczyna się tzw. rozmowa na temat skończenia się tematów do rozmowy. Boli mnie to, męczy, tarmosi (mimo wszystko bardziej siódemka). Warto jednak wspomnieć, że Asia robi ukłon w stronę niekumatych, aby w końcu zakumali, bo w przypadku Ys bywało różnie – albo piękno w całej ozdobie, albo ciężkie do zapamiętania plumkanie. Albo mi się podoba mimo, że nie słyszę sensu, albo mi się nie podoba mimo, że ładne. The Milk-Eyed Mender trafia w sedno, chociaż powiedzieć, że pełni rolę pomostu między najnowszym, a środkowym albumem, to chyba nie wypada, bo chronologia krzyczy. Mamy harfę – żadna nowość. Dziecięcy głos, bajkowa przestrzeń, łzy wzruszenia, banan radości i o kurwa, time machine…

Czytaj dalej »

Nikołajewiczgreenvaughan

Francuskie eksperymentalne indie z tekstami po angielsku, wydające w jednym z polskich netlabeli. Brzmi jak rozciągający falset do ekstremum Matt Bellamy na dancefloorze.

Czytaj dalej »

Szósta litera alfabetu, dziewiąta, jeśli weźmiemy pod uwagę polskie znaki. Trzy kreski, jedna w pionie i dwie w poziomie, zazwyczaj równej długości. Litera „F” – sponsor dzisiejszego przeglądu. W tym wydaniu skupię się na wykonawcach, którzy postanowili, że pierwszą literą w nazwie ich zespołu będzie właśnie ten znak. Oprócz tego, wszystkich łączy też fakt, że w minionym roku wydali płyty, oraz to, że w Polsce są tą wykonawcy prawie w ogóle nieznani. Przyjrzyjmy się bliżej sylwetkom tych artystów.

Czytaj dalej »

Dogs – Turn Against This Land

Napisany 13 wrz 2009 przez | Napisane w indie rock, punk, rock | Otagowane , , | 2 komentarzy »

redesdf
Punk rock, haa. Panczury, jeszcze większe haa. Brytyjskie panczury, no tu już nie ma co się śmiać.

Czytaj dalej »

rebp
Jak byście się czuli dowiadując się, że jeden z waszych ulubionych zespołów nagle wrzuca do obiegu info, że za dwa dni wydaje nowy album? Pewnie tak jak ja, lekko zszokowani i miło zaskoczeni.

Czytaj dalej »

isksd
Czekałem na tę płytę. Miałem cichą nadzieję, że na brytyjskiej scenie indie pojawi się zespół, która swą pierwszą płytą będzie mógł walczyć o miano płyty roku. Nadzieja matką głupich. Z resztą w roku, w którym i Sigur Rós i Coldplay nagrali niezłe płytki, ciężko zdobyć to zaszczytne miano. Acz wciąż wierzyłem, że ten krążek wybije się sponad wielu podobnych zespołów. Myliłem się.

Czytaj dalej »

ress
Próbując zdefiniować co grają ci kolesie musiał bym użyć szufladek takich jak glam punk, neo-psychedelia czy progressive pop. Prawda, że chore?! No ale jakoś nazwać ich muzykę trzeba. Brazil to naprawdę ciekawe zjawisko na amerykańskiej scenie muzycznej, rzadko koncertują, nie udzielają wywiadów, sprawiają wrażenie muzyków którym nie zależy na gwiazdorstwie. Już ich debiut ukazywał bardzo interesującą pomysłową muzykę, aczkolwiek był to album bez tego czegoś co sprawia, że śmiało można nazywać zespół mianem „wielki”.

Czytaj dalej »

Starsze notki »