
Pierwszy kwartał 2011 roku przyniósł nam trzy różne, dobre płyty, które łączy jedno: wszystkie mocno, bardzo mocno siedzą w staroszkolnym gitarowym graniu – choć na każdej z nich słychać inspirowanie się czym innym. Mamy oto dwie kapele ze stanów: okultystyczne, psychodeliczne, doomowo-hardrockowe Blood Ceremony, które najmocniej kojarzy się chyba z legendarnym Coven (choć bardziej ze względu na klimat, niż samą muzykę), bardzo sabbathowe Orchid – zespół nie kryje się z tym i nie wstydzi tego, że gra kubek w kubek jak Black Sabbath (kto nie kojarzy brzmienia gitar z „Sabbath Bloody Sabbath” i nie zdziwił się, nie słysząc w pierwszym utworze wokalu Ozzy’ego, ten kiep!); mamy też pochodzącą z Norwegii kapelę Graveyard i właśnie ostatnim wydawnictwem tego zespołu, noszącym nazwę „Hisingen Blues”, dziś się zajmę.
Czytaj dalej »


Zakk Wylde to postać w światku metalowym znana. Zabłysnął jako gitarzysta w zespole Ozzy’ego Osbourne’a, później jako założyciel i frontman Black Label Society. To są najbardziej znane fakty – nie należy jednak zapominać o pierwszych solowych podejściach Zakka do tworzenia muzyki. W 1996 roku Wylde wydał sygnowaną swoim nazwiskiem płytę „Book of Shadows”, wcześniej jednak – krótko po odejściu z zespołu Ozzy’ego – wespół z Jamesem LoMenzo i Brianem Tichym nagrał jedną płytę pod szyldem Pride & Glory. I tym właśnie dzieckiem Zakka dziś się zajmę.
Czytaj dalej »
Napisany 8 lis 2009 przez Niszczuk | Napisane w alternative rock, blues, country, hard rock, heavy metal, metal, rock, rock'n'roll | Otagowane alternative rock, blues, country, hard rock, heavy metal, metal, rock, rock'n'roll | 2 komentarzy »


Volbeat to swoiste objawienie na duńskiej scenie metalowo-rockowej i chyba jedna z najbardziej rozpoznawalnych kapel z tego kraju. “Bum i szum”, panujące wokół nich, są dla wielu niezrozumiałe, ale ja sam taki szum tworzę i jestem w zespole zakochany. A zakochanie owo zaczęło się od pierwszego odsłuchania zeszłorocznej płyty, zatytułowanej Guitar Gangsters & Cadillac Blood.
Czytaj dalej »


Na początek przyznam się do tego, że przez długi, długi czas należałem do grupy radykalnych antyfanów łódzkiej Comy. Ich twórczość jawiła mi się jako mdła, a nazwa zespołu wydawała mi się całkowicie adekwatna do tego, co grają. Do czasu. Poszedłem na koncert, posłuchałem trochę więcej nagrań… Stosunek zmienił się na wysoce obojętny. Aż tu nagle wiadomość: następny krążek zespołu ma być koncept albumem. Nikołajewicz, w sprawie takich rzeczy łakomczuch, postanowił empirycznie przekonać się, jaka będzie najnowsza płyta. Zaczął odliczać najpierw miesiące, a potem dni do chwili, kiedy będzie mógł się wgryźć w album, noszący dość enigmatyczną nazwę „Hipertrofia”…
Czytaj dalej »